Dla przeciętnego miłośnika filmu synonimem kina belgijskiego jest społecznie zaangażowana twórczość braci Jeana-Pierre'a i Luca Dardenne. W stopniu doskonałym opanowali oni sztukę krytyki systemu społeczno-politycznego przez uwikłanie bohaterów w skomplikowane sytuacje fabularne. Próbują ich naśladować  – na ogół bez powodzenia – młodsi twórcy.

Pozornie należy do nich debiutujący w kinie fabularnym Robin Pront, Belg pochodzący z Holandii. Bowiem początkowe sekwencje jego „Ardenów" wydają się krytycznym spojrzeniem na nieskuteczność państwowego programu resocjalizacji przestępców. To mylne wrażenie – jedynie wstęp do gatunkowego miszmaszu. Połączenie mocno osadzonego w realiach dramatu rodzinnego, psychologicznego i niemal antycznej tragedii z thrillerem i podszytym makabrycznym, epatującym strugami krwi kiczem spod znaku coenowskiego „Fargo". Kenny (Kevin Janssens) wraz ze swą dziewczyną Sylvie (Veerle Baetens) i młodszym bratem Dave'em (Jeroen Perceval – także współautor scenariusza) dokonują napadu. Coś poszło nie tak i Kenny trafił na kilka lat do więzienia, lojalnie milcząc o udziale współsprawców.

Pobyt w zamknięciu niczego go nie nauczył. Będąc człowiekiem szalonym i impulsywnym, który najpierw działa, a potem myśli, boleśnie zderza się z nowymi dla niego realiami. Dave i Sylvie przestali ćpać, przeszli z powodzeniem terapię odwykową, podjęli stałą pracę – on w myjni samochodowej, ona jako kelnerka w nocnym klubie. I, o czym starszy brat  nie wie, zbliżyli się do siebie, spodziewają się dziecka.

Natomiast Kenny nie zna i nie umie żyć inaczej niż poza granicami prawa. Gdy pozna prawdę o zachowaniach najbliższych mu kiedyś ludzi (bo życzliwych nigdy nie brakuje), zdarzenia potoczą się lawinowo. A społeczny realizm krok po kroku przemienia się w krwawą, usłaną trupami, opowieść o zemście.

Kolejne zwroty akcji konsekwentnie wywracają nieskomplikowaną początkowo fabułę, choć nie zawsze zaskakują. Co prawda Pront sprawnie posługuje się mocno zgranymi fabularnymi kalkami, ale nie zmniejsza to narastającego wrażenia déja vu. Twórcy konsekwentnie skłaniają się ku pesymistycznemu stwierdzeniu, że człowiek w życiu nie ma na nic wpływu. To siła przeznaczenia determinuje nasze zachowania i wybory. Nad bohaterami filmu ciąży fatum skłaniające do unicestwiania samych siebie.

Tytułowe Ardeny, silnie zalesione niezbyt wysokie góry w graniczącej z Francją południowo-wschodniej Belgii, dla Kenny'ego są symbolicznym wspomnieniem najlepszego czasu w jego życiu. Tam właśnie, w malowniczej scenerii górskiej, spędził w dzieciństwie wiele niezapomnianych, beztroskich i przyjemnych chwil.

Ale współczesne Ardeny, dokąd trafiają bohaterowie, różnią się diametralnie od tych zapamiętanych z dzieciństwa. Jest tam zimno i ciągle pada deszcz, co podkreślają ciemne, mroczne, wręcz brudne zdjęcia Robrechta Heyvaerta, które dopełniają posępnego klimatu całego filmu.