Problemem branży wciąż pozostają kontrakty zawarte przed gwałtownym wzrostem kosztów przez wybuch wojny w Ukrainie. Jak radzi sobie z nimi Strabag?

Liczymy na dodatkową waloryzację, która została zapowiedziana przez ministra infrastruktury, natomiast nie ukrywam, że część tego portfela to są po prostu umowy nierentowne, a koszty są dużo większe niż pięć lat temu. W umowach, gdzie obowiązywał limit 15 proc. i waloryzowana jest połowa kontraktów, wskaźniki wzrostu kosztów dla tej połowy przekroczyły 20 proc. A to oznacza, że koszty całej umowy wzrosły ponad 40 proc. W dodatku bardzo często inflacja w poszczególnych regionach była jeszcze większa, bo związana z kumulacją robót w danym miejscu. Przykładem może być droga S19 na Podlasiu, gdzie równolegle było realizowanych kilka kontraktów, czy fragment autostrady A2 na Mazowszu. W tych przypadkach wzrost kosztów realizacji inwestycji okazywał się realnie większy, gdyż lokalne zasoby są po prostu ograniczone.

Czy te 5 proc. waloryzacji więcej, które zapowiada Ministerstwo Infrastruktury, załatwi problem?

Ja się cieszę, że po wielu miesiącach dyskusji dowiedliśmy, że dotychczasowy limit jest niewystarczający dla dużych kontraktów drogowych, podpisanych przed wybuchem wojny w Ukrainie. To dobrze, że ministerstwo zareagowało na informacje z branży, 20 proc. to okrągła liczba, więc ja rozumiem tę decyzję, choć wskaźniki były między 21 a 23 proc. Jeśli limit zostanie podniesiony z 15 do 20 proc., będzie stanowił bardzo pozytywny sygnał dla rynku i dla wykonawców dużych kontraktów infrastrukturalnych. Dziękuję Ministerstwu Infrastruktury oraz GDDKiA za podjęcie tej ważnej dla branży decyzji.

Czytaj więcej

Local content w atomie. Nadzieje i lęki polskich firm

A co z nowymi umowami, jeśli np. z powodu skomplikowanej sytuacji geopolitycznej zaczną gwałtownie rosnąć koszty? Mamy już dwie wojny, do tej w Ukrainie doszła wojna na Bliskim Wschodzie.

W nowych kontraktach czy w nowych przetargach dalej jest 10-proc. limit. I uważam, że on jest niewystarczający, że on nie odpowiada temu, co się dzieje. To nie są przejściowe problemy, ciągle pojawiają się nowe elementy makroekonomiczne czy geopolityczne, które wpływają na wzrost cen, na dostępność materiałów, na łańcuchy dostaw i na możliwość terminowej realizacji kontraktów. Więc uważam, że mechanizmy waloryzacyjne w długoterminowych kontraktach publicznych nie powinny mieć ograniczenia co do wzrostu. Bo nie wiemy, jaki ten wzrost będzie.

To jakie powinny być?

Takie, abyśmy podobnej dyskusji odnośnie do dodatkowej waloryzacji nie prowadzili co rok czy dwa, ale mieli spokojną głowę i energię do rozwiązywania innych problemów. W mechanizmie waloryzacyjnym chodzi o to, żeby w pewien sposób mieć zagospodarowane ryzyko wzrostu kosztów. I aby nie było to tematem spekulacji przy okazji tworzenia oferty. Rozumiem publicznych zamawiających, którzy argumentują, że musi być jakiś limit. Chociażby po to, żeby to uwzględnić w budżecie. Więc ustalmy ten limit np. na 40 proc., aby wykonawcy nie musieli się martwić, czy są powyżej, czy poniżej tego limitu. W 90 proc. przypadków to powinno zadziałać, bo wiadomo, że tych skrajnych nigdy nie rozstrzygniemy.

Demografia jest największym problemem całej gospodarki, nie tylko budownictwa, i ten problem będzie się nasilać

Czy na rynku jest wystarczająca liczba zleceń, by firmy nie musiały o nie toczyć wojny na ceny?

Wygląda na to, że pod względem przetargów u dużych zamawiających obecny rok będzie lepszy niż lata poprzednie. Rynek inaczej się zachowuje, jeżeli jest 20 kontraktów wartych miliard złotych czy 40 kontraktów po pół miliarda, a nie 10 kontraktów po 2 miliardy, bo wtedy szansa uzyskania kontraktu jest po prostu mniejsza. Widać agresywność w składaniu ofert przez niektórych wykonawców i dużą ilość ofert na każdym przetargu. Podobnie na rynku mniejszych inwestycji samorządowych czy mniejszych inwestycji realizowanych przez centralnych zamawiających, gdzie konkurencja jest bardzo duża. Pamiętajmy, że mamy sześć kwartałów spadku produkcji budowlano-montażowej w Polsce, a firmy potrzebują przychodów, produkcji, potrzebują pokrycia kosztów, utrzymania miejsc pracy itd. Więc poziom konkurencyjności rynku jest bardzo duży. I trwa walka o każdy przetarg. Co z jednej strony okazuje się pewnie dobre dla zamawiającego, natomiast składanie i akceptowanie ofert – bo to dwie strony podpisują umowę – wydających się zdecydowanie poniżej kosztów nikomu nie służy.

Zbliża się kumulacja inwestycji w infrastrukturze: 20 mld zł rocznie na drogi, niewiele mniej na kolej, do tego CPK, elektrownia atomowa. Czy nie zabraknie nam pracowników, czy przetargi nie utkną w KIO, czy to wszystko razem może skutkować dużymi problemami z realizacją planowanych inwestycji?

Oczywiście, że może. Z jednej strony uważam, że firmy mają potencjał, żeby zrealizować zadania, które przed nami stoją. 20 mld zł wydawanych stabilnie przez GDDKiA bardzo by mnie cieszyło, podobnie jak 15 mld wydawanych efektywnie przez PKP PLK i mniej więcej tyle samo na komponent kolejowy Portu Polska. Mamy nadzieję, że do tego dojdzie ożywienie rynku budownictwa kubaturowego. Więc po sześciu kwartałach stagnacji ten wzrost bardzo by nam się przydał. Oczywiście każdy wzrost jest związany z ryzykami po stronie podażowej, ale demografia jest największym problemem całej gospodarki, nie tylko budownictwa, i ten problem będzie się nasilać. Uważam, że tylko sensowną migracją zarobkową jesteśmy w stanie tę lukę – nie tylko w branży budowlanej – zasypać. A sprawa nowych kadr? Według rektora Politechniki Krakowskiej w tym roku nie było ani jednego studenta, który by podjął studia na kierunku budownictwo drogowe. To wyraźny sygnał dla zamawiających i dla nas, by planować i komunikować te inwestycje, które chcemy zrealizować. Dajmy młodym ludziom perspektywę dobrze płatnych miejsc pracy. Ale do tego trzeba mieć klarowną perspektywę kontynuacji inwestycji.

Skąd firmy wezmą pracowników, gdy skończy się wojna w Ukrainie?

Jeśli inwestycje w Polsce realizowane będą na warunkach pozwalających stworzyć atrakcyjne miejsca pracy, to może część tych pracowników z Ukrainy zostanie. Nie wszyscy będą wracać do domu. Miejmy tylko świadomość, że w przypadku zaprzestania działań wojennych i zawarcia pokoju oraz skierowania dużych funduszy na odbudowę Ukrainy, nasza branża budowlana i nasza gospodarka będzie również konkurencyjna. Będzie stała w konkurencji do inwestycji w Ukrainie. Więc odbudowa Ukrainy będzie z jednej strony szansą dla polskich firm, a zarazem zagrożeniem polskiego budownictwa i polskiego rynku. Więc realizujmy sensowne programy edukacyjne, programy zachęcania pracowników z Ukrainy i ich rodzin, by tu zostali. Stwórzmy im takie warunki jak polskim pracownikom, bo mają pozytywny udział w naszym wzroście gospodarczym.

Czytaj więcej

Polska odrabia dziś zaległą lekcję patriotyzmu gospodarczego

Czy Strabag chce realizować kontrakty w Ukrainie?

Jest kilka warunków kluczowych, a najważniejszym jest bezpieczeństwo. Braliśmy udział w postępowaniach prekwalifikacyjnych, gdy Bank Światowy planował rozbudowę infrastruktury w zachodniej Ukrainie, żeby lepiej skomunikować drogi polskie z ukraińskimi. Jednak nie zdecydowaliśmy się na złożenie ofert przede wszystkim ze względu na bezpieczeństwo naszych pracowników. Dziś nikt go nam nie zagwarantuje. Drugim warunkiem jest transparentność nie tylko przetargów, ale też całego procesu inwestycyjnego, przestrzegania europejskiego prawa i przepisów dotyczących zapobiegania korupcji. Bez spełnienia tych dwóch podstawowych warunków nie możemy działać w Ukrainie.

Co najbardziej przeszkadza firmom budowlanym w realizacji inwestycji infrastrukturalnych?

Pewnego rodzaju silosowość gospodarki: oderwanie inwestycji od działań administracji publicznej, czy to samorządowej, czy centralnej. Często się zdarza, że agencje centralne czy inne jednostki współodpowiedzialne za proces inwestycyjny nie uwzględniają go w swoich zasobach kadrowych i planowaniu. Jeżeli podejmujemy decyzje o dużych inwestycjach, to wszystkie służby powinny mieć obowiązek dostosowania swojego potencjału, by swoje zadania i obowiązki móc terminowo zrealizować.

Czy powinno się zmienić kwestie opłat związanych z protestami składanymi do Krajowej Izby Odwoławczej?

Na pewno trzeba na drodze ustawy usprawnić pracę Krajowej Izby Odwoławczej. To, co w tej chwili się tam dzieje, doprowadza do braku pewności obrotu gospodarczego. Nigdy nie wiemy, kiedy będziemy w stanie podpisać umowę, nawet gdy jesteśmy na pierwszym miejscu, jeżeli nasza oferta została uznana za najkorzystniejszą itd. Ilość spraw w KIO powoduje niewydolność tej instytucji. Podwyższenie wpisów powinno wyhamować składanie odwołań niektórych wykonawców, bo 20 tys. zł przy wielomiliardowej to zdecydowanie za mało. Należy także przemyśleć przepisy o wykluczeniu w sprawie zamówień publicznych. To taki punkt, który często powoduje wojny między wykonawcami. Ale chcę dodać, że połowa skarg do KIO nie dotyczy wyboru oferty, tylko warunków przetargowych.