fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Powitania w 7 kompanii

Rzeczpospolita
Początek sierpnia 1978 roku. Józef Ruszar, założyciel SKS, od kilku lat współpracownik „Rzeczpospolitej”, obecnie jeden z dyrektorów NBP.
Do jednostki dojechaliśmy około południa. Na parterze zastaliśmy skacowanego oficera dyżurnego, a w kancelarii na piętrze – wojskowego pisarza. By to chłopak z maturą, więc dostał trzecią belkę i zatrudnili go w sztabie. Wziął od mojej eskorty papiery, sprawdził przydział, spojrzał na mnie bez wyrazu i poinformował, nie objawiając żadnej emocji.
– Siódma. Przejebane. Jak w ruskim czołgu.
Zrozumiałem, że w 7. kompanii nie czeka na mnie lekka służba.Na trzecim piętrze koszarowca niechlujnie ubrany podoficer z „pasem na jajach” sprawdził mój wygląd.
– Nówka. – Z podziwem obejrzał mój nowy mundur i buty, a potem wskazał drzwi do gabinetu dowódcy. Trzymając czapkę przyciśniętą do lewej nogawki spodni, skinąłem energicznie głową i wyrecytowałem sprężyście;– Obywatelu poruczniku! Szeregowy Ruszar melduje się na kompanii!Mimo mego niewielkiego wzrostu, prezentowałem się wzorowo. Brzmiałem donośnie. Cała moja postawa wcielała wojskową siłę i regulamin. Zza biurka podniósł się oficer i podał mi rękę. Ściskałem ją mocno, po żołniersku, starając się ukryć zaskoczenie: mój dowódca był jeszcze niższy ode mnie!
– Jestem porucznik Ładniak, pseudo chuj! – przedstawił się grzecznie dowódca. Uśmiechał się przy tym, sprawdzając, jakie robi wrażenie. Patrzył mi prosto w oczy.
– Odmówiliście przysięgi wojskowej? To zdanie zabrzmiało bardziej jak stwierdzenie niż pytanie. – Sprawa się na pewno wyjaśni. Nie ma obawy. Mam tu więcej takich. Niektórzy swój pierwszy kiosk zrobili już w dwunastym roku życia.
Znów się uśmiechnął do swej wiedzy o życiu i ludziach.
Po chwili pakowałem już swoje rzeczy do szafki w pustej sali drugiego plutonu. Było cicho. Wojsko szkoliło się na pobliskim „pólku ryżowym”, jak na cześć wietnamskiej wojny nazywano okoliczne błota. Sierpniowy upał wdzierał się przez okna. Zmęczony rzuciłem się na wyrko.
Z drzemki obudził mnie tupot wracającej z ćwiczeń kompanii. Wysoki „wicek” (średni stażem żołnierz) podszedł do mojego łóżka i wrzasnął:– Wstań, kocie pierdolony! Co ty tu – kurwa – leżysz?
Dookoła zebrał się pluton. Młodzi, czyli koty, oraz starsi żołnierze czekali na widowisko zwane ściągnięciem kota. „Wicek” świadom swej roli odczekał dla efektu kilka sekund i dodał słodko:
– Zmęczony kiciuś, zmęczony..., w dzień, na wyrko się kładzie…, zaraz na glebie poleży i odpocznie w maseczce…
Jeśli wstanę – jestem skończony. Zgnoi mnie pompkami w masce. Jeśli stawię opór – dostanę lanie jak na góralskim weselu. Kopnął z wściekłością metalową siatkę łóżka. Pluton zawył z nadziei. Szykował się wpierdol. „Wicerezerwa” ściągała już pasy.
Nagle padła komenda:
– Baaacznooość! „Bocian” na pokładzie!Wszyscy stanęli wyprostowani twarzą w kierunku wejścia. Do sali wszedł wysoki, zwalisty żołnierz. Wydawało się, że nie mieści się w drzwiach. Jakiś młodszy kapral meldował uroczyście:
– Wielce szanowny panie dziadku! Dostojny „Bocianie”! Melduję drugi pluton po ćwiczeniach!
„Bocian” nie zważał na meldującego. Szedł powoli przez całą salę od drzwi do okna w moim kierunku. Nie wiem, dlaczego wstałem dopiero teraz. „Bocian” podszedł do mnie. Sięgałem mu do połowy ramion. Zapytał spokojnie.
– Nazywasz się Ruszar?– Tak, panie „Bocianie”.– Byłeś podchorążym w Elblągu?– Tak, panie „Bocianie”.
„Bocian” popatrzył na mnie uważnie, odwrócił się i wyszedł. Tuż przed drzwiami powiedział od niechcenia:
– To mój ziomek.
Wszyscy rzucili się mnie witać. Każdy chciał mi uścisnąć rękę. W wojsku nie ma kolegów, ale są ziomkowie, czyli pobratymcy z tej samej wsi, chronieni przez starszych żołnierzy. W 7. kompanii bycie ziomkiem „Bociana” znaczyło więcej niż pokrewieństwo z dowódcą. Wszyscy zachodzili w głowę, skąd znam najważniejszego „dziadka” w naszej jednostce. „Dziadkami” nazywano najstarszych żołnierzy, starszych od „rezerwistów”, bo dosługiwali dodatkowe dni lub miesiące, jakie doliczono im do służby wojskowej na skutek aresztu i innych ciężkich przewinień. Jak ktoś dosługiwał, to znaczy, że był wyjątkowo niebezpieczny. Podobno „Bocian”, jeszcze będąc „kotem”, wyrzucił z drugiego piętra wicerezerwistę, który próbował go „ścignąć”.
Wieczorem „Bocian” wysłał szefa kompanii, fajtłapowatego „kaloryfera” po wódkę (plutonowy miał na pagonach cztery belki, stąd nazwa). Zaprosił mnie na kielicha. Tak dowiedziałem się, skąd przyszło zbawienie. „Bocian” pochodził ze Szczecina. Nienawidził komunistów każdym włóknem swej duszy, bo jego starszego brata-stoczniowca zastrzelili w 1970 roku. A że codziennie, na radiostacji wojskowej słuchał Radia Wolna Europa, usłyszał, że jednego studenta, co odmówił przysięgi wojskowej, wywieziono z Elbląga w nieznanym kierunku. Przybyłem następnego dnia, w nietypowym dla poboru czasie – więc sprawdził.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA