fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Ks. Adam Boniecki i podziały w Kościele katolickim

Ks. Artur Stopka
YouTube
Zwolennicy ks. Bonieckiego nie cofnęli się przed instrumentalnym potraktowaniem Najświętszej Ofiary. Wykorzystali mszę świętą jako okazję do wiecowania i manifestowania swych poglądów – pisze duchowny
Jeżeli prawdą jest, że marianie, podejmując decyzję dotyczącą wystąpień w środkach przekazu ks. Adama Bonieckiego, nie przewidzieli, iż wywoła ona bardzo emocjonalne reakcje, to powinni się jak najszybciej doszkolić w temacie oddziaływania mediów we współczesnym świecie.
Jednak organizatorzy akcji wsparcia dla byłego generała marianów i redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego" powinni się doszkolić w kwestii o wiele ważniejszej: przypomnieć sobie, czym jest Kościół katolicki.

Fatalne zjawiska

To oczywiste, że decyzja marianów ograniczająca wystąpienia medialne ks. Bonieckiego nie dotyka tylko jego, lecz również spore grono odbiorców, dla których jego przekaz jest ważny i inspirujący. Dlatego sposób, w jaki wiadomość o decyzji mariańskich przełożonych dotarła do opinii publicznej, trudno uznać za dowód szacunku dla nich.
Z racji miejsca, jakie nie tylko w życiu publicznym, ale i w życiu Kościoła ks. Boniecki przez ostatnie dziesięciolecia zajmował, nie da się obronić tezy, że była to wyłącznie wewnętrzna sprawa zakonu. Pominięcie tego faktu dodatkowo utrudniło wielu przyjęcie decyzji prowincjała.
Sytuację skomplikował również fakt, że trafiła ona do opinii publicznej od razu w postaci komentarza o zabarwieniu negatywnym. Nikt po stronie instytucji Kościoła nie zadbał, aby wcześniej informacja została podana bez jakiegokolwiek zabarwienia interpretacyjnego lub z zabarwieniem ułatwiającym jej przyjęcie ludziom ceniącym ks. Adama.
Jak było do przewidzenia, od razu pojawili się obrońcy byłego szefa "Tygodnika", pojawiły się inicjatywy udzielania mu wsparcia, solidaryzowania się z nim, protestowania przeciwko decyzji jego przełożonych itd.
Kto ma pamięć niewybiórczą, ten zapewne pamięta, że podobne akcje organizowano w Polsce w sytuacji podobnych zakazów także w odniesieniu do innych duchownych. Nie ma więc w tym nic dziwnego.

Aby nie było rozłamów...

Można by więc postawić na cierpliwość i przemijanie emocji. Problem jednak w tym, że podejmowane przez obrońców ks. Adama akcje niemal od razu zaczęły mieć bardzo niedobre i szkodliwe skutki w dłuższej niż tylko kilka dni czy tygodni perspektywie. Już widać co najmniej dwa fatalne w skutkach zjawiska.
Po pierwsze, inicjatywa stworzenia naklejek z wizerunkiem ks. Adama, zmierzająca do znakowania jego zwolenników, prowadzi do sankcjonowania i utrwalania podziałów w Kościele katolickim w Polsce.
Prowadzi do sytuacji, którą zwalczał już przed wiekami św. Paweł Apostoł, pisząc w Pierwszym Liście do Koryntian: "A przeto upominam was, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni, i by nie było wśród was rozłamów; byście byli jednego ducha i jednej myśli. Doniesiono mi bowiem o was, bracia moi, przez ludzi Chloe, że zdarzają się między wami spory. Myślę o tym, co każdy z was mówi: "Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa". Czyż Chrystus jest podzielony? Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni?".

Oliwa na fale

Po drugie, zwolennicy ks. Adama nie cofnęli się przed instrumentalnym potraktowaniem liturgii, a nawet samej Najświętszej Ofiary. Rozpowszechniony w mediach apel jednego z klubów "Tygodnika Powszechnego": "Zapraszamy wszystkich łodzian, którzy chcą wesprzeć ks. Adama Bonieckiego, do stawienia się w niedzielę o godz. 11 na mszy św. w kościele środowisk twórczych przy ul. Skłodowskiej-Curie 22", jest rażącym przykładem traktowania mszy św. jako pretekstu do wiecowania i manifestowania swych poglądów w jakiejś sprawie, co przecież na łamach "TP" było niejednokrotnie piętnowane.
Drobna w sumie sprawa ograniczeń medialnych dla jednego zakonnika na skutek kompletnego pomieszania z poplątaniem zaczyna, niestety, nabierać niebezpiecznych dla Kościoła wymiarów. Pora nie tyle wylać na rozgrzane głowy kubeł zimnej wody, ile lać oliwę na wzburzone fale, zamiast dolewać ją do ognia.
Autor jest rzecznikiem prasowym i koordynatorem ds. Internetu w archidiecezji katowickiej
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA