Jednak w tę środę to w sercu Ameryki, do tej pory najpotężniej demokracji świata, tłum wdarł się na Kapitol i przerwał proces zatwierdzenia zwycięstwa Joe Bidena. Zaś Donald Trump zapowiedział, że “nigdy” nie pogodzi się z oddaniem władzy.
Nie może być wątpliwości, że policja, Gwardia Narodowa czy nawet armia w nadchodzących godzinach przywrócą porządek wokół budynków Senatu i Izby Reprezentantów. Ale mimo to pierwszy od czasów Jerzego Waszyngtona szturm na deputowanych będzie dla Stanów Cezurą. To jest przecież tylko czubek góry lodowej, spektakularny przejaw narastającej w tym kraju od dziesięcioleci frustracji. Za fasadą przyklejonych uśmiechów, z jakich znani są Amerykanie, i frazesów o “najwspanialszym kraju świata”, kryje się przecież dramat gigantycznej polaryzacji dochodów, społeczeństwa, w którym coraz więcej osób nie może związać końca z końca podczas gdy nieliczni nawet nie wiedzą, ile mają miliardów. Pandemia, jeszcze bardziej, niż kryzys finansowy sprzed dziesięciu lat, ujawniła i wyostrzyła ten dramat.