W Hiszpanii „Yuli" cenionej reżyserki Iciar Bollain zdobył wiele nominacji do dorocznych nagród tamtejszych krytyków filmowych, a także do hiszpańskich Oscarów, czyli statuetek Goya. Rzeczywiście sam wybór tematu i bohatera wydawał się fascynujący. Trudno wszakże oprzeć się wrażeniu, że zrezygnowano ze wszystkiego, co psułoby sentymentalno-liryczny nastrój tej historii.

A przecież Yuli to postać pełna sprzeczności: syn kierowcy ciężarówki, chłopak z przedmieść Hawany, kopiący piłkę na ulicy i chętnie wdający się w bójki. Przede wszystkim zaś bojący się, że rówieśnicy mogą nazwać go pedałem. Yuli jest bowiem zmuszony przez ojca do nauki w szkole baletowej.

Światowa gwiazda

Mamy zatem sytuację odwrotną niż w wielkim przeboju sprzed kilkunastu lat, jakim był brytyjski „Billy Elliot", który tak bardzo spodobał się publiczności na świecie, że został przerobiony na musicalowy hit, wystawiony i u nas w Teatrze Rozrywki.

Billy Elliot, 11-latek z angielskiej rodziny górniczej, marzył, by zostać tancerzem, choć w jego w środowisku nikt nie miał zrozumienia dla jego pasji. Ojciec również, choć taniec był szansą na wyrwanie się z biedy i beznadziei typowej dla czasu strajków górniczych za rządów Margaret Thatcher.

Taką szansę na lepszą przyszłość dostrzega natomiast ojciec Yulego. Wie, że jeśli chłopak zostanie tancerzem, będzie mógł wyjechać z zamkniętej przed światem wyspy, o czym marzą tysiące Kubańczyków. Jest bowiem koniec lat 80. i nikt już nie wierzy, że kiedyś zapanuje tu „komunistyczny raj".

Długo trwało, nim Yuli zrozumiał, czego naprawdę chciał dla niego ojciec, zmuszając prośbą, groźbą, a nawet biciem do baletowych ćwiczeń. Dzięki temu Yuli stał się Carlosem Acostą, który w 1990 r. zdobył złoty medal na najważniejszym konkursie baletowym świata odbywającym się w Lozannie.

Acosta to postać autentyczna, a film jest ekranizacją jego autobiografii, on sam zagrał siebie w wieku dojrzałym – artystę wspominającego drogę, którą przeszedł, a także prezentującego swą sztukę w kilku sekwencjach tanecznych. 45-letni obecnie tancerz przez ostatnie ćwierćwiecze należał do największych gwiazd światowego baletu. Najbardziej wierny był Royal Ballet w Londynie, ale gościnnie występował od Nowego Jorku po Moskwę, gdzie w Teatrze Bolszoj zatańczył tytułową rolę w ikonicznym dziele rosyjskim – w „Spartakusie".

Czarny książę

Autopromocja
Od 29.10 w "Rzeczpospolitej" i "Parkiecie"

Wszystko o zrównoważonym rozwoju i pozafinansowym raportowaniu spółek

Sprawdź szczegóły

Niestety, przedzieranie się na szczyt „Yuli" pokazuje niesłychanie pobieżnie. Wydaje się wręcz mało istotne w porównaniu z ciągłą nostalgią Carlosa za Hawaną. A mimo talentu i znakomitego wyszkolenia nie było łatwo zostać najsławniejszym tancerzem świata. Acosta przełamywał bariery i reguły, bo jeszcze przecież kilkadziesiąt lat temu było nie do pomyślenia, by kanoniczne role w baletach klasycznych – Księcia w „Jeziorze łabędzim" czy Alberta w „Giselle" – powierzyć czarnoskóremu mężczyźnie.

Równie powierzchowne został przedstawiony balet na Kubie. Kto mało o nim wie, ten oglądając film, nie zrozumie, jaką rolę odgrywa. Po zwycięstwie rewolucji Fidel Castro ogłosił, że balet należy do najbardziej wzniosłych wypowiedzi artystycznych i powinien być dostępny dla wszystkich klas społecznych, szczególnie dla ludu pracującego.

Równolegle z powszechną walką z analfabetyzmem na Kubie rozpoczął się proces budowy szkół baletowych we wszystkich prowincjach. Takiego systemu edukacji nie ma żaden kraj. Na samym szczycie hierarchii jest Narodowy Balet Kuby, od 60 lat kierowany przez dawną primabalerinę Alicię Alonso oraz działająca przy tym zespole szkoła. Co roku organizowany jest przegląd szkół regionalnych, najbardziej obiecujący uczniowie zyskują zaś prawo do nauki w Hawanie.

System kształcenia bazuje przede wszystkim na klasycznej technice rosyjskiej z pewnymi dodatkami specyfiki baletu amerykańskiego, którego gwiazdą przed rewolucją kubańską była właśnie Alicia Alonso. Ciekawe byłoby więc zobaczyć, jak żywiołowi i pełni temperamentu chłopcy poddają się w Hawanie rygorowi ukształtowanemu w czasach carskich, a wzmocnionemu przez system edukacji radzieckiej. Tego jednak nie zobaczymy.

W filmie wszystkie kubańskie nauczycielki to anioły pochylające się z troską nad uciekającym z lekcji Yulim.

Żona w sekrecie

Tymczasem sporo szumu wywołała u nas książka „Balet, który niszczy", zbiór rozmów Moniki Sławeckiej z osobami, które nie wytrzymały atmosfery w polskich szkołach baletowych, przypłacając to depresją czy anoreksją. Przywołano też samobójstwa uczniów. I choć książka daje jednostronny, przerysowany obraz, to jednak nie każdy nastolatek daje sobie radę z dyscypliną, ścisłą dietą i z rywalizacją między uczniami, która pojawia się już na wstępnym etapie nauki.

Wszystko to są ciemne strony zawodu tancerza, towarzyszące mu w każdej epoce. Tym bardziej musiały dawać o sobie znać w szkole na Kubie, gdzie uczniowie wiedzą, że ten, kto ukończy naukę z dobrymi wynikami, ma szansę na powszechnie cenioną pracę, a może i na wyjazd w świat.

Komunistyczne władze wcześnie zaczęły zgadzać się na zagraniczne kontrakty dla kubańskich tancerzy, za co, oczywiście, musieli oni oddawać część zarobków, jeśli chcieli mieć możliwość powrotu do rodziny. Tak jak Acosta, który w 2015 r. założył w Hawanie zespół Acosta Danza. Jest szczęśliwy. Nie pokazał jednak w filmie, że ma brytyjską żonę i troje dzieci.