fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Rozmowa z Filipem Springerem o książce Miedzianka

materiały prasowe
Z Filipem Springerem, fotografem i dziennikarzem, autorem książki „Miedzianka. Historia znikania”, rozmawia Katarzyna Kazimierowska
Rzeczpospolita: Zająłeś się historią miasteczka na Dolnym Śląsku, które dziś nie istnieje.  Pół roku spędziłeś w Jeleniej Górze i okolicach, rozmawiając z ponad setką osób, nagrywając tysiące minut rozmów, gromadząc niezliczoną liczbę historii. Która z nich podobała ci się najbardziej? Zobacz na Empik.rp.pl
Filip Springer: Historia Ireny Siuty. Ja w ogóle mam tak, że zakochuję się w swoich bohaterach.  I choć wiem, że to co mówią nie zawsze i nie do końca jest prawdziwe, to akurat Siutowej wierzę. Hrabianka ze wschodu, wykształcona, która pracowała jako nauczycielka, od samego początku nie budziła sympatii mieszkańców. A kiedy w latach 60. ludzie zmuszeni byli wyprowadzać się z miedziankowych domów, to ją właśnie oskarżono o to, że niby szabrowała Miedziankę i wywoziła co cenniejsze rzeczy i że doprowadziła do upadku miasteczko. A tak naprawdę dziś dzięki niej wszyscy oni mają gdzie mieszkać. A sama Siutowa zachowuje się jak kobieta z klasą, ma dystans do siebie i całej sytuacji i nie przejmuje się ich gadaniem, swoje wie.
Ale tak jak każdy uważa, że było dokładnie tak jak on pamięta, że najprawdziwsza wersja historii to jego wersja, tak w przypadku Siutowej wszyscy byli zgodni – to ta Zła Kobieta z twojej książki.
No właśnie, kiedy zobaczyłem, że wszyscy uczepili się Siutowej, wydało mi się to podejrzane, i jak się okazało potem, miałem rację. Jak mówi jeden z moich bohaterów, prawda jest jedna, ”i innej prawdy nie ma”. Ale to nieprawda, bo prawd jest tyle ilu ludzi. I to dotyczy zarówno Siutowej jak i Miedzianki.
Jak trafiłeś na historię Miedzianki?
Jeździłem po Rudawach Janowickich i ktoś mi pokazał stare zdjęcie miasteczka z wielowiekową historią, o nazwie Kupferberg. Na moje pytanie: gdzie to, usłyszałem, że tego miasteczka już nie ma, bo zniknęło. I niby to nic ekscytującego, bo przecież np. na Łemkowszczyźnie znikło po wojnie kilkadziesiąt wsi jednak Miedzianka, czyli dawny niemiecki Kupferberg to było najmniejsze i najwyżej położone miasto Rzeszy Niemieckiej! Zresztą, potem trafiłem na dokładnie taką samą historię jak Miedzianka, tylko po stronie niemieckiej – w paśmie Rudaw.  Dokładnie taki sam scenariusz, tylko nazywało się Johanngeorgenstadt . Przez chwilę myślałem, czy nie napisać o obu. Tymczasem szukając materiałów o Miedziance trafiłem na mapę tuneli kopalni, na której widać, co się pierwsze zawali w Miedziance z powodu szkód górniczych. A dziś tam nie ma już prawie niczego. Zostało raptem kilka domów i kościół ale on też się w końcu schowa pod ziemię. Już w latach 90. zrobiła się wielka dziura między kościołem a drogą, no i wszystko tam się trzęsie, więc i ten budynek pewnie długo nie wytrzyma.
No dobrze, ale sama historia, że najwyżej położone miasteczko Rzeszy zapadło się pod wpływem szkód górniczych, podczas gdy Wapno w Wielkopolsce rozpadło się w ciągu kilku tygodni dla przykładu, to jeszcze nie powód, by zamknąć się w na pół roku na Dolnym Śląsku i wysłuchiwać historii ponad setki jego mieszkańców, którzy dziś żyją sobie w miarę dostatnio w Jeleniej Górze i okolicach.
Powodów jest mnóstwo, głównie jednak sentymentalnych. Bo lubię okolice Rudaw Janowickich, podoba mi się jak Niemcy projektowali te miasteczka, to że planowali dominantę, i wokół niej stawiali budynki, że zależało im żeby takie miasto z każdej strony ładnie wyglądało. I taka właśnie była Miedzianka. Bo wokół tego miasteczka narosło mnóstwo tajemnic i legend, takich o ukrytych w domach i ziemi poniemieckich skarbach i Bursztynowej Komnacie. Na przykład Edward Gierek miał taką listę z miejscami w Polsce, gdzie prawdopodobnie są ukryte skarby i na tej liście była Miedzianka. Były też legendy o rakietach średniego zasięgu znajdujących się w miasteczku. Chciałem dowiedzieć się jak wyglądał proces zapadania się miasteczka od jego pierwszych polskich osadników, a ci przecież nadal żyją. W Miedziance jak w soczewce skupiają się problemy Dolnego Śląska – no po prostu to jest kopalnia tematów.
I postanowiłeś pokazać miasteczko jak z niemieckiej pocztówki, które staje się ofiarą II wojny światowej, a 1945 rok jest początkiem końca Miedzianki.
Chciałem pokazać , jak rok 1945 przerywa ciągłość w historii Miedzianki. Nagle jego mieszkańcy muszą się wynieść, bo Niemcy przegrali wojnę, przychodzą nowi - Polacy, którzy zaczynają od szukania skarbów po poprzednikach. I choć przez wieki historia łagodnie obchodziła się z Miedzianką, zawieruchy wojenne raczej omijały miasteczko i nawet II wojna światowa działa się jakby obok, za górami, to jej konsekwencje zakończyły jego ciągłość. Po 1945 mamy innych mieszkańców, inny obraz i to jest początek końca.
Miedzianka przed 1939 a Miedzianka w 1945, kiedy następuje zupełna wymiana mieszkańców, to już dwa różne miasteczka. Tutaj przewiezieni zostają masowymi transportami Polacy ze Lwowa i okolic. Jaka rzeczywistość na nich czekała?
To sytuacja typowa dla całego Dolnego Śląska, gdzie ludzie byli przesiedlani ze wschodu na ziemie poniemieckie. Polacy przede wszystkim czuli  się zagrożeni. W 1945 roku o tych terenach mówiło się Dziki Zachód, z powodu niedobitków niemieckich. Strach było wychodzić do lasu, bo wiadomo było, że w lasach ukrywają się Niemcy. No i to nieustające poczucie, że Niemcy mogą wrócić. A niektórzy z nich wcale się nie wynieśli. Co prawda nie trafiłem na takie historie o jakich się czyta, że wchodzą nowi lokatorzy, a na stole jeszcze ciepła zupa po poprzednich.  Ale tę obecność – nieobecność Niemców czuje się w wypowiedziach osób, które wówczas były dziećmi. Jedni mieli świadomość tego co się dzieje, że Niemcy na zawsze wyjeżdżają z własnych domów. A inni gdy mi o tym opowiadali, mówili „pojechali sobie”. I to „sobie” jest znamienne, jakby nic poważnego się z tym nie wiązało, jakby nie chcieli się sami z tym ciężarem zmierzyć.
Jednocześnie ludzie czuli się wyobcowani, bo nie przesiedlano ze wschodu na zachód całych wsi tylko część osób tu, część tam, co miało ówczesnym władzom ułatwić kontrolę nad społeczeństwem. Tuż przed masowymi wywózkami Niemców z Polski był taki moment przejścia na ziemiach poniemieckich, kiedy Polacy i Niemcy mieszkali właściwie razem. Potem do 1948 wywieziono większość dawnych mieszkańców. Ale dopiero w 1957 czy 1958 roku, kiedy niedobitkom postawiono ultimatum: albo teraz albo nigdy, ostatni Niemcy opuścili Miedziankę.
Po 1945 sytuacja zmienia się właściwie z dekady na dekadę. Kwitnące przed wojną miasteczko nagle marnieje w oczach. To wynik szkód górniczych ale nie tylko.
Lata 50 to jeszcze moment, kiedy Miedzianka była ładna i jeszcze próbowano ją ratować. W 1952 zamknięto kopalnie. Pojawił się plan stworzenia w Miedziance miasteczka emeryckiego, ale mimo odnawiania budynków to się nigdy nie udało.  Okazało się, że Niemcy wyjechali z miasta skazanego na zagładę. Miedzianka w pewnym momencie stała się miejscem, w którym trudno się żyje. Nie było kanalizacji, coraz mniej autobusów tu kursowało. Lata 50 i początek 60 to też czas małej stabilizacji, to ciemny PRL, ludzie są zmęczeni, nic im się nie chce, a do tego dochodzi jeszcze trauma i lęk przed Niemcami. Dolny Śląsk nie miał wtedy tyle szczęścia co Górny. A Od 1972 roku nikt już w Miedziance nie mieszka, to miejsce przestaje nadawać się do życia, no i co chwila coś się zapada.
To brzmi, jakby sami Polacy przyczynili się do upadku niemieckiej krainy łagodności, bo tak to miasteczko wygląda przed wojną, jak z idyllicznej pocztówki.
Bo tak było i nie ma co Polaków wybielać. Polacy przyszli tu jak nie na swoje i tak traktowali to miejsce - jak niczyje. Dziś nikt się do tego wprost nie przyzna, co najwyżej zwali winę na innych, ale tak było. To nowi mieszkańcy Miedzianki doprowadzili do jej ruiny, zrywali drewniane parkiety na opał, a potem się dziwili, że wszystko tak szybko marnieje.  Nic nie naprawiali, zdejmowali więźby dachowe, żeby w piecach  palić i szukali wszędzie skarbów. A reszty dopełniły szkody górnicze. Z Miedzianki trzeba było ludzi siłą wyrzucać po tym, jak już się stamtąd wyprowadzili, bo cały czas szabrowali. A teraz zwalają winę na Rosjan, na Cyganów czy na Siutową. Mówiąc wprost: było pięknie i sielsko, a potem przyszła wojna, a po niej Polacy. Choć jak widzę mapę tuneli, to nie było szans, żeby Miedzianka przetrwała, ale Polacy w tym skutecznie pomogli. I zdaję sobie sprawę że obraz Polaków jest krzywdzący, a ja jestem za młody żeby oceniać historię, tym bardziej, że mam świadomość traumy z jaką musieli się mierzyć, tej sytuacji zawieszenia, gdy nie wiadomo co będzie, czy Niemcy wrócą, a do tego dochodzi stała kontrola komunistycznego aparatu bezpieczeństwa.
A jednak właśnie ci mieszkańcy, dwukrotnie przesiedleni: ze wschodu na zachód, i z Miedzianki do Jeleniej Góry i okolic, mówią o Miedziance jako o swojej małej ojczyźnie.
Tak o Miedziance opowiada drugie pokolenie, czyli dzieci przesiedleńców. Kiedy pytałem ich o wspomnienia  z dzieciństwa, to każdy mówił mi o sankach, na których zjeżdżał w zimie koło tamtejszego browaru. W konstruowaniu ich tożsamości znaczenie miały wspomnienia z dzieciństwa właśnie. Ich rodzice, czyli najstarsi  mieszkańcy Miedzianki nie chcieli opowiadać o życiu w miasteczku. „Szkoda gadać”, mówili. Dla nich traumą był sam transport i przeniesienie z miejsca na miejsca. I choć przyjechali do lepszych warunków, to tak naprawdę już zaledwie po ćwierćwieczu musieli się przenosić. Ale dziś określają się także jako mieszkańcy Miedzianki. Za to dla trzeciego pokolenia, czyli wnuków przesiedleńców, Miedzianka to już miejsce pochodzenia rodziny. Dzięki Miedziance to trzecie pokolenie mogło się odnaleźć i na podstawie opowieści dziadków i rodziców zbudować swoją tożsamość.
Piszesz o szczęśliwych latach przedwojennych Miedzianki i PRL-owskiej rzeczywistości polskiej. Kto jest bohaterem w twojej książce? Bo choć podążasz za historiami ludzi, żadnej nie dajesz się do końca uwieść.
W Miedziance zderzają się trzy rzeczywistości – ta niemiecka, z tych lepszych przedwojennych czasów, którą pamięta  jeden z moich bohaterów, Karl Heinz i który wyjeżdża ze swojej małej ojczyzny; ta powojenna, która splata z sobą historie niemieckie i polskie, jak rodzina Gliszczyńskich, którzy zostają i wierzą, że uda im się z Polakami dogadać ale w końcu jednak wyjeżdżają. Wreszcie rzeczywistość najsmutniejsza, polska, czyli upadek Miedzianki, którą buduje każda rodzina. I tu bohaterką jest sama Miedzianka. Ona jest jak przesiedleniec, który przeżył wschód, przeżył transport na zachód, poczucie zagrożenia i ponownie przesiedlenie.  Historia Miedzianki to historia zbiorowej pamięci i tę złożoność trzeba brać pod uwagę. Dla mnie ważne jest też to, by powiedzieć wprost, że to jak wygląda dziś Dolny Śląsk, to nadal konsekwencja II wojny, ale  my mamy w tym swój udział. To nie jest tak, że my tam zawsze byliśmy. Ta wiedza to jest lekcja której jeszcze nie odrobiliśmy. I jeśli tego nie weźmiemy pod uwagę, to więcej takich miejsc jak Miedzianka, zniknie nie tylko z powierzchni ziemi ale także z naszej pamięci.
-rozmawiała Katarzyna Kazimierowska
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA