fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Razwiedki, czyli przegrupowanie sił

W Sieci Opinii
Nastąpiła właśnie kolejna „niesłychana głupota i kompromitacja”, czyli zatrzymanie przez polskich pograniczników kolejnego białoruskiego opozycjonisty
 
Dzięki informacjom z polskiej prokuratury do więzienia trafił znany białoruski działacz praw człowieka Aleś Bialacki, szef Centrum Praw Człowieka "Wiasna".

Służby białoruskie zarzucają mu przestępstwa podatkowe. Według "Wiasny" chodzi o sumy, które Bialacki miał na koncie bankowym na Litwie, a które przeznaczone były na działalność organizacji. Aresztowanie Bialackiego było możliwe dzięki pomocy prawnej polskiej prokuratury. Przekazała ona dane dotyczące kont bankowych opozycjonisty białoruskim śledczym.
 
Drugi opozycjonista, Źmicier Pimienau został zatrzymany przy przekraczaniu polsko-ukraińskiej granicy na przejściu w Korczowej. Policja i Straż Graniczna podają, że w ich bazach danych mężczyzna figurował, jako osoba, którą należy zatrzymać.
Według białoruskiego Radio Swaboda Źmicier Pimienau kilka lat temu otrzymał azyl polityczny w Belgii. Razem z nim zatrzymana została jego żona Kaciaryna, obywatelka Belgii. Jechali na Ukrainę w sprawach rodzinnych.
Pimienau jest członkiem opozycyjnej Partii Konserwatywno-Chrześcijańskiej Białoruski Front Narodowy (PKCh-BNF). Opuścił Białoruś w 2000 roku. Władze Białorusi wszczęły sprawę karną przeciwko niemu o wandalizm i w 2009 roku ogłoszenie o tym, że jest poszukiwany, pojawiło się na stronie internetowej Interpolu.
Radio Swaboda podaje, że służby belgijskie zapewniły rodzinę Pimienaua przed jego wyjazdem na Ukrainę, że z dokumentami, które posiada - legitymuje się tzw. paszportem genewskim - nie powinien być zatrzymany na granicy Unii Europejskiej.
Może i nie powinien, ale został, no i teraz, jak się z tego nie wywinie, może zaliczyć nawet 7 lat, bo tyle przewiduje białoruski kodeks karny za przestępstwo, o które jest oskarżony. Przestępstwo zresztą dość malownicze, mężczyzna jest podejrzany o to, że 11 lat temu w Witebsku, będąc pod wpływem alkoholu pobił i skopał dwie kobiety, w jednym przypadku miał nóż w ręku. On zaprzecza, co akurat nie ma znaczenia, bo się owo skopanie przedawniło, więc go wypuszczono. Ale postępowanie ekstradycyjne trwa.
O ile w jeden przypadek nadgorliwości, nieporozumienia, nadmiernej służbistości można jeszcze uwierzyć, zwłaszcza w naszym nieszczęsnym bałaganiarskim kraju, to w dwa pod rząd już nieco trudniej. Pomijam tu pytanie, czy rzeczywiście 11lat temu pan Pimienau skopał te dwie kobiety i to z nożem w ręku. Ciekawsze jest to, że najwyraźniej jedne polskie służby udzielają poparcia białoruskiej opozycji, zaś drugie polskie służby z dużym uporem, wręcz ostentacyjnie te starania torpedują. Przy czym fakt, że dzieje się to dwa razy pod rząd w ciągu kilku dni, wyklucza przypadkowość takiego działania. Pozostaje sobie odpowiedzieć, dlaczego?
 
Dzieje się coś dziwnego, czego widzialne symptomy są zapewne jedynie czubkiem góry lodowej, jakiejś dziwnej gry. Już parę razy tak było, że publiczność poznawała nieco więcej ciekawych zdarzeń, które normalnie są przed nami ukryte. Są one w jakiś sposób ujawniane, gdy służby się kłócą, lub starają się zmienić układ sił, wpływów. Czasem kontrolowane przecieki do zaprzyjaźnionych mediów są rutynową czynnością w tej walce. No i dobrze, bo dzięki temu wiemy od czasu do czasu coś więcej. Sztandarowym przykładem jest afera Rywina, gdzie dwie grupy mafijne usiłowały się nawzajem przechytrzyć i w rezultacie obie znalazły się w sytuacji dwóch aktorów - lalkarzy, którym się kurtyna obaliła z hukiem, a oni stali z tymi lalkami z dłońmi wetkniętymi w ich tyłki i z głupimi minami, na oczach publiczności, której zaczęło się to wszystko układać w logiczną całość.
 
Mamy, widać, jakieś przegrupowanie. Czy to się kłócą razwiedkowicze wojskowi z bezpieczniakami, czy też podział przebiega inaczej, między agenturami różnych państw, trudno wyczuć, ale chociaż możemy sobie pospekulować, nasze prawo.
 
Oczywiście, to wszystko może się dziać zupełnie, ale to zupełnie przypadkowo. Może, ale, na szczęście, wiara w takie przypadki przynajmniej na razie nie jest przymusowa, zatem, możemy nie wierzyć, a każdym razie ja sobie rezerwuję takie prawo.
 
Podobnie, jak nie musimy wierzyć w kolejną samobójczą śmierć, przed którą rzekomy samobójca umawia się z rodziną i przyjaciółmi na kolejne spotkania i składa kolejne wnioski sądowe na najbliższą przyszłość, co ostatnio staje się zwyczajem godnym odnotowania w podręcznikach medycyny sądowej, jak polska specjalność. OK, raz może się zdarzyć, można pokiwać głową, jak to się dziwnie splatają ludzkie losy, jak w krótkim czasie można podjąć taką straszną decyzję, choć kilka godzin wcześniej się pogodnie rozmawiało z rodziną i umawiało na święta, albo z redaktorką na wywiad następnego dnia. Raz, dwa razy, powiadam, może się zdarzyć. Gdy się to zdarza częściej, zasługuje na opisanie w podręcznikach medycznych.
 
Podejrzewam, że niejeden ambitny psycholog, patolog, czy psychiatra zaciera ręce, widząc swoją obronę porady doktorskiej. Choć niewykluczone też, że instynkt samozachowaczy sugeruje im raczej zostawić ten temat i doktoryzować się z uszkodzonej łękotki, czy raka tarczycy. Może nie jest to aż tak bardzo fascynujący temat, ale bezpieczniejszy na pewno.
 
Zresztą, nie tylko psychiatrzy mogą być zainteresowani, bo można zauważyć inną ciekawą prawidłowość, że winny jest zawsze pilot, czasem, pilot samolotu, czasem pilot od telewizora, czy dekodera, co to wciska stop-klatkę, choć właściciel telewizora od kilku godzin niczego już wciskać nie powinien.
 
 
Źródło: ROL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA