fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Przyjdzie taki czas, że ludzie wyjdą na ulice

Piotr Duda, przewodniczący NSZZ „Solidarność”
Fotorzepa, Piotr Wittman Piotr Wittman
Niech rządzący pokażą, jakie są ich prawdziwe intencje, i zdelegalizują związki – mówi Piotr Duda, przewodniczący NSZZ „Solidarność”
: Napisał pan ostry list do prezydenta Lecha Wałęsy, wyrzucając mu, że spotkał się z Mittem Romneyem, człowiekiem zwalczającym związki zawodowe, jak pan twierdzi. Chyba nie pała pan sympatią do pierwszego przewodniczącego związku?
Piotr Duda, przewodniczący NSZZ „Solidarność": Mam prawo do swojej opinii. Poza tym to amerykańscy związkowcy, którzy przez lata z nami współpracowali i współpracują do dziś, zwrócili się do mnie w tej sprawie. Pytali, czy Lech Wałęsa wie, co to jest za człowiek, że zwalcza związki zawodowe i wyprowadza miejsca pracy do Azji. Może gdyby pan przewodniczący to wiedział, zadałby Romneyowi pytanie, jak zamierza współpracować ze związkami zawodowymi, gdyby wygrał wybory prezydenckie.
Politycy PO bardzo się oburzyli na ten list. Uważają, że podważa pan autorytet Wałęsy, a przecież bez niego nie byłoby ani „Solidarności", ani przewodniczącego Dudy.
Nie mam zamiaru podważać zasług Lecha Wałęsy. W 1995 roku byłem w jego sztabie wyborczym. Jakoś nie przypominam sobie, żeby w tym trudnym dla niego okresie ktoś poza „Solidarnością" podał mu rękę. Przeciwnie, politycy z dzisiejszej PO, ci sami, którzy dziś tak za nim stają, wówczas go krytykowali i obrażali. A teraz co? Poprawność polityczna wymaga, żeby tak się za nim wstawiać? Zawsze staraliśmy się utrzymywać dobre stosunki z Lechem Wałęsą i pozostałymi przewodniczącymi związku. Jeżeli teraz one nie są poprawne, to nie z naszej winy. Gdy zostałem przewodniczącym NSZZ „S", to pierwsze moje kroki skierowałem do Lecha Wałęsy i do księdza arcybiskupa Leszka Sławoja Głódzia. Pamiętam o jego zasługach, ale on też musi pamiętać, że wszystko, co osiągnął, zawdzięcza ludziom „Solidarności". Tak samo jak i ja.
Uważa pan, że drogi związku i Lecha Wałęsy definitywnie się rozeszły?
Nie mogę uważać inaczej po słynnych słowach pana przewodniczącego, że związkowcy powinni zostać spałowani za zablokowanie Sejmu podczas debaty o wieku emerytalnym. Te słowa bardzo mnie zabolały. Przecież pan prezydent obserwował sytuację i widział, że nie urwaliśmy się z choinki, tylko wszystkie nasze działania dotyczące referendum emerytalnego zostały odrzucone. Krytykował też nasze pytania dotyczące referendum emerytalnego: że głupie i złe. A przecież jako prezydent sam chciał rozpisać referendum w sprawie uwłaszczenia i jego pytania wcale nie były lepsze, bo sprowadzały się do tego: czy chcesz być młody, piękny i bogaty. Najwyraźniej punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nasz związek będzie wszelkimi siłami bronił praw pracowniczych, nie oglądając się na poprawność polityczną. Pan prezydent zaś w tych sprawach stał się bardzo liberalny.
Nie tylko Lech Wałęsa krytykował związki za protesty w sprawach emerytur. Eksperci i pracodawcy uważają, że to jest konieczne, a związki, protestując, działają w rzeczywistości na niekorzyść społeczeństwa.
Nie usłyszałem żadnych przekonujących argumentów za podniesieniem wieku emerytalnego do 67 lat. Po prostu Unia Europejska, a właściwie kanclerz Angela Merkel, postanowiła, że trzeba podwyższać wiek emerytalny, i nasz premier to wprowadził. Tyle że warunki pracy niemieckiego robotnika i polskiego są nieporównywalne. A ci pracodawcy, co tak krzyczą o podwyższaniu wieku emerytalnego, pierwsi będą zwalniać starszych pracowników. Bo chcą mieć młodych, zdrowych i najlepiej na umowę śmieciową, żeby nie płacić składek na ZUS.
Podobnie dzieje się w innych krajach.
Może i tak, ale mogliśmy spokojnie usiąść i o tym porozmawiać. Nie trzeba było uchwalać tej ustawy przed Euro. Niemcy rozmawiali na ten temat dwa lata, a u nas byle szybciej, byle sondaże się nie pogorszyły. To też jest przykre, że posłowie wybierani w okręgach stają się własnością szefa partii i maszynką do głosowania. Nawet się nie zastanawiają, nad czym głosują.
Mówi pan jak polityk, a nie związkowiec. Niektórzy komentatorzy uważają, że ciągnie pana do polityki.
Dopóki będę przewodniczącym związku zawodowego, żadna polityka mnie nie interesuje. Chcę współpracować z opozycją, bo tylko wspólnie odstawimy na bok rządy liberalne. I tylko tyle. A jeżeli kiedyś zmienię zdanie, to stać mnie będzie na to, żeby otwarcie o tym powiedzieć.
W liście do Lecha Wałęsy napisał pan, że premier i prezydent zwalczają związki zawodowe. Czy to nie przesada? Nie ma przecież zamachu na związki zawodowe.
Jak to nie! A prezydencka ustawa o zgromadzeniach, która cofnęła nas do głębokiego PRL? Nie wiem, po co prezydent i premier stosują jakieś półśrodki i uchwalają takie ustawy. Niech pokażą, jakie są ich prawdziwe intencje, i zdelegalizują związki. Będą mieli święty spokój. Nikt im nie będzie zakłócał ciszy wieczornej. Mam nadzieję, że Trybunał Konstytucyjny uzna tę ustawę za jeszcze większy bubel od tej o ogrodach działkowych, bo złożymy skargę do Trybunału w tej sprawie.
Sejm, odrzucając nasz wniosek o referendum emerytalne, poparty 2 mln podpisów, pokazał, jak poważa związki. W Polsce demokracja kończy się w dniu wyborów. Później zaczyna się czteroletni dyktat partii, która zdobyła większość. I nie mówię wyłącznie o tej koalicji. Zawsze tak to wyglądało. Zresztą z władzą nie ma żadnego dialogu. Od dawna pytamy pana Kosiniaka-Kamysza, czy ma upoważnienie do negocjowania podwyżki płacy minimalnej, i nie możemy się doczekać odpowiedzi. Wiadomo dlaczego: bo rząd sam już ustalił płacę minimalną na 1600 zł od przyszłego roku i nie chce z nami rozmawiać.
Może żądania związkowców są zbyt wygórowane. Idzie kryzys, firmy upadają. A ekonomiści twierdzą, że podwyższenie płacy minimalnej doprowadziłoby do kolejnych upadłości i wzrostu bezrobocia.
Jaki kryzys. Cały czas słyszeliśmy, że Polska jest zieloną wyspą. A płaca minimalna na poziomie 1500 zł jest żenująco niska. Jesteśmy na trzecim miejscu w Unii Europejskiej pod względem ubóstwa ludzi pracujących. Ludzie pracują, a zarazem muszą korzystać z opieki społecznej. To jest najgorsze, co może ich spotkać. Na dodatek w ten sposób dopłacamy do funkcjonowania polskich przedsiębiorców. Nasza konstytucja stanowi, że mamy gospodarkę społeczno-rynkową. To ja się pytam, czy rzeczywiście tak jest, skoro przedsiębiorcy mają za ubiegły rok ponad 100 mld złotych zysku na kontach, a z nami się kłócą, że płaca minimalna na poziomie 1,5 tys. złotych to jest za dużo.
Słyszę frustrację w pana głosie?
To ludzie są sfrustrowani podwyższeniem wieku emerytalnego i nie tylko. Przyjdzie taki czas, że wyjdą na ulice. Bogaci sądzą, że nikt ich nie znajdzie za ich murami, którymi się otoczyli. Czują się bezpiecznie i nie chcą się podzielić dobrami. Ale biedni ich znajdą.
Czyżby „Solidarność" znowu się szykowała do wielkich demonstracji?
Wolałbym załatwiać wszystko w drodze dialogu Ale nie widzę na to szans. W 2009 roku rząd, pracodawcy i my zgodziliśmy się na wprowadzenie pakietu antykryzysowego. Myśmy zgodzili się na rozliczenie czasu pracy w okresie rocznym pod warunkiem, że rząd przygotuje harmonogram doprowadzenia płacy minimalnej do poziomu 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Wszyscy się pod tym podpisali. Minęły trzy lata i nic. Związek musiał przygotować projekt obywatelski w tej sprawie, bo pan premier zapadł na amnezję, a pracodawcy, choć z dobrych rzeczy korzystali, to nas krytykują.
Pracodawcy przede wszystkim krytykują fakt, że w niektórych przedsiębiorstwach jest po kilka, a nawet kilkanaście związków zawodowych, które trzeba utrzymywać. Często są to ogromne koszta.
Taką mamy ustawę o związkach zawodowych. Dla mnie też jest to patologia, że w jednym zakładzie pracy są 42 związki zawodowe. Powinniśmy rozmawiać o reprezentatywności, bo jeden związek zrzesza 50 proc. załogi, a inny dziesięciu pracowników i ich głos liczy się tak samo.
Często też słychać głosy, że związkowcy oddelegowani do pracy związkowej to pasibrzuchy. Ale z ich pracy korzystają wszyscy. Gdy związki walczą o podwyżkę, to dla wszystkich, a nie tylko dla swoich członków. Dlatego ci niezrzeszeni, o których ja mówię, że kibicują zza płotu, nie kupując biletu na mecz, powinni się cieszyć, iż ten oddelegowany związkowiec pracuje na ich rzecz. A jak im się to nie podoba, to niech mają odwagę powiedzieć, że te judaszowe srebrniki nie są im potrzebne.
Niedługo rocznica podpisania Porozumień Sierpniowych. W ostatnich latach obchody dzieliły dawną „Solidarność". Jak będzie w tym roku?
W tym roku mamy okrągłą rocznicę Solidarności Walczącej. Poza tym prawdopodobnie odsłonimy pomnik prałata Henryka Jankowskiego, kapelana „Solidarności", który miał wielkie zasługi dla związku. Ale jedno jest pewne – ani na mszę, ani na składanie kwiatów pod pomnikiem stoczniowców nie będziemy nikogo zapraszać. Kto się zechce dołączyć, przyjdzie bez zaproszenia.
W stolicy na obchodach rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego politycy PO zostali przyjęci buczeniem. W Gdańsku będzie tak samo?
My przez cały rok możemy buczeć na rządzących czy nawet ich wygwizdać. Cmentarze i pomniki to nie miejsce na buczenie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA