W nową gospodarczą rzeczywistość rodzinni przedsiębiorcy wchodzili z przyczepioną im w czasach PRL mało pochlebną łatką prywaciarzy. Niezbyt lubiani przez ludową władzę, ale tolerowani, bo dzięki zaradności pomagali socjalistycznej gospodarce wiecznych deficytów. Trwali na jej marginesie, nie mogąc rozwinąć skrzydeł.
Szybki start, ale...
Pierwsze lata transformacji przyniosły nie tylko eksplozję przedsiębiorczości, ale i radykalną zmianę podejścia do jej przedstawicieli – prywaciarze stali się przedsiębiorcami, a prestiżu dodawało im angielskie miano biznesmenów. Pomimo poprawy wizerunkowej dla wielu z nich nowa rzeczywistość, a zwłaszcza konkurencja importu, okazała się trudniejsza niż oswojone już warunki PRL.
Na przełomie lat 80 i 90. powstało wiele dynamicznych firm, które funkcjonując jako rodzinne przedsięwzięcia, dopiero z czasem zaczęły doceniać walory... rodzinności. Świadomość znaczenia familijnego biznesu w gospodarce i w życiu społecznym też rosła powoli. Większą uwagę rodzinny biznes zdobył już w tym stuleciu, gdy w 2005 r. zorganizowano pierwszą w Polsce konferencję biznesu rodzinnego. Utworzono wtedy polską sieć BR, która włączyła się do Międzynarodowej Sieci Biznesu Rodzinnego, a w 2006 r. powstało stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych.
Niedługo potem familijne biznesy mogły korzystać ze wsparcia Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. W raporcie z 2009 r. eksperci PARP oceniali, że firmy rodzinne stanowią 78 proc. sektora mikro-małych i średnich w Polsce (po wyłączeniu samozatrudnionych) i wytwarzają ponad jedną dziesiątą PKB. Nie brano wtedy jednak pod uwagę dużych, familijnych biznesów. Teraz, gdy wiele małych rodzinnych firm stało się średnimi, a te rozrosły się w duże spółki, ich znaczenie dla gospodarki jest zdecydowanie większe.