Ciekawie wygląda lista inwestorów, którzy wesprą Elona Muska w zakupie Twittera. „The Wall Street Journal” podał, że w grupie 19 podmiotów są m.in. książę Al-Walid ibn Talal z saudyjskiej rodziny królewskiej, a także giełda kryptowalut Binance.com kontrolowana przez miliardera Changpenga Zhao. Od razu pojawiły się więc żarty z tego, z jak ciekawymi postaciami Musk zamierza bronić – jak zapowiada – wolności słowa w internecie…

I oczywiście można by teraz próbować wyciągać kolejnym inwestorom Muska trupy z szafy, ale tak po prawdzie, to nie za bardzo w ogóle widzę sens w poważnym traktowaniu jego zapowiedzi o bronieniu wolności słowa – dużo bardziej mnie ciekawi, jakie naprawdę ma plany wobec Twittera, jak zamierza go zmienić, gdy w końcu przejdzie do konkretów i skończy już z tymi typowymi dla cyfrowych miliarderów bajkami. Bo może i Musk wśród złotych dzieci tzw. bigtechu nieco wyróżnia się prawicowymi poglądami, ale przecież tak samo jak cała reszta, z Billem Gatesem i Markiem Zuckerbergiem na czele, chce przede wszystkim zmieniać świat na lepsze. I jak reszta – wyłącznie w publicznych wypowiedziach, a potem „business is business”.

Czytaj więcej

W 17 lat Elon Musk wyprzedził Rosję w kosmosie. Teraz dobiją ją sankcje

O dalszych losach Twittera wciąż w zasadzie nic konkretnego nie wiemy. Eksperci się głowią, jak Musk będzie chciał zmienić model biznesowy serwisu społecznościowego, jaki ma na niego pomysł. I co najważniejsze: czy pozostanie bezpłatny? Oczywiście dla użytkowników, bo prawdziwi klienci przecież za jego usługi płacą już od dawna. Ale kto i w jaki sposób do tego grona klientów dołączy i jak się zmieni sytuacja zwykłych użytkowników – co nowego i w zamian za co otrzymają?

Sam Musk postanowił zresztą delikatnie przeciąć tę dyskusję, pisząc na Twitterze – bo gdzież by indziej? – że serwis „zawsze pozostanie darmowy dla zwykłych użytkowników”, ale od razu dodał w tym samym tweecie, że mogą pojawić się „niewielkie opłaty dla użytkowników komercyjnych/rządowych”. Wyjaśnił też później, że chodzi m.in. o media, które nabijają sobie wyświetlenia, cytując wpisy z Twittera, a jako najlepszy przykład na poparcie tej tezy, podał cytowanie w portalach tweetów… Elona Muska.

To kompletne odwrócenie logiki dotychczasowej debaty o relacjach między mediami a serwisami społecznościowymi. Dotąd to wydawcy i dziennikarze narzekali, że to bigtech zarabia na ich ciężkiej pracy, że internetowi giganci pożerają nieproporcjonalnie wielki kawał reklamowego tortu, a przecież sami nie produkują żadnych treści. A teraz to miliarder uznał, że media wykorzystują jego mądrości do nabijania sobie kabzy. Co najmniej ciekawa zamiana ról.

Ale najbardziej głowię się nad zdaniem, od którego Musk w ogóle rozpoczął cały swój wywód o dalszych losach Twittera. Napisał, że „ostatecznie upadek masonów nastąpił wtedy, gdy oddali usługi kamieniarskie za darmo”. Pomijając już niepokojącą skłonność miliardera do pisania o masonach i innych tajemniczych organizacjach, to jak to się ma do Twittera? Bo chyba jasne, że do wolności słowa cała ta dyskusja o nieuczciwym wykorzystywaniu jego wpisów przez te straszne media ma się kompletnie nijak.