Przecież wchodzące w grę pieniądze były śmiesznie małe nawet w skali budżetu Sejmu, nie mówiąc już o całym państwie. Nie sposób więc mówić o znaczących stratach finansowych. A przecież prowadzenie obrad Izby to naprawdę ciężka praca...

Nie kwestionuję tego. Ale zarazem fundamentalnie nie zgadzam się z takim sposobem myślenia.

Bo po to, aby społeczeństwo i państwo jakoś funkcjonowały, potrzebne jest spełnienie szeregu warunków. A najważniejszy z nich to poczucie wspólnoty.

Z tym poczuciem, łagodnie mówiąc, nie jest u nas najlepiej. I nie chodzi tu tylko o partyjne nienawiści, o „wojnę polsko-polską” dzielącą nie tylko polityków, ale i w ogromnym stopniu zwykłych ludzi. Idzie głównie o to, że społeczeństwo musi, w ograniczonym bodaj stopniu, uważać polityczną elitę za swoją emanację. Za ludzi, z którymi można się nie zgadzać, ale którzy w swoich działaniach kierują się dobrem tego społeczeństwa jako całości.

Otóż sławetnych premii nie sposób pogodzić z takim rozumowaniem i z takimi wymaganiami. Nie sposób zwłaszcza teraz, kiedy rozszerza się kryzys. Kiedy rządzący rozpaczliwie szukają oszczędności, a te oszczędności coraz bardziej dotkliwie uderzają nie w najbogatszych, tylko we wszystkich. I kiedy od wszystkich, w tym także od uboższych, wymaga się zrozumienia dla budżetowych cięć.

Kilka dni temu prezydent Finlandii, w obliczu kryzysu, zażądał radykalnego zmniejszenia własnej pensji. Wykonał w ten sposób gest, który oczywiście nie wpłynął na finansową sytuację państwa, za to podtrzymał fińskie poczucie wspólnoty. Wykreował więc kawał kapitału społecznego, który będzie procentował.

Ewidentnie jest to rozumowanie obce marszałek Kopacz, która – przypomnijmy – najpierw długo energicznie broniła decyzji o premiach. Ewidentnie nie rozumieją tego również partyjni liderzy, którzy zareagowali dopiero wtedy, kiedy całą sprawę ujawniły media.

Mówi to o nich, niestety, nie najlepiej. Używając bardzo eufemistycznych słów.