Ten film ma wyjątkowy wdzięk. Zakochany w Europie Teksańczyk Richard Linklater opowiedział o twórcach, którzy pod koniec lat 50. i na początku lat 60. stworzyli w Paryżu fascynujący, modernistyczny nurt filmowy.
Rewolucja w papierosowym dymie
Linklater pokazał redakcję „Cahiers du Cinema”, szarą od papierosowego dymu, pełną fantastycznych, nietuzinkowych ludzi. Stąd przecież wywodziło się wielu nowofalowych reżyserów tamtego czasu, m.in. François Truffaut, Claude Chabrol, Jacques Rivette, Eric Rohmer czy Jean-Luc Godard. Ten ostatni jest głównym bohaterem „Nowej fali” – opowieści o tym, jak powstawało „Do utraty tchu” – film, który stał się wizytówką francuskich artystów uciekających od schematów lat 50., szukających świeżości, rewolucjonizujących język kina, ale też podejście do bohaterów.
„Do utraty tchu” to historia chłopaka, który jadąc do Paryża skradzionym samochodem zabija usiłującego go zatrzymać policjanta. Ucieka i w stolicy żyje właśnie na maxa, romansując z amerykańską studentką. To była pierwsza poważna rola Jeana-Paula Belmondo. Dziewczynę zagrała Jean Seberg. Godard, w filmie, który teraz wrócił na ekrany, przełamał wszelkie schematy, pozbył się sztywnych reguł obowiązujących w latach 50., odszedł od klasycznej narracji, a przede wszystkim zaproponował całkiem innych bohaterów. Pokazał atmosferę tamtego czasu. Ludzi, którzy chcieli zerwać okowy, wyzwolić się ze schematów, na nowo – bardzo osobiście – spojrzeć na świat.
I tak również pokazał swoich bohaterów Linklater. Jego „Nowa fala” jest pełna wdzięku, szaleństwa, humoru. Ale też szacunku dla talentu, twórczej odwagi, oryginalności. Godard, zawsze w ciemnych okularach, na planie wymyśla kolejne sceny, a jak nie ma weny, to nawet nie uruchamia kamery. Wszędzie szuka prawdy, razem z aktorami i operatorem Raoulem Coutardem potrafi wmieszać się w paryską ulicę, niemal niedostrzeżony przez przechodniów. A przecież ponad tym wszystkim unosi się magia kina, magia tworzenia, magia sztuki.
Czas pracy nad „Nową Falą” pozwolił mi odzyskać radość tworzenia — przyznał reżyser.
Linklater chciał „Nową falę” nakręcić już dekadę temu, wówczas jednak nie mógł znaleźć producenta. Co więcej, żył jeszcze Jean-Luc Godard, który do takich przedsięwzięć był nastawiony więcej niż sceptycznie. Kiedy Michel Hazanavicius nakręcił w 2017 r. „Ja, Godard” o powstawaniu „Chinki” i romansie Godarda z 19-letnią aktorką Anne Wiazemsky, sam – 87-letni wówczas weteran francuskiego kina był oburzony. Publicznie nazwał film Hazanaviciusa „głupim pomysłem”. Ale Linklater podszedł do Godarda z ogromną atencją. Sportretował artystę, który starał się zmienić kino. Nie pozwolił sobie na to, by nakręcić kolorowy film, z wielkimi gwiazdami, a jeszcze może – z powodów komercyjnych – z dialogami po angielsku. Zaproponował czarno-biały obraz, a w rolach głównych obsadził mało znanych francuskich aktorów: Guillaume Marbeck gra Godarda, Aubry Dullin – Belmondo, Adrien Rouyard – Truffauta. Zresztą – poza nim samym i Zoey Deutch – odtwórczynią roli amerykańskiej gwiazdy Jean Seberg, wszyscy członkowie obsady i ekipy pochodzili z Francji, świetnie poczuli atmosferę artystycznego Paryża z lat 60. i złożyli mu piękny hołd.
Linklater – eksperymentator
Sam Linklater mówił w wywiadach, że „Nowa fala” jest mu bardzo bliska. Trudno się zresztą dziwić. Jest artystą, który kocha eksperymenty i zwykle nie idzie najprostszą drogą. Mieszka nie w Los Angeles czy Nowym Jorku, lecz w Austin, w Teksasie i tam powstało wiele jego filmów, przede wszystkim kręcony przez 12 lat „Boyhood”. Zdjęcia trwały zaledwie 39 dni, ale aktorzy m.in. Patricia Arquette i Ethan Hawk spotykali się na kilka dni co roku. Zagrali rozwiedzione małżeństwo, wychowujące dwójkę dzieci. Tak powstała piękna opowieść o miłości, życiowych zakrętach, dojrzewaniu.
Jednak najbardziej znany jest Linklater ze swojego cyklu europejskiego, gdy kolejno w Austrii, we Francji i Grecji zrealizował trzy opowieści „Przed wschodem słońca”, „Przed zachodem słońca” i „Przed północą”. To była historia dwojga ludzi, którzy spotkali się przypadkiem, spędzili razem noc włócząc się po Wiedniu i choć się sobą zauroczyli, nie zdołali zerwać z dotychczasowym życiem. Potem los zetknął ich przypadkiem, jakby chciał przypomnieć o tym, co mogło być, a co się przecież nie zdarzyło. Aż wreszcie para zdecydowała się na wspólne życie. Tylko czy szczęśliwe?
Ostatnie dziesięciolecie nie było dla Linklatera dobre, ale ubiegły rok znów przyniósł jego ciekawe filmy, bo oprócz „Nowej fali” reżyser pokazał też dramat „Blue Moon”, którego bohaterem jest znany tekściarz-alkoholik z Broadwayu – Lorenz Hart.
— Czas pracy nad tymi obrazami pozwolił mi odzyskać radość tworzenia — przyznał reżyser.
Ostatnio Linklater rzeczywiście odzyskał formę i chęć do eksperymentów. Realizuje musical „Merrily We Roll Along”, w którym występują Beanie Feldstein, Ben Platt, Paul Mescal i Mallory Bechtel. Podobnie jak w wypadku „Boyhood” jest to projekt rozpisany na lata. Tyle że tym razem ekipa i aktorzy mają się spotykać nie przez dekadę, lecz przez dwie dekady. Pierwsze zdjęcia odbyły się w 2019 r., ostatnie mają mieć miejsce około 2040 r..
Teksańczyk chce też ruszyć z innym projektem, o którym myśli od lat. To opowieść o grupie intelektualistów z lat 30. i 40. XIX wieku, którzy dyskutują o tym, jak urządzić „lepszy świat” z Ethanem Hawkiem i Natalie Portman w rolach głównych. Oba projekty brzmią interesująco i „po linklatersku”. A na razie naprawdę warto zagłębić się w odtworzony przez reżysera świat Paryża z połowy wieku XX i sztuki, która za nic nie chciała być skomercjonalizowana.