Polska wskoczyła na 20-21. miejsce wśród największych gospodarek świata. To sukces, ale czy powinniśmy mieć jeszcze większe aspiracje?
Aspiracje możemy, a nawet powinniśmy zawsze mieć. Pod względem wartości PKB zajmujemy obecnie 21. pozycję, bo ostatecznie Szwajcaria jednak zepchnęła nas z 20. miejsca. W gruncie rzeczy nie ma to aż tak wielkiego znaczenia, kluczowe jest to, że wysoka pozycja na gospodarczej mapie świata otwiera przed nami konkretne szanse, które są domeną większych krajów i pozwalają odgrywać istotniejszą rolę w tym globalnym, zmieniającym się świecie. Z tych szans po prostu warto i trzeba skorzystać.
Czy jednak mamy szansę wskoczyć np. 18. pozycję, albo wyżej?
Moim zdaniem samo miejsce w rankingu jest wtórne wobec pytania, czy posiadamy strategię, która pozwoli nam budować trwałą przewagę konkurencyjną nad innymi gospodarkami.
A posiadamy?
To jest właśnie główny temat tegorocznego Europejskiego Kongresu Finansowego. Pierwszą debatę, poświęconą właśnie temu zagadnieniu, poprowadzi były premier Jan Krzysztof Bielecki. Chcemy wspólnie z ekspertami zastanowić się, jak tę przewagę realnie zwiększać. Tegoroczne hasło przewodnie EKF to konkurencyjność i bezpieczeństwo, i mam nadzieję, że uda się nam wypracować szereg rekomendacji, które realnie wpłyną na te obszary w Polsce.
Czytaj więcej
Gigant mediów społecznościowych wchodzi w e-handel nad Wisłą, zawierając partnerstwo z potentatami – InPostem oraz Blikiem. Czy nowy format zakupów...
Jeśli słowem kluczem jest konkurencyjność, to co musimy zrobić, żeby ją podnieść?
Musimy zrozumieć, że pewna epoka bezpowrotnie się zakończyła. Przez ostatnie 36 lat, od wyjścia z realnego socjalizmu, budowaliśmy swoją pozycję na specyficznych czynnikach. Bardzo ważny był tzw. nearshoring, czyli przenoszenie do Polski części firm biznesowych, księgowości czy działów IT z zachodniej Europy. Udało się to w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, Łodzi czy nawet w Gdańsku, choć Gdańsk jako kolebka Solidarności był traktowany początkowo jako „siedlisko” związków zawodowych... Niemniej naszą główną kartą przetargową była tania i dobra siła robocza. Mieliśmy ludzi relatywnie dobrze wykształconych, a jednocześnie cztero- czy pięciokrotnie tańszych niż w Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Dziś ten model rozwoju, oparty na niskich kosztach pracy, już się wyczerpał.
To co teraz może być motorem naszego wzrostu?
Największym wyzwaniem jest dzisiaj to, aby przestać marnować talenty, tj. nie dopuszczać do ich ucieczki z kraju. Mamy w Polsce wybitne mózgi, które budują fundamenty światowej sztucznej inteligencji, ale robią to poza granicami Polski. Weźmy przykład Jakuba Pachockiego, absolwenta gdyńskiego liceum i Uniwersytetu Warszawskiego, a który dziś jest szefem AI research w OpenAI. a także Wojciecha Zarembę, współzałożyciela OpenAI. Powiedziałbym, że to filary globalnej rewolucji AI, a w Polsce pozostają niemal nieznani. Wkład polskich umysłów w rozwój AI jest ogromny. Pytanie brzmi: dlaczego nie mamy w Polsce własnej Doliny Krzemowej?
No właśnie, dlaczego?
Aby talenty zostawały w kraju, musimy stworzyć w Polsce realny popyt na innowacyjne pomysły i znaleźć chętnych do ich wdrażania.
I znaleźć finansowanie...
Finansowanie jest ważne, ale postawiłbym je na drugim miejscu. Najważniejsze jest rozpoznanie tego, co innowatorzy mają do zaoferowania i chęć wdrożenia tych rozwiązań przez biznes. Z tym drugim, tj. ze znalezieniem odbiorców mamy w Polsce spory problem. Dlatego podczas EKF organizujemy – po raz pierwszy – specjalną przestrzeń – AI Future Arena. Chcemy pokazać polskim przedsiębiorcom konkretne rozwiązania oferowane przez polskie spółki technologiczne, ale też takich gigantów jak Microsoft, by zobaczyli, jak sztuczna inteligencja może zwiększyć ich przewagę na rynku. To ma być miejsce otwartych spotkań, również dla osób niebędących stricte gośćmi kongresu, między tymi, którzy mają pomysły, a tymi, którzy mogą je wdrożyć, i sfinansować.
Dlaczego pana zdaniem trudno znaleźć w Polsce odbiorców innowacji? Patrząc choćby na nasz sektor bankowy – jest otwarty na sztuczną inteligencję i bardzo chętnie ją wdraża.
Polskie banki radzą sobie z AI całkiem dobrze i rzeczywiście nie jesteśmy w ostatniej lidze, ale wciąż jest miejsce na więcej. Świat ciągle idzie naprzód i nie możemy osiąść na laurach. Musimy też pamiętać o drugiej stronie medalu – AI to także nowe zagrożenia, choćby te pokazane niedawno przez Anthropic i model Mythos, który wykrywa luki w oprogramowaniu. Dlatego na EKF poświęcamy osobną, zamkniętą debatę kwestiom cyberbezpieczeństwa. Musimy wiedzieć, jak bronić się przed cyberatakami, również przed atakami wykorzystującymi sztuczną inteligencję.
Wielkim zagrożeniem wydaje się być też to, że AI zabierze pracę ludziom. Zresztą sami liderzy spółek AI to wieszczą.
Widzę te obawy, ale proszę pamiętać, że strach przed nieznanym, nową technologią istnieje zawsze i jest cykliczny. Towarzyszył maszynie parowej i rewolucji przemysłowej, podobnie było przy wprowadzeniu internetu, a teraz – sztucznej inteligencji. Cykle technologiczne znacząco przyspieszyły, nie zdarzają się co 40-50 lat, ale co 20 lat albo i krócej. Jednak nie sądzę, by ludzie, którzy nauczą się wykorzystywać AI, stracą pracę, odwrotnie będą mieli jej więcej.
Pana zdaniem „job apocalypse” się nie wydarzy?
Nie pamiętam wynalezienia koła, druku, ani maszyny parowej, ale pamiętam ślęczenie dwa tygodnie w bibliotece nad czymś, co obecnie zajmuje 20 minut przy pomocy sztucznej inteligencji. Dziś wiedza i możliwości są na wyciągnięcie ręki. Moim zdaniem AI to nie jest koniec pracy, ale jednocześnie oznacza to konieczność zmiany – dziś młody człowiek musi liczyć się z tym, że w ciągu życia zmieni zawód kilka razy. AI w tej zmianie paradoksalnie pomaga.
Wróćmy do EKF, hasło przewodnie to konkurencyjność i bezpieczeństwo. Czy to jest w ogóle do pogodzenia? W obszarze AI, czy ogółem gospodarki?
To trudny dylemat, bo szeroko pojęte bezpieczeństwo jest kosztowne, ale dziś staje się fundamentem wszystkiego. Dla finansów publicznych i gospodarki wydawanie prawie 5 proc. PKB na zbrojenia to obciążenie, ale też konieczność i element strategii odstraszania w obliczu napięć na linii USA–Chiny–Rosja. Nie możemy być konkurencyjni, jeśli nie będziemy czuć się bezpieczni militarnie, energetycznie czy w cyberprzestrzeni. Na EKF będziemy rozmawiać o współpracy militarnej z Ukrainą oraz o technologiach dual-use, czyli cywilnych rozwiązaniach, które mogą służyć obronności. Inicjatywy w tym zakresie przedstawią m.in. były minister aktywów państwowych Jacek Jaworowski i były prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło. Wojna jest za naszą granicą, nie możemy tego ignorować.
Jak w tym niepewnym, niestabilnym otoczeniu, wypada nasz sektor finansowy? Jest odporny i konkurencyjny?
Polski sektor finansowy jest wyjątkowo stabilny i odporny. Wskaźniki adekwatności kapitałowej są na bardzo wysokim poziomie, a sytuacja po rozwiązaniu problemów takich podmiotów jak Getin czy Idea Bank jest komfortowa, jeśli, jeśli chodzi o bezpieczeństwo ekonomiczne. Pod względem cyberbezpieczeństwa wydaje się, że nie jest źle, choć oczywiście zdarzają się ataki, a klienci poddawani są coraz bardziej zaawansowanym socjotechnikom ze strony oszustów. Z mojego punktu widzenia, dziś największym problemem jest niska rola banków w alokacji kapitału. Obecnie tylko 60 proc. depozytów „trafia” do gospodarki w formie kredytów; kilkanaście lat temu było to nawet ponad 100 proc.
Z czego to wynika?
Ogromna część pieniędzy, ponad 80 mld zł, leży w NBP jako rezerwa obowiązkowa, a kolejne grube miliardy lokowane są w bonach pieniężnych NBP. Banki wolą kupować te bony niż udzielać kredytów, skoro ich oprocentowanie jest na poziomie stopy referencyjnej. Rezerwa obowiązkowa też jest tak samo oprocentowana, co jest moim zdaniem kuriozalne. Bank centralny płaci bankom za wypełnienie obowiązku; to jakby policja dawała nagrody za przestrzeganie przepisów ruchu drogowego, np. za zatrzymanie się na czerwonym świetle.
Do tego mamy w Polsce irracjonalną konstrukcję podatku bankowego. Jeśli bank kupuje obligacje państwowe, to podatku nie płaci. Ale jeśli udziela kredytu przedsiębiorcy – płaci. To system, w którym de facto mamy kary za udzielanie kredytów! Nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.
Ta dyskusja się toczy w Polsce już od jakiegoś czasu. Ministerstwo Finansów słucha tych argumentów?
Rzeczywiście, regularnie wytykam irracjonalność naszego systemu, ale na razie decydenci wydają się na to odporni.
Ale presja zawsze ma sens.
Oczywiście, dlatego zaproponowaliśmy chociażby, by zwolnić z podatku bankowego nowo udzielane kredyty. Nie uszczupliłoby obecnych wpływów do budżetu, ale może pobudziłoby akcję kredytową. Ale nie, nawet takie rekomendacje pozostają bez echa. Efekt jest taki, że mamy w Polsce bardzo drogie kredyty, niemal najdroższe w Europie, ale potem ktoś się dziwi, że nie ma na nie popytu. Niestety, mamy też bardzo słaby rynek kapitałowy – kapitalizacja polskiej giełdy to 25 proc. PKB i przedstawia się to jako pasmo sukcesów, podczas gdy np. we Francji to 120 proc.
Mechanizmy alokacji kapitału w Polsce są kiepskie, trzeba je udoskonalić. Bez tego trudno będzie nam budować nowoczesną gospodarkę, nawet jeśli zatrzymamy w kraju najzdolniejszych ludzi.
Czyli mamy jeszcze wiele do zrobienia.
Jako emerytowany wykładowca akademicki, systemowi alokacji kapitału wystawiłbym 3= w skali od niedostatecznej oceny do bardzo dobrej. „Trzy na szynach” pokazuje skalę wyzwań.
A jaką ocenę wystawiłby pan polskim bankom, jeśli chodzi o konkurencyjność i innowacyjność?
Tu postawiłbym 4+. Tutaj akurat naprawdę przodujemy. Proszę spojrzeć, ćwierć wieku temu mBank ruszał jako jeden z pierwszych banków internetowych na świecie, potem wymyśliliśmy BLIK, czyli według mnie najlepszy system płatności w Europie. Mamy świetne fundamenty technologiczne, ale system makroekonomiczny, w którym one funkcjonują, wymaga głębokiej naprawy. Musimy też uważać na globalnych graczy Big Tech, by ich wejście na rynek nie skończyło się powstaniem szkodliwych monopoli.