EASA chce poprawić reagowanie na podobne erupcje wulkanów w przyszłości, mając w pamięci chaos z kwietnia, więc proponuje przyjęcie amerykańskiego modelu, który wprowadza strefę całkowitego zakazu lotów (no-fly zone) 120 mil (193 km) wokół widocznej chmury wulkanicznej czy pióropiusza pyłu — poinformował rzecznik urzędu, Daniel Hoeltger.
Byłaby to zasada w kontroli ruchu lotniczego, dokładnie taka sama jak w Stanach. Problem tylko w tym, że w Europie ruch lotniczy jest bardziej zagęszczony i nie ma takich możliwości omijania chmury jak w USA.
Od czasu powstania kryzysu w transporcie lotniczym z powodu erupcji wulkanu Europa stara się ustalić, jaka gęstość pyłu w powietrzu jest bezpieczna dla samolotów. Obecna propozycja EASA odbiega całkowicie od europejskich prób ustalenia bezpiecznej normy pyłu dla silników.
W połowie kwietnia zamknięto na 6 dni większość obszaru w Europie, odwołano na świecie ponad 100 tys. lotów, 10 mln ludzi utknęło w różnych portach, linie lotnicze straciły 1,7 mld dolarów — ocenia IATA — i niektóre żądają pokrycia strat.
EASA broni się, że trzeba było podjąć drastyczną decyzję i zamknąć obszar powietrzny, bo producenci silników nie podali definicji bezpiecznej ilości pyłu, co oznaczało, że każdy pył w powietrzu należało uznać za zbyt duże ryzyko.