Rzeczpospolita: Leonardo DiCaprio, odbierając Oscara za pierwszoplanową rolę męską w filmie „Zjawa", nawoływał do wspierania przywódców, którzy nie przemawiają głosem wielkich korporacji, za to walczą z globalnym ociepleniem. Czy polityka często gości w podobnych przemówieniach?

Wiesław Kot: Tego typu apele ponawiane są przy okazji rozdania Oscarów od wielu, wielu lat; to nie jest nic nowego. Ale skoro kilkadziesiąt osób ględzi o podziękowaniach dla ekipy, Akademii czy nawet własnej babci, to gdy ktoś powie nagle o ociepleniu klimatu, siłą rzeczy zostaje zauważony. Tylko apele te traktowane są na zasadzie ciekawostki, a nie poważnego manifestu społecznego czy politycznego.

W czyje zatem ślady poszedł DiCaprio?

Marlon Brando, kiedy w 1973 r. miał odebrać Oscara za rolę w „Ojcu chrzestnym", wydelegował w swoim imieniu aktorkę, która walczyła o prawa Indian. Weszła ona na scenę z 15-stronicowym referatem, na szczęście przerwano jej to wystąpienie... Tom Hanks, gdy w filmie „Filadelfia" zagrał zarażonego HIV homoseksualistę, upomniał się o prawa gejów. Halle Berry upomniała się o aktorów czarnoskórych. A Sean Penn po roli w „Obywatelu Milku" potępił wojnę w Iraku i poparł prawa homoseksualistów: jedno do drugiego miało się nijak, mógł znaleźć 50 innych pretekstów, by wypowiedzieć się na tematy społeczne...

Wydaje się, że zawsze są to tematy podobne.

Czasem laureaci potrafią zaskoczyć. Ric O'Barry, gdy zagrał w filmie o delfinach, podał w swoim wystąpieniu numer, na który można wysyłać esemesy popierające działania na rzecz „dyskryminowanych" delfinów. A poważna artystka Vanessa Redgrave w 1978 r. wyraziła poparcie dla Organizacji Wyzwolenia Palestyny. To było wyjątkowo niezręczne, bo – jak wiadomo – w amerykańskim przemyśle filmowym od samych początków było bardzo wielu twórców pochodzenia żydowskiego, żeby przypomnieć choćby urodzonego w Warszawie Samuela Goldwyna, jednego z założycieli Hollywood.

Wszystko to brzmi bardzo lewicowo. Czy w Hollywood nie ma nikogo o poglądach konserwatywno-liberalnych albo – jak to się mówi w USA – libertariańskich?

Na pewno są i tacy, ale nie zmienia to faktu, że amerykańska sztuka filmowa zawsze była postępowa. Nie miejmy wątpliwości: to właśnie Hollywood zrewolucjonizowało obyczajowość seksualną. Zresztą nie przypadkiem komisja McCarthy'ego w tak ogromnej liczbie wzywała przed swe oblicze właśnie ludzi kina. Uznano, że Hollywood jest rozsadnikiem poglądów sączonych przez ideologów Związku Radzieckiego. Zatem przy tym ogromnym liberalnym walcu, który kino przetacza przez cały świat, te krótkie polityczne wystąpienia aktorów są absolutnie bez znaczenia.

—rozmawiał Michał Płociński