Kobieta straciła tam posadę na początku br. roku, gdy podczas pokojowej manifestacji na ogrodzeniu zakładu niemieckiego pracodawcy, który ją zatrudniał zawiesiła dwie flagi Solidarności.
I niemal natychmiast została zwolniona z pracy dyscyplinarnie.
Związkowcy z Solidarności w KGHM-ie wysłali wtedy list w obronie swojej koleżanki, ale nie do Premiera Tuska czy Prezydenta Komorowskiego, a do Kanclerz Niemiec Angeli Merkel i Prezydenta Niemiec Joachima Gaucka, bo jak powiedział ich szef Józef Czyczerski: „Do premiera Tuska nie ma co już pisać. To nie ma sensu. Przecież władze Polski nie reagują na przypadki nielegalnych zwolnień z pracy w kraju, nawet wtedy, gdy sądy nakazują przyjmowanie nielegalnie zwolnionych pracowników".
W odpowiedzi na prośbę prezydenta Gaucka, MSZ Niemiec odpowiedział Solidarności w KGHM-ie: „Prosimy o zrozumienie, że niemieckie instytucje rządowe nie mogą ingerować w sprawy toczące się w Polsce. Możemy jednak Pana zapewnić, że zarówno Konsul Generalny we Wrocławiu, jak również Niemiecka Ambasada w Warszawie będą uważnie obserwować tą sprawę".
Warto przypomnieć, że w liście do władz Niemiec związkowcy napisali m.in.: „Czy tak ma wyglądać demokratyczna Europa w której pracownicy zrzeszeni w legalnie działającym Niezależnym Samorządnym Związku Zawodowym Solidarność są wyrzucani z pracy i to we własnym kraju przez przedstawicieli kapitału niemieckiego?"
Związkowcy z KGHM-u są zadowoleni z reakcji strony niemieckiej.
- Mówiono mi, że nie mamy co liczyć na odpowiedź z Niemiec i że jej nie dostaniemy. Teraz mogę powiedzieć o pozytywnym rozczarowaniu - powiedział Czyczerski. I dodał: „Jestem także pozytywnie rozczarowany, bo władze Niemiec zachowały się inaczej niż władze Polski. Już nie raz i nie dwa pisałem do Premiera RP i Prezydenta RP i nie otrzymałem odpowiedzi na kierowane do nich pisma".
Kobieta zwolniona przez niemieckiego pracodawcę skierowała sprawę do sądu i domaga się od niego przywrócenia do pracy. Proces w tej sprawie trwa.