fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Wstydź się, córko, żeś biała

AP
Co musi dziś zrobić gwiazda, żeby być trendy, a zarazem znaleźć się w awangardzie postępu? Odpowiedź jest prosta: adoptować dziecko z Trzeciego Świata
Adopcyjny szał ogarnął znanych aktorów, gwiazdy estrady, producentów i reżyserów. Madonna, Meg Ryan, Mia Farrow, Steven Spielberg. Wszyscy ci znani ludzie przyjęli do swoich domów dzieci o kolorze skóry innym niż ich. Lista znanych „multikulturalnych rodzin” jest zresztą znacznie dłuższa. Najsławniejsze jest małżeństwo aktorskiej pary Angeliny Jolie i Brada Pitta. Posiadają obecnie czworo małych dzieci, z czego troje została adoptowanych w krajach Trzeciego Świata: Kambodży, Etiopii i Wietnamie.
Trudno znaleźć zrobione przez paparazzich zdjęcie Jolie, na którym nie miałaby pod pachą jednego z kolorowych maluchów. Cała trójka ma już status celebrities, których życiem fascynują się czytelnicy bulwarowej prasy. Są nieodłącznym elementem jej wizerunku. Aktorki, której nie jest wszystko jedno. Gwiazdy, która nie jest „słodką idiotką”, ale która przejmuje się „problemami biedniejszej części planety”. Jolie zapowiada, że zamierza adoptować jeszcze co najmniej pięcioro dzieci z biednych krajów. W jaki sposób je znajduje? Podczas licznych podróży po świecie – przy okazji kręcenia kolejnych części „Tomb Ridera”, wizyt z misją UNHCR czy po prostu egzotycznych wycieczek. Gdy spodoba się jej jakieś dziecko, błyskawicznie załatwia wszelkie formalności, nadaje mu nowe ekscentryczne imię – jej przybrane dzieci nazywają się Maddox, Zahara-Marley oraz Pax – i sprowadza do luksusowej rezydencji w Hollywood. Całość podawana jest w humanitarno-sentymentalnym sosie.
Piękna, wrażliwa aktorka wyrywa biedne, bezbronne istoty z piekła nędzy, brudu i chorób, ratując je w ten sposób przed pewną śmiercią (która notabene nie jest wcale taka pewna). Dziesięć godzin w samolocie, prysznic, wizyta w sklepie z ubrankami i u dziecięcego fryzjera (nowe fryzury maluchów są równie dziwaczne co imiona) i dla małych szczęśliwców zaczyna się życie rodem z bajki. „Dlaczego to nie ja jestem tym dzieckiem?!” – wzdycha czytelnik bulwarówki. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to transakcja, która przynosi korzyści obu stronom. – Istnieje bardzo cyniczne wytłumaczenie tego szaleństwa. Te dzieciaki ściągają na gwiazdy uwagę opinii publicznej i wywołują wobec nich bardzo pozytywne nastawienie. Angelina i Brad często goszczą w mediach z powodu swoich filmów. Jednak dzięki adoptowanym dzieciom są w mediach non stop. Są one więc bardzo cennym narzędziem do budowania ich popularności – mówi prof. Ellis Cashmore, autor książki „Celebrity Culture”. Nie należy również zapominać, w jakim środowisku żyją gwiazdy. Hollywood, delikatnie mówiąc, nigdy nie był twierdzą amerykańskiej prawicy. Liberalni producenci, reżyserzy, aktorzy i inni bywalcy salonów Beverly Hills szaleją z zachwytu, gdy ktoś z ich grona decyduje się na adopcję małego Murzyna czy Azjaty. – W ten sposób demonstrują, jak bardzo są otwarci i jak bardzo potępiają wszelkie uprzedzenia. Powiedzmy otwarcie: adopcja białego dziecka nie tylko nie przyniosłaby gwieździe żadnych profitów, ale niewykluczone, że mogłaby się spotkać z niezadowoleniem towarzystwa. Lewicy się wydaje, że zbudowała już idealne multikulturalne społeczeństwo, postęp idzie jednak dalej i przyszła pora na budowę multikulturalnych rodzin. Gwiazdy są w awangardzie tego ruchu – uważa dziennikarka jednego z popularnych angielskich tabloidów. Szczególnie ważne jest w tym kontekście, żeby adoptowane dziecko było nie tylko innej rasy niż nowi rodzice, ale pochodziło z innego kontynentu, z wyjątkowo biednego kraju i rodziny. To zapewnia gwieździe dodatkowe punkty. Od kilku lat na zachodnich salonach niezwykle popularne stało się bowiem okazywanie solidarności z Trzecim Światem, czego najgłośniejszą emanacją były zorganizowane dwa lata temu przez Bono i Boba Geldofa koncerty Live 8. Adoptujące dziecko z Trzeciego Świata gwiazdy wysyłają jasny sygnał, że znajdują się w tym samym nurcie. Że nie chcą tylko trwonić zarobionych przez siebie milionów, ale pragną się podzielić nimi z najbardziej potrzebującymi. Że wiedzą, że poza Stanami Zjednoczonymi są na świecie obszary nędzy i gotowe są pomóc. – Wiele czołowych gwiazd osiągnęło poziom, w którym bogactwo i sława już im nie wystarczają. Chcę czegoś więcej: szacunku. Adoptując dziecko z rozwijającego się świata, mają nadzieję uzyskać ten cenny towar – podkreśla prof. Cashmore. Eksperci po cichu dodają jeszcze jeden, nieco bardziej prozaiczny powód: adoptując dziecko, piękne aktorki nie muszą się martwić o negatywne skutki, jakie na ich ciele mogłyby wywrzeć ciąża i poród. Na razie miłość Angeliny Jolie do kolorowych maluchów wydaje się być bardzo silna. Ba, nawet, jak sama przyznała, silniejsza od miłości do jedynego biologicznego dziecka, rocznej dziewczynki Shilon. – Ze swoimi blond włosami i niebieskimi oczyma jest w naszej rodzinie niemal wyrzutkiem. Dużo więcej czuję do pozostałych dzieci, bo przecież gdy były małe, tyle przeszły. Shilon od momentu urodzenia wydaje się zaś tak uprzywilejowana... – powiedziała w jednym z ostatnich wywiadów. Groteskowe wyznanie gwiazdy prowokuje do zadania pytań o prawdziwość i trwałość jej uczuć wobec dzieci. Czy tak jak teraz, natchniona duchem własnej szlachetności i medialnym szałem, kocha bardziej swoje przybrane dzieci niż biologiczną córkę, tak kiedyś proporcje te nie ulegną zmianie? Czy nie straci w końcu zainteresowania Maddoksem, Zaharą-Marley oraz Paksem? Ostatnie pytanie wydaje się szczególnie niepokojące w kontekście niedawnej tragedii Jade, koreańskiej córeczki znanego holenderskiego dyplomaty Raymonda Poeteraya i jego żony Mety. Przybrani rodzice, znudzeni dziewczynką, po ośmiu latach po prostu zwrócili ją do sierocińca. Czy taki los nie czeka również części dzieci adoptowanych przez gwiazdy? Tabloidy w końcu przecież się zmęczą codziennym opisywaniem życia kolorowych maluchów i może się okazać, że dzieci w niczym już nie pomagają, są tylko zbędnym ciężarem. Podobna sytuacja zresztą już raz się zdarzyła. Znana niegdyś aktorka Joan Crawford (1905 – 1977) wydziedziczyła dwoje adoptowanych dzieci, gdyż nie mogła nawiązać z nimi rodzinnego kontaktu. To, że coś takiego może się powtórzyć obecnie, jest o tyle prawdopodobne, że więzi łączące wiele gwiazd z ich przybranymi dziećmi nie są specjalnie silne. Gdy pojawiają się paparazzi, oczywiście biorą one na ręce swoje pociechy i pozują do zdjęć z minami zatroskanych o prywatność swojego potomstwa rodziców. Poza kadrem czekają jednak tabuny sowicie opłacanych opiekunek, na których tak naprawdę spoczywa ciężar wychowania dzieci. – One funkcjonują trochę jak uczniowie małej szkoły z internatem, która spełnia wszystkie ich potrzeby. Mieszkanie, ubranie, jedzenie, edukacja. To raczej mała, sprawnie działająca instytucja niż prawdziwa rodzina – podkreśla prof. Cashmore. Głównymi beneficjentami adopcyjnego szału, który ogarnął amerykańskie gwiazdy, mają być dzieci. Ostateczny bilans operacji, jakiej są poddawane, w większości przypadków faktycznie zapewne będzie dla nich korzystny. Nie oznacza to jednak, że sprawa jest całkowicie jednoznaczna. Na przykład, choć adoptowane dzieci mają być biednymi sierotkami, dziwnym trafem bardzo często znajdują się ich prawdziwi rodzice. Tak było między innymi z etiopską córką Angeliny Jolie Zaharą-Marley. Jej biologiczna matka Mentwabe Dawit przez pewien czas domagała się zwrotu dziecka, aby później nagle zmienić zdanie i ogłosić, że „dziecko miało wiele szczęścia, że zostało adoptowane przez sławną, światową panią”. Jeszcze większe kontrowersje wywołała sprawa urodzonego w Malawi syna Madonny Davida Bandy, którego wywiozła, naruszając przepisy adopcyjne tego afrykańskiego kraju. Szybko się okazało, że jego ojciec nie zrozumiał, czego chcieli od niego przedstawiciele gwiazdy, i wcale nie zgodził się na oddanie syna. Prosty wieśniak z Malawi nie miał jednak szans na wygranie sporu z piosenkarką i dziecko zostało z Madonną. Nie wskórały nic nawet malawijskie organizacje broniące praw dziecka, które próbowały zapobiec adopcji. Ich przedstawiciele dowodzili, że „dziecko to nie jest przedmiotem”, który mająca taki kaprys amerykańska gwiazda może wywieźć z rodzimego kraju. Inni przypominali, że w Malawi jest blisko milion sierot, które potrzebują pomocy, i że inicjatywa Madonny – nawet jeżeli uznać ją za pozytywną – jest zaledwie kroplą w morzu potrzeb. Problemy nie kończą się zresztą wraz z wyjazdem na Zachód. Życie czarnego lub żółtego dziecka w białej rodzinie bardzo często wywołuje również poważne zaburzenia tożsamości. – Proces wychowawczy w takich przypadkach bardzo często jest niezwykle trudny. Jak bowiem wytłumaczyć dziecku, że jest zupełnie inne niż rodzice? Co zrobić, gdy dziecko staje się przedmiotem drwin ze strony rówieśników? W jaki sposób rozmawiać z nim o rasizmie i odmienności, gdy patrzy się na te sprawy z zupełnie innej perspektywy? – wylicza Maxime Caswerr z angielskiej organizacji OASIS, która udziela wsparcia multikulturalnym rodzinom. Maxime, która sama ma dwoje wietnamskich dzieci, broni jednak gwiazd decydujących się na taki krok. – Wiem, że ta sprawa wywołuje sporo kontrowersji. Myślę jednak, że nie powinniśmy się czepiać ludzi, którzy w końcu robią coś dobrego. Oni muszą bardzo kochać dzieci, jeżeli decydują się na taki krok – podkreśla. Czasami miłość ta okazuje się tak silna, że gwiazdy nie potrafią się rozstać ze swoimi adoptowanymi dziećmi, nawet gdy te już dorosną. Tak było w przypadku Woody’ego Allena – gdy zakończył się jego związek z Mią Farrow, ożenił się z jej adoptowaną koreańską córką Soon-Yi Previn, którą wcześniej wychowywał. Jest od niego młodsza o blisko 35 lat.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA