Odwrót inwestorów od walorów, na które jeszcze nie tak dawno były mocno rozchwytywane, zbiegł się z pogorszeniem nastrojów na warszawskiej giełdzie, ale jak się bliżej przyjrzeć, to informacje negatywne napływające z samych spółek lub ich otocznia też miały w tym swój udział.
Entuzjazm wygasł
Wśród spółek, które wypadły z łask, jest Dino, które na przestrzeni kilku ostatnich lat może się pochwalić trzycyfrową stopą zwrotu z akcji. W tym roku rynek nie jest już tak entuzjastycznie nastawiony do spółki w porównaniu z czasami, gdy kurs ustanawiał historyczne rekordy. Ma to m.in. związek z coraz trudniejszym rynkiem i rosnącą presją kosztów, co negatywnie przekłada się na wyniki sprzedaży porównywalnej oraz marże. W takich warunkach właścicielowi sieci supermarketów będzie trudno utrzymać efektowne tempo wzrostu zysków, co w przeszłości było jednym z głównych argumentów przemawiających za spółką.
– Otoczenie rynkowe w II kwartale cały czas pozostawało „wymagające”, głównie z racji toczącej się wojny cen między głównymi graczami, m.in. między Biedronką a Lidlem. To z kolei wiązało się z inwestowaniem w ceny przez pozostałe sieci, co odbijało się nie tylko na odczytach sprzedaży porównywalnej, ale także na rentowności – zwraca uwagę Adrian Górniak, analityk Ipopemy. Do tego dochodzi negatywny wpływ na marże presji wynagrodzeń (będącej m.in. efektem podwyżki płacy minimalnej na początku roku). Dlatego obawy rynku o wyniki II kwartału są uzasadnione.
Wśród inwestorów pojawiły się także obawy związane z tempem wzrostu Inter Carsu, co w ostatnich latach stanowiło jeden z głównych argumentów za inwestycją w jego walory. – Tempo wzrostu sprzedaży na poziomie 8 proc. w I półroczu br. rozczarowało wobec 18 proc. wzrostu w 2023 r. – zauważa Mateusz Chrzanowski, analityk Noble Securities. Pozostaje jednak optymistycznie nastawiony do perspektyw rozwoju spółki. – Na rynku części samochodowych widoczna jest rosnąca konkurencja zarówno pośród dystrybutorów, jak i producentów. Dynamice sprzedaży i osiąganej marży brutto na sprzedaży nie sprzyjało również umocnienie złotego. Mimo to spółka radzi sobie lepiej od europejskiej konkurencji, a otoczenie pozostaje sprzyjające dla branży – podkreśla.
Zadyszka deweloperów
W ostatnich miesiącach przerwana została passa deweloperów mieszkaniowych. – Notowania deweloperów zyskiwały z początkiem bieżącego roku na bazie sprzyjającego otoczenia. To znaczy ich wolumeny sprzedaży zaskakiwały pozytywnie, co wynikało częściowo z finalizacji umów rezerwacyjnych w ramach programu „Bezpieczny kredyt 2 proc.”. Z drugiej strony otoczenie kosztowe, czy to ceny materiałów, czy koszty pracy, pozostawało relatywnie stabilne. Jednak początek okresu letniego przeniósł spadek zainteresowania kupujących w dużej mierze w oczekiwaniu na wejście w życie kolejnego rządowego programu wsparcia, ale też z uwagi na wysokie ceny nominalne mieszkań – wyjaśnia Adam Anioł, analityk BM BNP Paribas. Mimo to, jak zauważa, deweloperzy nie zwolnili z wprowadzaniem lokali do oferty. – Oferta powróciła więc w okolice 50 tys. lokali, czyli poziomów z lat 2018–2020 czy początku 2022 r. To, przy jastrzębiej retoryce RPP, przełożyło się wręcz na stabilizację cen mieszkań, czego nie obserwowaliśmy od wielu lat – wyjaśnia.
Mniej udany okres mają za sobą papiery Budimeksu, które od szczytu z maja potaniały już o ok. 25 proc. Co ciekawe, ze spółki w tym czasie nie napłynęły żadne informacje, które uzasadniałyby tak dużą przecenę. Jednak jak zauważają analitycy, akcje Budimeksu od dłuższego czasy były notowane ze sporą premią względem innych spółek budowlanych.