Gdyby nowelę udało się szybko przepchnąć przez Sejm, polscy przedsiębiorcy mogliby odetchnąć z ulgą. Nie trzeba byłoby drżeć ze strachu, otwierając list, którego nadawcą jest urząd skarbowy.

Do tego jednak droga długa. Mimo że prezydenckie pomysły wzbudzają entuzjazm posłów, sceptycznie odnosi się do nich resort finansów. Nic dziwnego. Przyjęcie rozwiązania faworyzującego podatnika oznacza mniejsze wpływy do budżetu państwa z tytułu odsetek czy kar.

Dziś sytuacja jest prosta. W gąszczu niejasnych przepisów gubią się nie tylko mali przedsiębiorcy, ale i potężne biura rachunkowe. Jedyną wyrocznią są urzędy skarbowe. Ale i one często mają kłopoty z interpretacją prawa. Okazuje się, że urząd z Podkarpacia całkiem inaczej rozumie przepisy niż jego odpowiednik w Szczecinie. Stratny na tym jest wyłącznie podatnik.

W ostatnich latach często słyszeliśmy o tym, jak urzędnicy zniszczyli znakomicie prosperujące firmy. Coś takiego spotkało choćby Lecha Jeziornego czy Romana Kluskę. A ilu było takich, o których nikt nie usłyszał? Ilu z nich klepie dziś biedę? Ilu odebrało sobie życie? Patologiczny system, w którym każdego przedsiębiorcę traktuje się jak potencjalnego oszusta, wciąż ma się doskonale. I co gorsza, dotyka tylko „drobnicy", bo ją najłatwiej zdusić. Prawdziwi oszuści, którzy kantują Skarb Państwa na grube miliony, śpią spokojnie.

Stare polskie przysłowie mówi, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. Prezydencki pomysł powinien uruchomić teraz całą lawinę zmian w przepisach podatkowych i doprowadzić do tego, by stały się one maksymalnie proste. By państwo wreszcie stało się autentycznie „przyjazne".

Szkoda jedynie, że rewolucyjne projekty pojawiają się na chwilę przed wyborami. Można je odczytywać w kategorii tzw. kiełbasy wyborczej, która ma zachęcić obywateli do oddania głosu na konkretną partię. A potem i tak wszystko będzie po staremu. Oby nie stało się tak w tym przypadku...