– Równanie dla euro o wielu zmiennych jest dużo trudniejsze do rozwiązania niż jeszcze rok temu. Osobiście uważam, że euro przetrwa. Ale nie mam na to przekonujących argumentów – mówi „Rz" Nicolas Veron, ekspert brukselskiego Instytutu Bruegla.
Jeśli politycy są w stanie myśleć racjonalnie i działać szybko – z czym do tej pory było najwięcej problemów – to wspólna waluta przetrwa. – Koszty jej upadku znacząco przewyższają koszty jej ratowania. I to nie tylko dla słabych krajów, ale też najsilniejszych, takich jak Niemcy – wskazuje Ansgar Belke, ekspert niemieckiego instytutu DIW i profesor ekonomii na Uniwersytecie Duisburg-Essen.
Konieczna reforma UE
Trudno przewidzieć precyzyjnie przyszłość euro, bo zależy ona od zbyt wielu skomplikowanych czynników. Na początku wydawało się, że mamy do czynienia tylko z kryzysem zadłużeniowym i do ratowania euro wystarczy dyscyplina fiskalna. Teraz widać wyraźnie, że oszczędności budżetowe to zbyt mało do odzyskania zaufania inwestorów.
– Kryzys euro rozgrywa się na czterech płaszczyznach. I dla jego przyszłości kluczowy jest postęp na każdej z nich – tłumaczy Veron.
Pierwsza to od początku rozumiana konieczność cięć budżetowych. Dla wszystkich jest ona jasna, ale wymaga podjęcia trudnych politycznie decyzji. Poza tym konieczne jest stymulowanie wzrostu gospodarczego. Bez niego nie będzie dochodów podatkowych, co tylko wyostrzy problemy. – Potrzebne są reformy strukturalne, liberalizacja. I musimy pracować więcej i ciężej – mówi Veron.
Kolejny problem to słabość systemu bankowego. Chodzi nie tylko o jego dokapitalizowanie, co ma być ratunkiem przed złymi kredytami dla rządów strefy euro. – Musimy mieć scentralizowaną politykę bankową. Bo w zbyt wielu krajach Europy Zachodniej silny jest protekcjonizm bankowy – uważa ekspert Bruegla.
Wreszcie, argumentuje Veron, konieczna jest reforma instytucjonalna Unii. Komisja Europejska w obecnej formie nie jest w stanie zarządzać nową unią fiskalną.
Widmo rozpadu
Niepowodzenie czy opóźnianie reform nie oznacza od razu upadku euro. Gdyby jednak inwestorzy stracili cierpliwość, to możliwe są pesymistyczne scenariusze. – Rozpad euro biorą pod uwagę już nawet eksperci w Niemczech – zauważa profesor Belke. W ostatnich dniach publicznie takiej opcji nie wykluczyła Beatrice Weder di Mauro, doradczyni ekonomiczna niemieckiej kanclerz. W wywiadzie dla najbardziej poczytnego dziennika „Bildt" szwajcarska ekonomistka stwierdziła: „Rozpad euro byłby niekorzystny dla wszystkich jego uczestników. Ale nie można go kompletnie wykluczyć. Od dwóch i pół roku politycy budują zapory ogniowe. I one wciąż nie są wystarczające mocne".
Ansgar Belke przedstawia dwa podstawowe scenariusze rozpadu. – Pierwszy, teoretycznie droższy, wyjście słabych krajów ze strefy euro. Na pewno Grecji i Portugalii. Drugi to wyjście krajów silnych, takich jak Niemcy, Austria, Holandia i Finlandia – wymienia ekonomista. Wracają do walut narodowych, a słabsza grupa zostaje z euro. Tyle że, jak zauważa Belke, prawie na pewno oznacza to definitywny koniec euro. Bo słaba strefa z kłopotami raczej nie przetrwa.
Jakie są koszty obu scenariuszy? Belke powołuje się na analizy dwóch międzynarodowych banków: HSBC i UBS. W scenariuszu pierwszym, gdy z euro wychodzą słabe kraje, natychmiast dochodzi do osłabienia ich nowej waluty względem euro nawet o 60 proc. Koszty długu dla rządów i przedsiębiorstw rosną o 7 pkt proc., co prowadzi do ich niewypłacalności. Obroty handlowe kurczą się o połowę, bo lepsza część strefy euro – w obronie przed tanim importem od secesjonistów – wprowadza na nowo bariery handlowe. Padają banki, a koszty ich ratowania sięgają 60 proc. ulokowanych w nich depozytów. W sumie dla kraju południowej Europy koszt wyjścia ze strefy euro sięga 9500 – 11 500 euro, czyli ok. 40–50 proc. produktu krajowego brutto. Przez wiele lat trzeba jeszcze płacić rocznie ok. 3000 – 4000 euro na mieszkańca rachunków za skutki ratowania banków.
W drugim scenariuszu mielibyśmy do czynienia z wyjściem silnych krajów. – Wbrew pozorom nie byłoby to dla nich bezbolesne – zauważa Belke. – Umocnienie nowej niemieckiej marki wyniosłoby przynajmniej 50 proc. To konserwatywne szacunki, bo np. według HSBC, gdyby wyjście Niemiec z euro nastąpiło na końcu 2009 r., to do dziś niemiecka marka wzmocniłaby się wobec gorszego euro aż o 89 proc. To spowodowałoby spadek niemieckiego eksportu o 16 proc. Państwo skorzystałoby, bo miałoby dochody w nowych markach, a płaciłoby posiadaczom swoich starych obligacji w słabnącym euro. Ale nie w 100 proc.: rząd musiałby znaleźć jakieś rozwiązanie, aby ludzie nie poczuli się zupełnie oszukani. Firmy, szczególnie małe i średnie, stałyby się mniej konkurencyjne na rynku europejskim, część z nich prawdopodobnie by upadła. Straciłyby banki, przedsiębiorstwa i obywatele, którzy mają inwestycje w euro.
W sumie rachunek dla Niemca wyniósłby od 6000 do 8000 euro plus 3500 – 4000 rocznie na ratowanie banków. To stanowi 20 – 25 proc. niemieckiego PKB.
Euro było błędem?
Alternatywa, czyli ratowanie strefy euro, na razie jest znacznie tańsza. Nawet jeśliby obecnie ratowane kraje – Grecja, Portugalia i Irlandia – stały się niewypłacalne i trzeba byłoby umorzyć połowę ich długów, to przeciętny Niemiec zapłaci za to „tylko" nieco powyżej tysiąca euro.
Te rachunki nie muszą przekonywać do skutecznego działania. – Politycy muszą słuchać wyborców. A ci niemieccy coraz częściej uważają, że euro było błędem i trzeba wrócić do marki – mówi Belke. Przed nami więc ciekawy rok.