fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Za którą Beatą pójdzie Rafał?

Jędrzej Bielecki
Dawno dawno temu, czyli jeszcze przed rokiem, były dwie ziobrystki. Beata i Beata. Szydło i Kempa. Szły razem prostą drogą wskazaną im przez Zbigniewa Ziobro.
Potem jednak Beata Szydło została wiceprezesem Prawa i Sprawiedliwości w miejsce Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Zaś Beata Kempa szefową świętokrzyskiego okręgu partii, którym wcześniej kierował śp. Przemysław Gosiewski. Wtedy rozeszły się drogi obu Beat. Szydło przestała być ziobrystką, bo uznała, że stanowisko wiceprezesa jest darem tak cennym, że lepiej stać wiernie przy liderze partii. Kempa uznała, że lepiej dalej stać przy Ziobrze, a świętokrzyską baronię wzięła, lecz nie pokwitowała.
Ta historia przypomina się po tym co stało się w poniedziałek w PO. Szefem klubu parlamentarnego został Rafał Grupiński. To polityk zdolny, rzec można intelektualista. Ma jednak wady. Mniejszą jest to, że od lat był jednym z najbliższych współpracowników Grzegorza Schetyny. Poważniejsza wadą jest to, że wyjątkowo nie lubił go Donald Tusk. Między nimi nigdy nie było chemii. Źli ludzie opowiadają historię o tym, jak lider PO strącił raz z krzesła marynarkę pewnego polityka, a następnie wytarł o nią buty. Zgadnijcie Państwo, czyja była to marynarka ...
Nikt w PO nie spodziewał się, że to Grupiński zostanie wyznaczony przez Tuska. Wielu nawet bardzo się wściekło. Gdy zaś wściekłość opadła, podjęte zostały próby racjonalizacji tej decyzji.
Według pierwszego tłumaczenia Tuskowi zależało na znalezieniu równowagi między frakcjami Schetyny i „spółdzielni" Cezarego Grabarczyka. Bowiem jednocześnie dotychczasowy minister infrastruktury został wyznaczony na wicemarszałka Sejmu. Jeśli ta wersja jest prawdziwa – a nie można jej całkiem zanegować – to Tuskowi należy się głęboki ukłon za podniesienie standardu w polskiej polityce. Za to, że okazał się przywódcą mądrym i pozbawionym małostkowości. Rezygnującym z osobistego odwetu w imię wspólnego dobra.
Może jednak jest tak, jak twierdzi jeden z polityków PO (zaznaczmy, że każda wersja ma swoich zwolenników). Tusk mianując Grupińskiego chciał wysłać opinii publicznej sygnał, że w PO nie ma „masakry" takiej jak w PiS, gdzie toczy się wojna z ziobrystami. I ma być to tylko sygnał. Nic więcej, bo i tak wytnie ludzi Schetyny. Czyli po prostu czysty PR. W takim razie mamy do czynienia z żenującą historią człowieka uzależnionego od marketingu, niczym alkoholik nie mogący żyć bez wódki. Byłoby to tym bardziej żałosne, że dzisiejszy stan PiS powoduje, iż główna partia opozycyjna przestaje być konkurentem dla PO. Przynajmniej na pewien czas.
Jest też i trzecie tłumaczenie. Grupiński został szefem klubu po to, aby odkleił się od Schetyny. Diabelski plan, bo przyszły szef klubu i Schetyna znają się i lubią jeszcze od czasów licealnych tego drugiego. Zobaczymy, czy „Rafał Pochylony" – jak przezywają go partyjni koledzy – pójdzie drogą Szydło czy Kempy.
Przy tej historii widać też, że każda partia ma swoje pechowe miejsca. W PiS to stanowisko wiceprezesa. Jeszcze w zeszłym tygodniu był nim Zbigniew Ziobro. A kiedyś Joanna Kluzik-Rostkowska, Ludwik Dorn, Paweł Zalewski.
W Platformie ryzykownie za to być szefem klubu. Spójrzmy: Jan Rokita, Bogdan Zdrojewski, Zbigniew Chlebowski, Grzegorz Schetyna, Tomasz Tomczykiewicz. Kariery z tego grona nie zrobił nawet Zdrojewski, bo miał kierować MON, a nie kulturą. Teraz los, czyli przewodniczący, wskazał Rafała Grupińskiego. Niedługo zobaczymy, dlaczego.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA