Warto, aby o tym „pieluchowym prawie" wyborcy pamiętali szczególnie dzisiaj, w przededniu elekcji do samorządów.

Najnowszy dowód na prawdziwość tej zasady daje nam daleka Turcja, a właściwie jej prezydent Recep Erdogan. Dzisiaj jest on nazywany „pierwszym sułtanem współczesnej Turcji", ale warto pamiętać, że Erdogan doszedł do władzy, wygrywając demokratyczne wybory. Co więcej, w ciągu ostatnich kilkunastu lat, jako lider Partii Sprawiedliwości i Rozwoju, wygrał kilkanaście demokratycznych wyborów. W tym również samorządowe – w 1994 roku został burmistrzem Stambułu, którym rządził do 1998 r. I to rządził dobrze, rozbudowując między innymi kanalizację dla tej wielkiej metropolii i budując nowe mosty. Od 2003 r. rządził już całą Turcją. I też rządził dobrze. Udało mu się wyciągnąć kraj z kryzysu gospodarczego i mocno pchnąć do przodu. Rządzona przez niego Turcja ściśle współpracowała z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, realizowała mądre reformy gospodarcze, ale także systematycznie demokratyzowała swój system polityczny. Powoli zbliżała się do państw zachodnich, a w pewnym momencie całkiem realne wydawało się przystąpienie tego kraju do rozmów o członkostwie w Unii Europejskiej.

Nagle jednak wszystko się zmieniło. Erdogan poczuł się sułtanem. Jak każdy człowiek sprawujący władzę przez wiele lat, stracił nad sobą kontrolę. Na początku tego dziesięciolecia przeprowadził czystkę wśród swoich współpracowników. Głupią, ale właściwie nieuniknioną. Pogonił z rządu tych ministrów, którzy byli autorami sukcesów Turcji, i zastąpił ich politykami lojalnymi, bo nagle lojalność stała się dla niego wartością nadrzędną. Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego, to błąd, który popełniają niemal wszyscy rządzący. Początkowo starają się być „mądrzy mądrością swoich współpracowników", ale z czasem dochodzą do wniosku, że to oni są autorami wszystkich sukcesów, a współpracownicy służą wyłącznie do wykonywania poleceń. Na dodatek większość takich władców postrzega współpracowników jako potencjalnych rywali, którzy tylko czyhają na odpowiedni moment, aby rzucić im się do gardła. Remedium na to ma być zastąpienie ludzi ambitnych, mających wysoką pozycję, osobnikami kiepskiej konduity intelektualnej, za to bezwzględnie oddanych „szefowi".

A czym jest lojalność? To z reguły znak rozpoznawczy miernot, dla których uczepienie się patrona i całkowite mu oddanie jest jedyną drogą do kariery. Silne osobowości lubią miernoty, bo one dają im poczucie, że rządzą światem. Lubią te posłuszne miernoty, choć w końcu to właśnie one zawsze przywodzą ich do zguby. Historia aż się skrzy od takich przykładów, a jednym z najbardziej uderzających było otoczenie marszałka Józefa Piłsudskiego. Ciągle się to powtarza, ale ciągle wielcy przywódcy najbardziej cenią sobie tych, których jedyną kompetencją jest wykonywanie poleceń i trzaskanie obcasami. Znacznie gorzej natomiast znoszą ludzi kompetentnych, a już zwłaszcza błyskotliwych, z dużym dorobkiem zawodowym. Bo ci zamiast trzaskać obcasami i przytakiwać, proponują własne rozwiązania i nie chcą wykonywać głupich poleceń.

Erdogan też te trzaskające obcasy i zapewnienia o swoim geniuszu pokochał. I dalej już poszło. Wybudował sobie pałac o powierzchni 300 tys. mkw, czyli ponad cztery razy większy niż Kreml. Zamiast mądrego prawa postawiono na prawo, które oddaje całą władzę w ręce jednego człowieka, postawiono na coraz mocniejszą ingerencję w gospodarkę, coraz bardziej stanowcze ograniczanie demokracji i wolności ekonomicznej. Zamiast zbliżania się do wartości zachodniego świata Turcja coraz chętniej i z coraz większym entuzjazmem flirtowała z putinowską Rosją. Rynki odczytały te sygnały bezbłędnie i inwestorzy wycofali się z tureckiej giełdy, choć jeszcze niedawno była ona synonimem sukcesu i dawała godziwe zyski. Pieniędzy zaczęło brakować i nie sposób już było dalej finansować wzrostu tureckiej gospodarki. Efekt znamy – od początku roku do połowy sierpnia turecka waluta straciła 40 proc. wartości, inflacja rośnie, a kraj wkracza na ścieżkę, którą od kilku lat pracowicie wydeptuje Wenezuela.

Turecką lekcję powinni odrobić wszyscy politycy, ale byłoby znakomicie, gdyby przede wszystkim odrobili ją samorządowcy i ich wyborcy. Mamy w samorządach wielu takich, którzy są przy władzy od bardzo wielu lat i jeśli jeszcze nie „odpłynęli", to – jak uczy też powyższy przykład – „odpłyną" niebawem. Nawet jeśli, jak Erdogan, nie wybudują sobie pałacu składającego się z 1150 komnat, to i tak warto, aby władza trafiła do kogoś nowego, kto ma nowe pomysły i nową energię. Takiego, który jeszcze nie stawia wyłącznie na lojalność. Bo z trzaskania obcasami wiele, poza hałasem, nie wynika. ©?

Niezależny dziennikarz, autor biografii Edwarda Gierka, Wojciecha Jaruzelskiego i Władysława Gomułki pt. „Gomułka. Dyktatura ciemniaków"