Tak zwana Platforma Krymska może nie być najlepszym pomysłem na odzyskanie Krymu przez Ukrainę, ale my i tak nie mamy wyjścia – musimy w niej uczestniczyć. Oczywiście rzecznik Kremla zdążył już zarzucić uczestnikom kijowskiego spotkania antyrosyjskość. Myli się bardzo. Rzecz jasna, nikt z jego uczestników nie zamierza wychwalać obecnej rosyjskiej polityki. Ale tego, co robią – w tym i nasz kraj – nie można nazwać antyrosyjskością; to antykremlowskość, a jeszcze dokładniej – antyputinowskość.

Nadal bowiem większość, jeśli nie wszyscy uczestnicy platformy (a na pewno jej gospodarze), ma nadzieję, że uda się wymusić zmianę polityki obecnego prezydenta, którego poza nim samym i jego otoczeniem nikt nie utożsamia z Rosją. A jest ona i dla nas śmiertelnie niebezpieczna, mimo że – w sumie – cóż nam do Krymu...

Problem polega na tym, że aneksja półwyspu to pierwsza siłą dokonana zmiana granic w naszym regionie – a szerzej, w Europie – od 1991 roku. Nawet Jugosławia rozpadła się w pierwszej połowie lat 90. wzdłuż wcześniej wyznaczonych granic republik, a żadna z nich nie próbowała anektować części lub całości terytorium sąsiadów.

To Władimir Putin jako pierwszy złamał obowiązujące w naszej części kontynentu tabu, że nie wolno zmieniać postsowieckich granic. Od Estonii po Słowenię i od Polski po Bułgarię nie ma bowiem w naszym regionie granicy, której nie można by zakwestionować: ze względów historycznych czy etnicznych (tu najlepszym przykładem są Węgry). Niektóre państwa, jak Białoruś, Ukraina czy nawet Polska, nigdy wcześniej w historii nie istniały w obecnych granicach. Raz rozpoczęty proces ich rewizji – niezależnie od przyczyn – prędzej czy później pogrąży w krwawym chaosie cały region, a być może i inne części Europy.

Od 1991 roku, odkąd spadła z nas ołowiana pokrywa sowieckiego imperium, znajdujemy się w takiej sytuacji jak państwa Afryki po odzyskaniu niepodległości w latach 60. XX wieku. Tam również żadna granica nie miała większego sensu etnicznego czy historycznego, ale przywódcy z całego kontynentu okazali się prawdziwymi mężami stanu. Od razu uzgodnili, że nie wolno ich zmieniać, ponieważ efekt domina zmiecie wszystkie państwa afrykańskiego lądu. Trzymają się tego ustalenia do dziś, a każdy, kto próbował je naruszyć, miał przeciw sobie całą Afrykę.

Przekonał się o tym na przykład dyktator Ugandy i wielbiciel Adolfa Hitlera Idi Amin, który w 1979 roku najechał sąsiednią Tanzanię, twierdząc, że ileś tam kilometrów kwadratowych jej dżungli powinno należeć do niego. Armia tanzańska w końcu doprowadziła do obalenia go, przy aplauzie całego kontynentu.

Ale dziś w Europie nie widać Tanzańczyków, którzy by pouczyli Władimira Putina, co mu wolno, a czego nie. Zachód, a widać to wyraźnie właśnie w Kijowie, umywa ręce. Nie widać też sił, które z wewnątrz Rosji mogłyby wymusić zmianę nieco już oszalałej imperialnej polityki obecnego prezydenta. A to z kolei zmusza nas do stałej konfrontacji z Kremlem – czy tego chcemy czy nie. Nie pozostawia nam on wyjścia, musimy walczyć o Krym.