„Banshees of Inisherin” tłumaczone jest jako „Duchy Inisherin”, ale w starych wierzeniach irlandzkich „banshee” to coś więcej niż duch: to przepowiednia śmierci.

Jest rok 1923. Fikcyjna, surowa wyspa Inisherin. Wszyscy się tu znają, w niedzielę spotykają na mszy. Padraic (Colin Farrell) i Colm (Brendan Gleeson) przyjaźnią się „od zawsze”. Superprzystojny Padraic mieszka z siostrą, Colm jest samotny. Do ich męskiego rytuału należy codzienny kufel piwa, wypity zawsze o godzinie drugiej w jedynej na wyspie knajpie.

Wojna w tle

Tak jest do dnia, gdy Colm nie odpowiada na wołanie Padraica i wręcz zamyka przed nim drzwi. Zrywa przyjaźń i relacje. Bez żadnego powodu. W knajpie nie pozwala Padraikowi przysiąść się do stołu. „Po prostu już cię nie lubię” – mówi. Ma dość „bezproduktywnego gadania”. Chce być sam, oddać się grze na skrzypcach i pisaniu muzyki. Bo tylko ona może przetrwać, a Colm jest starszy od niedawnego kumpla o 15–20 lat i nie ma już czasu do stracenia.

X

Czytaj więcej

Netflix zapowiada premiery filmów z gwiazdorską obsadą

Dla Padraica to niemal koniec świata. Ale na jego próby nawiązania kontaktu, zniecierpliwiony Colm odpowiada: „Za każdym razem, gdy się do mnie odezwiesz, przyślę ci mój odcięty palec”. I nie są to słowa rzucane na wiatr.

Jest też w filmie McDonagha piękna postać siostry Padraica – mądrej, wszystko rozumiejącej kobiety. Dość silnej, by stać się podporą dla brata, ale również, by zadbać o siebie samą – o życie, które ma przecież tylko jedno. Bohaterami filmu są też zwierzęta. Oddane, wierne. Ukochany osiołek, który dla Pedraica jest lekarstwem na smutek. I wspaniałe psisko Colma dyskretnie zabierające nożyce, którymi jego pan obcina sobie palce.

W tle są mieszkańcy wyspy. Niby bardzo zwyczajni, a przecież każdy tutaj nosi w sobie swój smutek i problemy, skrywane bardzo głęboko. Atmosfera tego odciętego, żyjącego w swoim rytmie świata kryje coś niepokojącego. Zwłaszcza że zza wody słychać odgłosy kończącej się w Irlandii wojny domowej. Ta wojna niby nie ma wpływu na życie mieszkańców Inisherin, a jednak przynosi bliżej nieokreślony lęk.

Czytaj więcej

Ogłoszono nominacje do nagród filmowych BAFTA 2023

W „Duchach Inisherin” niewiele się dzieje. Ważne są ludzkie relacje. I nastrój wyspy, która obnaża wszystkie słabości, a znaczenie uczuć podnosi do potęgi. Ważna jest opowieść o odrzuceniu, o potrzebie bliskości, ale i o tym, jak niesprawiedliwość, której doświadczamy, zmienia nas, jak twardniejemy i zacinamy się w sobie.

Brendan Gleesam i Colin Farrell tworzą w „Duchach Inisherin” wyjątkowe kreacje. 14 lat temu zagrali parę rewolwerowców w reżyserskim debiucie Martina McDonagha „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”. Teraz na ekranie stworzyli duet, od którego nie można oderwać wzroku.

Irlandzka ojczyzna

Pierwszy – uparty, zdeterminowany, by nie „trwonić” czasu, jaki mu pozostał, uparty w przekonaniu, że ma prawo decydować, komu i czemu poświęca czas, jaki mu pozostał. Drugi – wyrwany nagle z codziennej rutyny porządkującej jego czas, próbujący ocalić przyjaźń, na której zbudowane było jego dotychczasowe życie, jeszcze walczący, ale już coraz bardziej zraniony i zgorzkniały. Jego bohater przechodzi przez wszystkie możliwe fazy odrzucenia – od niezrozumienia, rozpaczy, buntu aż do momentu, w którym staje się twardy i zaczyna nienawidzić. Obaj zbudowali na ekranie niesztampowe postacie, a Colin Farrell jest dziś jednym z najpoważniejszych kandydatów do Oscara za pierwszoplanową rolę męską.

Przed czterema lat Martin McDonagh pokazał „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” – intrygujący dramat o bólu po stracie dziecka, o chęci zemsty, wybaczeniu. Ale też o prowincjonalnej Ameryce. Teraz wrócił do kraju swoich rodziców.

On sam urodził się już w Londynie, ale mówi, że praca w zachodniej Irlandii, skąd pochodził jego ojciec, była dla niego ważnym przeżyciem. Pamięta te miejsca z dzieciństwa, gdy z rodzicami odwiedzał ich małą ojczyznę. Zrobił film zupełnie inny stylistycznie niż „billboardy”, ale nie pozwolił sobie na ciepłą nostalgię. W przypominających o najprostszych uczuciach „Duchach Inisherin” czuje się surowość i osamotnienie.

Czytaj więcej

„The Last of Us”: Ostatni na pierwszym miejscu

To niebywałe, jak McDonagh – bez wartkiej akcji – potrafi utrzymać napięcie. Jak precyzyjnie buduje atmosferę, wsłuchuje się w ciszę, konstruuje znakomite, często pełne ironii dialogi, opowiada o tym, co w człowieku tkwi najgłębiej.

Własne miejsce

Nastrój zawieszonego w czasie Inisherin podkreślają zdjęcia Bena Davisa oraz muzyka Cartella Burwella. Obaj ci twórcy są zresztą stałymi współpracownikami brytyjskiego dramaturga i reżysera, który wśród swoich filmowych mistrzów wymienia zarówno Martina Scorsese, Quentina Tarantino, jak i Terrence’a Malicka i Davida Lyncha.

Dzisiaj zresztą nie musi już powoływać się na nikogo. Ma swoje własne miejsce w kinie. Tym ciekawsze, że w jego pełnych prawdy filmach i w jego poturbowanych bohaterach odbija się współczesny świat z jego wszystkimi niedoskonałościami i lękami.