fbTrack

Kraj

Sławojowe prace

ROL
Powiedział, że w zaświatach, w kwaterze „słabo zasłużonych”, będzie siedział na sławojce
Tekst z miesięcznika "Uważam Rze Historia"
Gdyby brać pod uwagę tylko to, co pisali o Sławoju Felicjanie Składkowskim autorzy dzienników i wspomnień, jego sylwetka rysowałaby się komicznie i negatywnie. Hałaśliwy, rubaszny, niemal prostacki, tępawy, z rozbieganym wzrokiem, opętany demoniczną aktywnością, ślepo i dziecinnie zakochany w Piłsudskim. „Wachmistrz Soroka Komendanta" – tak nazwał generała Stanisław Cat-Mackiewicz.
Na szczęście dla siebie Sławoj Składkowski, lekarz z wykształcenia, władał świetnie piórem, pewnie lepiej niż lancetem. Jego wspomnienia i polemiki, pisane na emigracji, nie pozwalają sądzić go tylko po pozorach, jakie zapewne stwarzał.

Premier malowany

Anegdota mówi, że na zjeździe legionistów Składkowski, klepiąc po ramieniu jednego z szeregowych kombatantów, powiedział: „Razem dźwigaliśmy tę Polskę!". Usłyszał w odpowiedzi: „Tak, panie generale, tylko że pan ją złapał za cycki i ma mleko, a ja za dupę i mam gówno". Składkowski przez 13 pomajowych lat był wiceministrem spraw wojskowych, ministrem spraw wewnętrznych, wreszcie premierem. Na tym ostatnim stanowisku pobił rekord. Radzie Ministrów przewodniczył przez ponad trzy lata, od maja 1936 do września 1939 r., dłużej niż którykolwiek z jego poprzedników. Ale tylko jeden minister był jego człowiekiem. On sam. Skład rządu uzgodnili bowiem między sobą prezydent Ignacy Mościcki i generalny inspektor sił zbrojnych Edward Rydz-Śmigły. Sławoj Felicjan Składkowski nie był politykiem samodzielnym. W Sejmie przedstawił się prostodusznie, że z rozkazu Rydza-Śmigłego obejmuje stanowisko premiera, choć konstytucja w żadnym wypadku nie przewidywała dla generalnego inspektora roli kreatora szefów rządu. Niewątpliwy sukces rządu Składkowskiego, jakim była budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego, zapisano – całkiem słusznie – na konto wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego. Natomiast premiera obciążano odpowiedzialnością za klęskę wrześniową. Na emigracji Składkowski tłumaczył, że Polska po prostu miała za mało pieniędzy, by przygotować się do konfrontacji z Niemcami i odeprzeć ich atak. Była za słaba gospodarczo. Wskazywał, że Francja nie powalczyła dłużej. Komuniści postawiliby z miłą chęcią Sławoja przed sądem za „faszyzację kraju". Czyli za to, że jako minister spraw wewnętrznych i premier właściwie spełniał swoje obowiązki, walcząc z moskiewską agenturą, jaką była Komunistyczna Partia Polski. Nie zapomniano mu, że w Sejmie powiedział do policjantów: „Chłopcy, ci sk... syny komuniści przeszkadzają mówić komendantowi. Wyrzucimy ich. Za mną!". W komunistycznym akcie oskarżenia znalazłby się obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej, nazywany do dziś przez krytyków II Rzeczypospolitej „koncentracyjnym", by zasugerować podobieństwo do niemieckich obozów. Składkowski w pisanych po wojnie artykułach przypominał, że w Berezie Kartuskiej siedzieli głównie komuniści oraz agenci sowieccy. Mógłby dodać, że „bereziacy" mieli szczęście. Gdyby nie siedzieli w niezbyt, to prawda, przyjemnych warunkach, lecz znaleźliby się w kraju, któremu służyli – Związku Sowieckim – dostaliby kulkę w łeb w piwnicach NKWD. To właśnie spotkało większość aktywistów i funkcjonariuszy KPP, którzy albo uciekli do Związku Sowieckiego, albo trafili tam w ramach wymiany więźniów. Składkowski szczerze przyznawał, że liczył na to, iż ciężkie warunki pobytu w Berezie odstraszać będą od wywrotowej roboty – znacznie bardziej niż więzienia – komunistów, a także ukraińskich nacjonalistów, zwolenników terroru. Trudno, by Składkowski przepraszał za Berezę, skoro osadzano tam ludzi, którzy byli wrogami państwa polskiego. Ale nie kajał się też za wysłanie do obozu publicysty Stanisława Cata-Mackiewicza, a to już zupełnie inna sprawa – karanie metodami administracyjnymi poglądów, które nie podobały się rządowi. Nie przynosi też chluby Składkowskiemu sprawa uwięzienia posłów opozycyjnych. „W pewnej chwili Pan Marszałek zapytał, kto podpisze nakaz aresztowania. Zapanowało milczenie, po którym zameldowałem: »Melduję posłusznie, że ja podpiszę, Panie Marszałku«. »No więc!« – powiedział Komendant, jakby strofując mię za zbyt długie namyślanie się". Choć w swoim exposé premier Składkowski potępił przemoc fizyczną wobec Żydów oraz napiętnował „barbarzyństwo załatwiania spraw przez pogromy" i tak, oczywiście, został obwołany antysemitą. Powiedział bowiem: „Walka ekonomiczna i owszem". Nie miał jednak przecież na myśli jakiejkolwiek formy udziału państwa w tej walce. Nie zamierzał urzędowo przełamywać dominującej lub monopolistycznej pozycji Żydów w wielu gałęziach handlu oraz rzemiosła. „I owszem" było i jest jednak pamiętane Sławojowi. On sam musiał natomiast przypominać inny fakt, pomijany, bo niepasujący do obrazu II Rzeczypospolitej antysemickiej. Jako komisarz rządu dla Warszawy (powołany w maju 1926 r.) zetknął się z problemami ludności żydowskiej. Mniejsza już o to, że starał się poprawić warunki zdrowotne i estetykę dzielnicy przez nią zamieszkałej. Jeden z posłów żydowskich zwrócił Składkowskiemu uwagę na ogromnie ważny problem – sprawę setek tysięcy żydowskich uciekinierów z Rosji, którzy nie mieli obywatelstwa polskiego. Wiązało się to z oczywistymi trudnościami, także w działalności zawodowej. Kilka miesięcy później już jako minister spraw wewnętrznych Składkowski przedstawił ten problem Piłsudskiemu, który zgodził się na przyznanie obywatelstwa Żydom z Rosji.

Misja cywilizacyjna

Wyśmiewano ministra spraw wewnętrznych i premiera Składkowskiego oraz szydzono z niego, że był opętany ideą stawiania ustępów, nazwanych przez jednych pieszczotliwie, przez drugich ironicznie „sławojkami". Stanisław Cat-Mackiewicz nazwał Składkowskiego „Piotrem Wielkim w klozetowej skali". Co to za premier, który zajmuje się z pasją sprawami wychodków, a także bielenia płotów, usuwania rupieci z posesji? Ale skoro nikt nie chciał cywilizować w tym zakresie Polski, musiał to robić minister spraw wewnętrznych i szef rządu. Tak tłumaczył swą misję Składkowski. „Wymachując higienicznym tomahawkiem, rzuciłem się w walkę dosłownie z trzydziestu pięciu milionami mieszkańców Polski [...]. Pierwszym wrażeniem ludności było bezbrzeżne osłupienie, że „władza" zajmuje się „takimi rzeczami". – Dajcie społeczeństwu dobrobyt, a już ono samo, bez żadnych nakazów, da sobie radę z higieną! – wołali zwolennicy złotej wolności. Niestety, „mamusia historia" mówi co innego. Sławoj wspominał, że nawet przyjaciele odradzali mu upieranie się przy „tej manii". Higieniczne powołanie Sławoj Felicjan Składkowski, absolwent medycyny Uniwersytetu Jagiellońskiego, poczuł zapewne podczas służby w legionach. Był lekarzem wojskowym. Pewnego dnia został skarcony przez przełożonego, że nie dba o stan sanitarny oddziału. Żołnierze lekceważąc latryny, idą na „zastodole". Z tego zaś może powstać epidemia, a jeśli tak się stanie, to nie ma wojska. I chociaż po wojnie nie zamienił munduru na biały kitel, pozostał wierny swemu wykształceniu, tworząc wojskową służbę zdrowia. Był inspektorem oddziałów sanitarnych Wojska Polskiego i szefem Departamentu Sanitarnego Ministerstwa Spraw Wojskowych. Kiedy został ministrem spraw wewnętrznych, wyciągnął „higieniczny tomahawk". 26 marca 1928 r. wydał okólnik do wojewodów: „Nadchodzący okres wiosenny umożliwia ponowne podjęcie akcji podniesienia sanitarnego i estetycznego kraju [...]. Żądam, aby wynikiem akcji powyższej było: 1) w osiedlach miejskich – czystość na placach, ulicach i podwórzach domów, czysty ustęp i zamykany śmietnik w obrębie każdej posesji". Minister udzielał też w okólnikach szczegółowych instrukcji dotyczących pionierskich inwestycji: „Ustępy powinny być a) solidnie zbudowane tak, ażeby przy użyciu nie groziły zapadnięciem się do dołu ustępowego, b) nie powinny być one również rupieciarnią". Kolejny okólnik pouczał: „Ustępy powinny być nie tylko suche, ale gruntownie szorowane tak, ażeby używanie sedesów nie budziło wstrętu". Składkowski wspominał, że akcja budowania ustępów napotykała opór, zwłaszcza na wsi. „Tu naród wiejski nie okazał zrozumienia ani chęci, ani radości, gdy usiłowałem go przyciągnąć z przestrzennego, jasnego i powietrznego zastodola do ciasnych, dusznych, mrocznych ścian sławojki". Plotkowano, że chłopi stawiali sławojki rzędem blisko drogi, bo mówili, że minister ich potrzebuje, gdy jeździ po drogach. „Taki z miasta w polu s... nie potrafi. I dlatego kazał dla siebie budować, bo chłopi tego przecież nie potrzebują". Stawiali jednak ustępy, skoro władza kazała i groziła mandatami. Pewnego razu Składkowski ze zdumieniem zobaczył, że gospodarz bierze do ręki dłuto i młotek, by podważyć gwoździe, którymi zablokowane były drzwi do ustępu. Zapytany, dlaczego jest zamknięty, chłop odparł: „Dzieckom w szkole przewrócili we łbie i nie chcą już chodzić za stodołę, ino s... we wychodku. A to musi być czysto dla komisyi. Takem zabił gwoździem i mam spokój". Dzięki energii i kontroli ministra Składkowskiego kraj wzbogacił się w sławojki błyskawicznie: „Półtoraroczna akcja nad podniesieniem zdrowotności i wyglądu kraju przyniosła dobre rezultaty. 80 proc. domów w miastach i 60 proc. we wsiach zaopatrzonych jest w ustępy" – informował Składkowski w okólniku z września 1928 r. Akcję stawiania ustępów oraz inne prace porządkowe Składkowski kontrolował w terenie tak często, że marszałek Piłsudski, kierując Bronisława Pierackiego na stanowisko jego zastępcy, miał powiedzieć: „Musicie iść do Sławoja i podtrzymać go, bo chłopak zupełnie mi się wykoleił – nic nie robi, tylko autem jeździ". Sam Składkowski z dumą pisał, że w podróżach inspekcyjnych przejechał milion kilometrów. I nie były to z góry przygotowane czy zapowiedziane „gospodarskie wizyty". Nie korzystał z gościny wojewodów i starostów. „Gdyby bowiem wszystkie pluskwy, które na początku moich inspekcji spotykałem w materacach hotelowych, zamieniły się nagle w piękne hurysy, uciekłbym nie tylko ja, człowiek słaby, ale najpotężniejszy władca haremów! Dopiero stopniowo pokoje hoteli, czystość ich kuchni i ubikacji, pod wpływem próśb i gróźb, zostały przystosowane do prymitywnych przynajmniej potrzeb publiczności". Sławojki stały się na lata trwałym elementem polskiego krajobrazu. Trafnie Składkowski pisał: „Lud nasz ma głęboko zakorzeniony instynkt samozachowawczy i nie da łatwo złapać się na lep nowych haseł i porządków. Ale przyjdzie taki czas, że sławojka przyjmie się nie tylko w nazwie, ale w swoim pełnym i jakże istotnym zastosowaniu".

Postrach urzędników

Składkowski był także zmorą aroganckich przedstawicieli lokalnej administracji państwowej, traktujących z góry obywateli. „O człowieku, który z podatków opłacał te biura, o interesancie, dobrotliwie nazywanym petentem, myślano również, ale na drugim planie, jako koniecznym, uciążliwym dodatku do urzędowania". Petenci, głównie chłopi, byli „cierpliwymi, uległymi ofiarami magicznego, obowiązującego tradycyjnie w urzędach naszych słowa: „czekać!". Najkrócej czekali dziedzice, inni urzędnicy, lekarze i adwokaci. „Starosta rozkładał ręce i mówił, że taki jest zaprowadzony zwyczaj i porządek, że on swoją władzą nic tu zmienić nie może". Składkowski starał się te obyczaje zmienić. Żądał też, by urzędnicy punktualnie przychodzili do pracy, co było dla nich kamieniem obrazy. Praca nie ucieknie, a petent zaczeka. Po odejściu z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zapytał swego dawnego szefa gabinetu, co sądzą o nim urzędnicy w resorcie. Usłyszał, że mówią: „Nie ma co, człowiek był porządny i uczciwy, ale może teraz żyć lżej będzie". Inne zdanie mieli jednak wywodzący się z niższych sfer petenci urzędów. „Chłop czy rzemieślnik, czy uboga paniusia, gdy widzieli nieporządki i zaniedbania, gdy wydawało im się, że źle ich załatwiono w urzędzie, rzucali: »Sławoja by na was trzeba«". O swoich przygodach jako wszędobylskiego ministra pisał Składkowski w „Kwiatuszkach administracyjnych". Zygmunt Nowakowski był zdania, że „Przejdą do literatury polskiej wraz z »Pamiętnikami Kwestarza« Chodźki, mało – staną, nie waham się tego powiedzieć, obok »Pamiątek Soplicy«. A dla przyszłych pokoleń będą one posiadały walor – to może ryzykowne twierdzenie, ale ja je podtrzymuję, pamiętników Paska". Kiedy więc rozsypią się ostatnie sławojki i określenie to nic już nikomu nie będzie mówiło, pozostanie Sławoj Składkowski jako znakomity pisarz gawędziarz, autor pełnych humoru i autoironii wspomnień o czasach, gdy chciał trochę ucywilizować oraz upiększyć Polskę.
Źródło: Uważam Rze Historia

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL