fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Łupkowy wróg tkwi w nas samych

Mariusz Staniszewski
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Tani polski gaz spowodowałby, że nasze przedsiębiorstwa stałyby się znacznie bardziej konkurencyjne od niemieckich czy francuskich – twierdzi publicysta „Rzeczpospolitej"
Jak rzadko kiedy, oczy Europy zwrócone są dziś na Polskę. Choć politycy oficjalnie o tym nie mówią, wcale nie jest to stwierdzenie na wyrost. Od tego, co się stanie w naszym kraju, będzie zależała nie tylko przyszłość firm polskich, ale też niemieckich, francuskich czy włoskich. Dziedziną, której wszyscy bacznie się przyglądają, są poszukiwania gazu łupkowego.
Prezentacja przez Ministerstwo Środowiska założeń do ustawy o zasadach wydobywania węglowodorów, czyli gazu i ropy, ma być początkiem drogi, na którą kilka lat temu wkroczyły Stany Zjednoczone. W ciągu zaledwie sześciu lat kraj ten z wielkiego importera gazu zamienił się najpierw w państwo pod tym względem samowystarczalne, a wkrótce – po wybudowaniu terminali skraplających gaz – zacznie się jego światowa ekspansja. Możemy więc być pewni, że nawet jeżeli „łupkowa rewolucja" nie wybuchnie w Polsce, to dotrze do nas z USA poprzez wielkie gazowce, które przypłyną do nas z tanim gazem. Tak czy inaczej era drogiego rosyjskiego gazu ma się ku końcowi.

Opłacalna inwestycja

Polska ściga się więc dziś głównie z czasem i ceną. Zakładając, że za trzy lata – gdy uruchomiony zostanie gazoport w Świnoujściu (miał ruszyć w roku 2014, ale są poważne opóźnienia) – do Polski będzie docierał amerykański gaz, jego cena nie powinna przekroczyć 300 dolarów za 1000 metrów sześciennych. Obecnie w USA sprzedawany jest za około 100 dolarów, ale jeśli założymy, że trochę podrożeje, oraz doliczymy koszty skraplania i transportu, cena powinna kształtować się mniej więcej na poziomie 300 dolarów.
To właśnie ta kwota będzie miernikiem opłacalności inwestycji w Polsce, a nie wygórowane, by nie powiedzieć lichwiarskie 550 dolarów za 1000 metrów sześciennych, jakie dziś płacimy Gazpromowi. Gdy więc obecnie patrzymy na propozycje resortu środowiska, powinniśmy je analizować pod kątem ceny, w jakiej sprzedawany będzie gaz skroplony. Do tej ceny będą musieli się dostosować zresztą także Rosjanie, którzy również budują terminale gazowe. Za kilka lat drogie paliwo tłoczone obłędnie kosztownymi rurociągami będzie synonimem politycznego, a nie ekonomicznego, podejścia do handlu surowcami. Tani gaz skroplony będzie zaś oznaczał pojawienie się rzeczywistej konkurencji na tym rynku.
Dlatego wysokość opodatkowania węglowodorów zaproponowana przez ministra środowiska Marcina Korolca, a dokładniej jego zastępcę Piotra Woźniaka, budzi nadzieję na to, że zagraniczne koncerny wydobywcze dostrzegą tu szansę na zrobienie interesu. Bo jeśli nawet koszt pozyskania gazu z łupków będzie w Polsce dwa razy wyższy niż w USA, to i tak pozostaje spore pole manewru, by na przedsięwzięciu zarobić.
Aby jednak „rewolucja łupkowa" wybuchła w Polsce, inwestorzy powinni dostać jasny sygnał, że warunki fiskalne nie zmienią się przez najbliższe kilkanaście lat. Jeśli więc ustawa w listopadzie ma trafić pod obrady rządu, a do końca roku do Sejmu, to już dziś jej kształt powinien być konsultowany z opozycją. Konsensus najważniejszych ugrupowań będzie najlepszą zachętą do inwestycji.
W tej batalii w Europie nie mamy w zasadzie sojuszników. Rozwój sektora gazowego w oczywisty sposób uderzy w interesy Rosji, głównego dostawcy gazu do UE. Niechętnie patrzą na rozwój branży także Niemcy, bo tani gaz z łupków postawi pod znakiem zapytania sens ich potężnej inwestycji w gazociąg północny. Także dla odległej Francji wiercenia są nie w smak – jeśli okażą się skuteczne, koncerny energetyczne zaczną domagać się zniesienia zakazu odwiertów, jaki wprowadzono nad Sekwaną. Z takiego samego powodu krzywo patrzą na nas Czesi czy Bułgarzy.

Krajowe przeszkody

Mimo tak niesprzyjających okoliczności międzynarodowych to nie za granicą znajduje się główny hamulec eksploatacji złóż łupkowych. On jest u nas w kraju. Mamy więc Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, które wszelkimi metodami będzie opóźniać rozwój branży. Im dłużej w Polsce będzie trwał obecny stan, gdy PGNiG kupuje drogi gaz z Rosji i po wymieszaniu go z nieopodatkowanym w zasadzie polskim paliwem sprzedaje obywatelom, tym dłużej firma będzie żyła w błogostanie monopolisty. Elementem opóźniania jest na przykład tworzenie polskiego konsorcjum firm, które mają wydobywać gaz łupkowy. Bez doświadczenia i pieniędzy przedsięwzięcie jest skazane na porażkę.
Kolejną przeszkodą są rosnące w siłę organizacje ekologiczne. Do wzrostu ich znaczenia przyczynił się w znacznej mierze rząd, który od czterech lat nie jest w stanie przyjąć dobrego prawa i przeprowadzić solidnej kampanii informacyjnej. A gdy rozum śpi, budzą się ekoterroryści, którzy próbują straszyć zatruciem wody rakotwórczymi chemikaliami wtłaczanymi pod ziemię w czasie procesu szczelinowania skał (dzięki niemu z łupków uwalnia się gaz) czy trzęsieniami ziemi, mającymi wywoływać mikrowybuchy cztery kilometry pod ziemią. W rzeczywistości środki chemiczne używane podczas szczelinowania to często te same, które ekolodzy kupują swoim dzieciom w postaci żelków, a dokładne badania udowodniły, że większe wstrząsy od tych przy szczelinowaniu powoduje pędząca autostradą ciężarówka.
Nigdzie na świecie nie zostały zatrute wody gruntowe – a odwierty można liczyć w setkach tysięcy. Oczywiście do ekologów, dla których biblią jest film „Gasland", te argumenty nigdy nie trafią. Ale to nie ich powinien przekonywać rząd.
Rzetelna informacja dostarczona lokalnym społecznościom powoduje, że ekolodzy nie mają czego szukać wśród ludzi, którzy będą mieszkać w sąsiedztwie kopalń gazu łupkowego. Wszędzie, gdzie takie kampanie przeprowadziły firmy wydobywcze, skutek został osiągnięty.

Potrzebni nowi sojusznicy

Jest jeszcze trzeci hamulec – polityczny. Wybierając drogę „łupkowej rewolucji", musimy szukać nowych przyjaciół. Interesy Warszawy będą przecież jawnie sprzeczne z interesami Berlina, Paryża, Moskwy czy Pragi. Tani polski gaz spowodowałby, że nasze przedsiębiorstwa stałyby się znacznie bardziej konkurencyjne od niemieckich czy francuskich. To z kolei mobilizowałoby firmy do przenoszenia do nas swojej produkcji, a odpływ miejsc pracy oznacza kłopoty każdego rządu na świecie. Takie decyzje wymagają odwagi i konsekwencji, a to cechy w naszej dyplomacji rzadko spotykane.
Jeśli nam się jednak uda, spowodujemy, że ceny energii będą musiały zacząć spadać w całej Europie. W tym sensie polskie łupki mogą być jednym z elementów ratujących europejską gospodarkę.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA