PAP: Jaki będzie ten sezon, jeśli chodzi o komary, meszki i inne owady, które uprzykrzają nam lato? Czy po zimie i wiośnie można już coś przewidzieć?
Prof. Stanisław Ignatowicz: To pytanie słyszałem już w tym roku wiele razy. Odpowiadam zawsze podobnie: zima, którą mieliśmy, absolutnie nie zaszkodziła ani komarom, ani meszkom. Gdyby takie zimy miały skutecznie ograniczać liczebność owadów, to musielibyśmy zadać sobie pytanie, jakim cudem na Syberii, gdzie mrozy są nieporównanie większe, człowiek latem nie może wytrzymać od chmar komarów i meszek.
Czytaj więcej
Regularne wykonywanie treningu siłowego może zmniejszyć ryzyko przedwczesnej śmierci – wynika z nowego badania. Okazuje się, że największe korzyści...
Opady sprzyjają rozmnażaniu się komarów
Owady mają bowiem bardzo skuteczne strategie przetrwania. Jeśli temperatura spada stopniowo, tak jak dzieje się to w przyrodzie, mają czas znaleźć kryjówki. Dodatkowo w ich organizmach powstają bardzo drobne kryształki lodu, które nie niszczą komórek i ich składników. W płynach ustrojowych znajdują się też substancje działające podobnie jak płyny niezamarzające stosowane w samochodach. To dlatego większość owadów doskonale radzi sobie zimą. Dlatego nie spodziewam się ani wyjątkowej plagi, ani wyjątkowego spadku liczebności. Wszystko zależy od tego, co wydarzy się teraz. Jeśli pojawią się długotrwałe opady, zastoiny wody i utrzymujące się długo kałuże, komary mogą rozmnożyć się masowo.
PAP: Czyli bardziej niż zimno liczy się woda?
S.I.: Zdecydowanie. Dla wielu owadów krwiopijnych kluczowa jest obecność wody lub wilgotnego środowiska. Komary rozwijają się w wodzie stojącej. Meszki w wodzie płynącej. Jeżeli lato jest suche, wiele gatunków ma problem z rozmnażaniem. Przykładem jest jusznica deszczowa, krewniaczka bąków i ślepaków, zwana też muchą końską. To duża szarawa muchówka, która szczególnie aktywna staje się przed burzą i wiele osób zauważa, że nagle zaczyna bardzo dokuczać właśnie wtedy. Dzieje się tak dlatego, że wilgotna pogoda oznacza lepsze warunki dla rozrodu w glebie i przetrwania kolejnego pokolenia. Susza jest więc dla wielu pasożytów ograniczeniem znacznie poważniejszym niż zima.
PAP: W powszechnej świadomości istnieją głównie komary i meszki. Tymczasem lista owadów żywiących się krwią jest znacznie dłuższa.
S.I.: Oczywiście. Mucha domowa akurat nas nie gryzie, ale jest jej krewniaczka o wdzięcznej nazwie bolimuszka kleparka. Nazwa jest bardzo trafna: jak ugryzie, to boli tak bardzo, że człowiek odruchowo chce ją klepnąć. Kiedyś student zapytał mnie, skąd biorą się takie nazwy owadów. Odpowiedziałem żartem, że dwóch entomologów siedzi przy winie i wymyśla nazwy, śmiejąc się przy tym do rozpuku. Student stwierdził wtedy, że przy nazwie „szrotówek kasztanowcowiaczek” musieli naprawdę mieć dobrą zabawę. Ale nazwy bywają piękne. Mamy pożyteczne roztocze o trudnej łacińskiej nazwie. Jeden ze studentów zaproponował dla niego nazwę „dobroczynek szklarniowy”. Tak nam się spodobała, że jego nazwa weszła do nauki i jest używana do dziś.
Czytaj więcej
Badacze z Uniwersytetu w Heidelbergu odczytali inskrypcję umieszczoną na ołowianej tabliczce znalezionej w holenderskim mieście Heerlen. Artefakt p...
Owady krwiopijne są w stanie wykryć żywiciela
PAP: A czym jest bolimuszka kleparka?
S.I.: To owad związany głównie z hodowlą świń. Rozwija się w chlewniach i tam pobiera krew ze szczególnie delikatnych miejsc na ciele zwierząt, na przykład spod pach. Ale człowiekiem też nie pogardzi. Pamiętam własne doświadczenie: pracowałem kiedyś przy testowaniu środków owadobójczych w chlewniach. Wróciłem do Warszawy przesiąknięty zapachem świń tak bardzo, że w aptece, do której zaszedłem po drodze, ludzie zaczęli się ode mnie odsuwać. Później, wykończony, położyłem się na leżaku przed moim domem na Ursynowie. I nagle zostałem tak boleśnie ukłuty przez bolimuszkę, że dosłownie podskoczyłem. Wtedy zrozumiałem, dlaczego nosi właśnie taką nazwę.
PAP: Skąd ta bolimuszka znalazła się na warszawskim Ursynowie?
S.I.: Podejrzewam, że przyciągnął ją zapach. Wróciłem przecież prosto z chlewni i byłem nim dosłownie przesiąknięty. To pokazuje, jak doskonale owady krwiopijne potrafią wykrywać swoich żywicieli. Dla niej nie byłem mieszkańcem miasta. Pachniałem jak świnka, a więc jak naturalny gospodarz i to wystarczyło, żeby mnie odnaleźć.
PAP: Coraz częściej mówi się też o strzyżakach jelenich, czyli tzw. latających kleszczach.
S.I.: To bardzo ciekawy przykład. Strzyżaki są muchówkami, a nie kleszczami, choć wyglądają podobnie. Ich ciało jest mocno spłaszczone, a odnóża idealnie przystosowane do poruszania się w sierści jeleni, saren czy łosi. Gdy taki owad dostanie się w sierść zwierzęcia, wczepia się w nią odnóżami tak mocno, że bardzo trudno go usunąć – no cóż, ewolucja premiowała osobniki, które trzymały się najlepiej. Taka sarna będzie ocierać się o drzewa, próbując pozbyć się pasożyta, ale najlepiej przystosowane strzyżaki i tak pozostają na miejscu. Coraz częściej spotykamy je również w Polsce. Jeszcze kilkanaście lat temu były rzadkością. Dziś są notowane coraz częściej i wiele wskazuje na to, że jest to związane z ocieplaniem się klimatu.
Czytaj więcej
Chodzi o gwarantowaną ustawą waloryzację najniższych wynagrodzeń w publicznej ochronie zdrowia, czyli podwyżkę pensji minimalnych. W praktyce zarob...
O czym warto pamiętać przed wizytą w lesie?
PAP: Czy nauka potwierdza, że strzyżaki jelenie mogą przenosić na ludzi różne bakterie?
S.I.: Takie doniesienia rzeczywiście się pojawiają. W strzyżakach wykrywano materiał genetyczny bakterii z rodzaju Anaplasma i Bartonella. Pierwsza z nich może wywoływać anaplazmozę, chorobę przypominającą ciężką grypę, druga jest związana m.in. z chorobą kociego pazura i innymi zakażeniami. Trzeba jednak bardzo wyraźnie podkreślić, że czym innym jest wykrycie bakterii w organizmie owada, a czym innym udowodnienie, że skutecznie przenosi on chorobę na człowieka. W przypadku strzyżaków nadal mamy więcej pytań niż odpowiedzi i potrzebne są dalsze badania.
PAP: Jak się chronić przed tymi „owadzimi gryzoniami”?
S.I.: Przede wszystkim w lesie nie chodzić ścieżkami wydeptanymi przez zwierzynę. Tam właśnie czekają na swoich naturalnych żywicieli. Druga rzecz jest bardzo prosta. Strzyżaki szukają dużych, szarobrązowych zwierząt. Jeżeli wybierzemy się do lasu ubrani na biało, będziemy dla nich znacznie mniej atrakcyjni.
PAP: Dlaczego tyle różnych grup owadów niezależnie od siebie zaczęło pić krew?
S.I.: Odpowiedź jest prosta. Krew jest fantastycznym pokarmem. Kiedy przygotowywałem jeden z wykładów i analizowałem jej skład, byłem pod ogromnym wrażeniem. Znajdziemy tam praktycznie wszystko: białka, cukry, witaminy, minerały. To niezwykle bogate źródło składników odżywczych. Dlatego różne grupy owadów, często wcale blisko niespokrewnione, doszły do podobnego rozwiązania ewolucyjnego. Pluskwy, komary, meszki czy bąki należą do różnych grup systematycznych, ale wszystkie odkryły tę samą rzecz: krew jest bardzo wartościowym źródłem pokarmu.
PAP: A dlaczego zwykle gryzą samice?
S.I.: Bo potrzebują dodatkowego źródła składników do produkcji jaj. Samiec komara żyje zupełnie inaczej. Na przykład pan komar żywi się nektarem, sokami roślinnymi i wodą. Krwi nie potrzebuje. To samica musi zdobyć materiał potrzebny do rozwoju potomstwa.
Czytaj więcej
Czekają nas wyjątkowo upalne dni. Z powodu narażenia na wysokie temperatury organizm traci więcej wody wraz z potem, dlatego w tym czasie musimy za...
W jaki sposób owady znieczulają swoje ofiary?
PAP: Komary są też małymi biochemikami. Potrafią znieczulać i zapobiegać krzepnięciu krwi. Jak to działa?
S.I.: Gdy komar znajdzie naczynie krwionośne, najpierw wprowadza wraz ze śliną peptydy znieczulające wpływające na lokalny układ nerwowy. Substancje te blokują działanie receptorów bólu w skórze człowieka – sygnały o bólu są skutecznie wyciszane. Dzięki temu nie odczuwamy od razu ukłucia. Następnie podaje substancje rozszerzające naczynia krwionośne i przeciwkrzepliwe. Krew musi pozostać płynna, bo owad pobiera ją przez bardzo cienki aparat gębowy i gdyby zaczęła krzepnąć, nie mógłby się napić. Problem polega na tym, że nasz organizm reaguje na te obce białka. Swędzenie i pieczenie pojawiają się dopiero po odlocie owada, gdy organizm zaczyna zwalczać obce białka. U jednych osób reakcja jest minimalna, u innych bardzo silna. Dlatego podczas wspólnego spaceru jedna osoba wraca cała pokłuta, a druga twierdzi, że nie została zaatakowana ani razu. Najczęściej obie były kąsane, tyle że jedna nie zareagowała alergicznie.
PAP: Czy powinniśmy obawiać się komara tygrysiego?
S.I.: Na razie sam nie miałem jeszcze okazji potwierdzić jego obecności w Polsce, choć od lat otrzymuję od ludzi komary do oznaczenia. Często są już rozgniecione i trudno je rozpoznać, ale wiele trafia do mnie w idealnym stanie. Komar tygrysi ma charakterystyczną srebrzystą linię biegnącą przez środek głowy i tułowia. Jest już obecny w Niemczech, Czechach, Chorwacji czy we Włoszech. Dlatego spodziewam się, że prędzej czy później zostanie stwierdzony także u nas. Najważniejsze pytanie brzmi jednak: czy będzie w stanie skutecznie zimować, choć podejrzewam, że skoro udaje mu się to w krajach sąsiednich, w Polsce także może sobie poradzić. Niepokój budzi fakt, że może przenosić wirusa gorączki Zachodniego Nilu. U większości ludzi zakażenie przebiega bezobjawowo, ale u części, zwłaszcza osób starszych i osłabionych, może prowadzić do bardzo ciężkich powikłań neurologicznych, a nawet śmierci.
Niektóre owady są w stanie zabić bydło
PAP: Które owady uważa pan za najbardziej niedoceniane?
S.I.: Meszki. Są fascynujące. Ich larwy rozwijają się w wodzie i filtrują z niej cząstki organiczne, więc w pewnym sensie pomagają oczyszczać środowisko. Problem zaczyna się wtedy, gdy pojawiają się masowo. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa sytuacje, gdy pilnowałem krów. Meszki obsiadały zwierzęta tak gęsto, zwłaszcza wymiona, że po przesunięciu po nich dłonią miałem całą rękę we krwi. W skrajnych przypadkach meszki potrafią nawet zabijać duże zwierzęta gospodarskie. Nie dlatego, że wypiją zbyt dużo krwi. Zabójcza bywa ich ślina. Jeśli tysiące meszek atakują jednocześnie jedno zwierzę, zawarte w ślinie substancje mogą wywołać bardzo silną reakcję organizmu, prowadzącą nawet do obrzęku płuc. To właśnie on jest najczęstszą przyczyną śmierci zwierząt podczas masowych pojawów meszek. W 1923 r. nad Dunajem w Rumunii doszło do masowego padnięcia aż 17 tysięcy sztuk bydła. Bezpośrednią przyczyną śmierci zwierząt była plaga meszek, a dokładnie masowe ataki tych owadów, które doprowadziły do wstrząsu anafilaktycznego, uduszenia lub wykrwawienia zwierząt. Takie zdarzenia pokazały, że niewielki owad może stać się bardzo poważnym problemem gospodarczym.
PAP: Meszki są groźne, ale o bąkach mówi się chyba jeszcze mniej.
S.I.: A niesłusznie. Bąki mają znakomicie rozwinięty wzrok i bardzo skutecznie wyszukują ofiary. Człowiek zwykle od razu wie, że został zaatakowany, bo ich ukłucie jest po prostu niesamowicie bolesne. Pamiętam sytuację, kiedy sam zostałem zaatakowany przez bąka, mając przy sobie aparat fotograficzny. Postanowiłem wykorzystać okazję naukowo. Pozwoliłem mu rozpocząć pobieranie krwi i zrobiłem serię zdjęć. Fotografowałem zarówno samego owada, jak i miejsce ukłucia już po jego odlocie, gdy krew nadal obficie wypływała z rany.
PAP: To się nazywa poświęcenie dla nauki…
S.I.: Bąki szczególnie dokuczają zwierzętom gospodarskim. Krowy doskonale rozpoznają charakterystyczny dźwięk ich lotu. Widziałem sytuacje, gdy wpadały wręcz w panikę, zrywały ogrodzenia i uciekały z pastwisk do obory, by schronić się przed atakami.
PAP: A gzy? W języku potocznym często wrzuca się je do jednego worka z bąkami.
S.I.: Tymczasem to zupełnie inna historia. Gzy prowadzą pasożytniczy tryb życia. Niektóre gatunki rozwijają się w organizmach zwierząt gospodarskich. Przykładowo larwy gza owczego rozwijają się w przewodach nosowych i zatokach owiec, właśnie w czerwcu zainfekowane nimi owce dostają ataków kaszlu. To jedna z najbardziej niezwykłych strategii życiowych w świecie owadów. Dorosła samica nie składa jaj, lecz rodzi żywe larwy i w locie wstrzykuje je w nozdrza zwierzęcia. Larwy wędrują następnie do jam nosowych i zatok, gdzie rozwijają się przez wiele miesięcy. Kiedy osiągną dojrzałość, są usuwane przez owcę podczas kichania lub kaszlu. Trafiają na ziemię, przepoczwarczają się, a po pewnym czasie z poczwarki wylatuje dorosły owad. W ten sposób cykl zaczyna się od nowa. Opowiem teraz historię, która brzmi wręcz nieprawdopodobnie, a jednak wydarzyła się naprawdę. Dotyczyła mieszkańca Londynu chorego na AIDS. Mężczyzna spał przy otwartym oknie, kiedy samica gza złożyła w jego nozdrzach larwy.
Ponieważ jego układ odpornościowy był bardzo osłabiony, larwy zaczęły się rozwijać. Kiedy spostrzegł, co wydobywa się z jego nosa podczas smarkania, zgłosił się do lekarza. Medycy byli zaskoczeni. Pytali, czy wyjeżdżał za granicę, czy miał kontakt z owcami. Nic się nie zgadzało. Dopiero później ustalono, że niedaleko miejsca jego zamieszkania znajdowała się rzeźnia, do której przywożono owce. Najprawdopodobniej stamtąd pochodził owad, który wykorzystał człowieka jako przypadkowego żywiciela. To historia niezwykła, ale dobrze pokazuje, jak zaskakujące potrafią być relacje między owadami a ludźmi.
Jak bronić się przed owadami?
PAP: Jak skutecznie się bronić przed tymi „krwiopijcami”?
S.I.: Nie wierzę w ultradźwiękowe gadżety, nie ma także wiarygodnych badań potwierdzających ich skuteczność. Działają natomiast repelenty. Mogą to być olejki eteryczne, takie jak mięta, lawenda czy eukaliptus. Nie dlatego, że owady panicznie boją się tych zapachów, ale dlatego, że maskują one sygnały chemiczne, dzięki którym krwiopijcy odnajdują żywiciela. Można to sobie wyobrazić w prosty sposób: komar leci, szukając człowieka po charakterystycznym zapachu, dwutlenku węgla i innych substancjach wydzielanych przez organizm. Tymczasem trafia na gościa pachnącego intensywnie miętą albo lawendą. Zapach, który normalnie prowadziłby go do ofiary, zostaje zagłuszony. „Fuj, sama mięta, nie lubię” – myśli komar i odlatuje. Trzeba jednak pamiętać, że olejki eteryczne szybko się ulatniają. Jeśli chcemy zachować ochronę, musimy regularnie odnawiać ich stężenie na skórze lub odzieży.
Najskuteczniejsze pozostają jednak preparaty zawierające DEET, ikarydynę lub IR3535. Sam przez wiele lat testowałem DEET i wiem, że działa bardzo dobrze zarówno przeciw komarom, jak i kleszczom. Najprościej tłumaczę jego działanie tak, że owadowi „zatyka nos”. Oczywiście owady nie mają nosa takiego jak człowiek, ale chodzi o to, że przestają prawidłowo odbierać sygnały chemiczne prowadzące je do żywiciela. Komar czy kleszcz wie, że gdzieś w pobliżu jest źródło pokarmu, ale ma problem z jego odnalezieniem. Trzeba jednak pamiętać, że w ostatnich latach pojawiły się publikacje zalecające ostrożność przy stosowaniu preparatów z DEET przez kobiety w ciąży i małe dzieci. W takich przypadkach można rozważyć preparaty zawierające ikarydynę lub IR3535 albo środki oparte na olejkach eterycznych, pamiętając jednak, że te ostatnie działają krócej i wymagają częstszego stosowania.
Niemniej jednak DEET jest stosowany od kilkudziesięciu lat i pozostaje jednym z najlepiej przebadanych repelentów. W czasie wojny wietnamskiej żołnierze smarowali się DEET-em nie tylko z powodu komarów. W tamtejszych lasach deszczowych po przejściu kilkudziesięciu metrów przez mokry teren można było znaleźć na sobie pijawki. Człowiek walczył nie z jednym pasożytem, ale z całym zestawem organizmów, które chciały napić się jego krwi. W takich warunkach DEET sprawdzał się przez lata, dlatego do dziś mam do niego duże zaufanie.
W jaki sposób można ograniczyć liczebność owadów?
PAP: A czy można skutecznie ograniczać liczebność komarów na większą skalę?
S.I.: Tak, ale wymaga to konsekwencji i pieniędzy. Najlepsze efekty daje zwalczanie larw. Stosuje się do tego preparaty zawierające specjalny szczep bakterii – pałeczki turyngskiej (Bacillus thuringiensis israelensis). To niezwykle eleganckie rozwiązanie biologiczne. W naturze bakteria, gdy warunki stają się niekorzystne, tworzy przetrwalniki i jednocześnie produkuje charakterystyczne kryształy białkowe. To właśnie one są kluczowe dla zwalczania larw komarów i meszek – kiedy larwa komara lub meszki pobiera taki materiał wraz z pokarmem, w jej przewodzie pokarmowym kryształy rozpadają się na substancje toksyczne.
Dzieje się tak dlatego, że przewód pokarmowy owadów ma odczyn zasadowy. W takich warunkach kryształy aktywują się i zaczynają działać, uszkadzając ścianę jelita larwy. Zawartość przewodu pokarmowego przedostaje się wtedy do jamy ciała owada, dochodzi do gwałtownego zakażenia całego organizmu i larwa ginie. Dopiero wtedy bakterie zaczynają się intensywnie namnażać, rozkładając martwe ciało. Ten preparat jest bezpieczny dla ludzi, zwierząt domowych i innych ssaków, gdyż nasz przewód pokarmowy ma odczyn kwaśny, a nie zasadowy, więc te kryształy nie ulegają aktywacji w taki sposób jak u larw komarów.
Mechanizm, który zabija owady, po prostu u nas nie zachodzi. To rozwiązanie jest o tyle interesujące, że działa bardzo precyzyjnie na określone grupy owadów i pozwala ograniczać liczebność komarów, jeszcze zanim pojawią się osobniki dorosłe. W debacie publicznej często skupiamy się na opryskach dorosłych komarów. Tymczasem to trochę tak, jakbyśmy próbowali walczyć z chwastami dopiero wtedy, gdy opanują całe pole. Największe efekty daje zwalczanie larw. Jeżeli pozwolimy im rozwinąć się w tysiącach zbiorników wodnych, późniejsze opryski przyniosą jedynie chwilową ulgę. Komarów będzie mniej przez kilka dni czy tygodni, ale problem szybko wróci.
Dlatego skuteczny program ograniczania liczebności komarów musi obejmować cały krajobraz: rowy melioracyjne, stawy, oczka wodne, rozlewiska i wszystkie miejsca, w których rozwijają się larwy. Niemcy od lat prowadzą takie działania na dużą skalę i potrafią wyraźnie ograniczać liczebność komarów. Największym błędem jest wiara, że jeden oprysk rozwiąże problem. W biologii tak to nie działa.