Pierwszy powód bardziej słyszalnego głosu związków zawodowych jest oczywisty: jesienią odbędą się wybory parlamentarne. Rok wyborczy jest dla związków najlepszym okresem, by od polityków wydobyć nie tylko obietnice, ale wymusić również konkretne działania. Szczególnie taki układ sił politycznych, z jakim dzisiaj mamy do czynienia, zachęca do podobnych kroków.
Spójrzmy bowiem – Platforma Obywatelska ostatni rok obecnej kadencji zaczęła z kilkoma poważnymi potknięciami. Nagle okazało się, że straszenie powrotem PiS to za mało, by zatrzymać falę krytyki.
Rząd zbiera cięgi za pomysły wzmocnienia ZUS kosztem OFE, za śrubowanie budżetowego deficytu, za odkładanie w nieskończoność obiecywanych reform. Co ważne, w pierwszej linii krytyków stają osoby, które w żaden sposób nie mogą być uważane za adherentów Jarosława Kaczyńskiego. Czy bowiem za taką osobę można uznać Leszka Balcerowicza albo Stanisława Gomułkę?
Sondaże, ostatnio już nie tak łaskawe dla PO, pokazują jednak topniejącą przewagę partii rządzącej nad PiS. Donald Tusk, choć nie ma powodów do paniki, nie może żadną miarą uznać jesiennych wyborów za z góry wygrane. A już na pewno wątpliwa wydaje się teza o samodzielnych rządach PO w kolejnej kadencji.
Drugi powód jest taki, że prawdziwym kłopotem dla PO może się okazać ewentualne pogorszenie sytuacji gospodarczej. Chociaż, na szczęście, ominął nas dotychczas kryzys na miarę Irlandii czy Grecji, to dwucyfrowe bezrobocie i umiarkowany wzrost gospodarczy są faktami, których nie da się przykryć urzędowym optymizmem. Jeśli sytuacja się pogorszy, Platforma będzie miała powody do poważnych obaw.