Teatr

Jan Peszek zagra wibrującą pięść Bruce'a Lee

"Wejście smoka. Trailer"; fot. Tomasz Zurek/Inimage/Laznia
materiały prasowe
W czwartek w Krakowie premiera "Wejścia smoka. Trailer" z udziałem wybitnego aktora. Akcja spektaklu Łaźni Nowej skupia się wokół historii mistrza sztuki walki
Jeszcze nim teatr pokazał widowisko wyreżyserowane przez Bartosza Szydłowskiego na podstawie scenariusza Mateusza Pakuły, Jana Peszka spotkała krytyka. Za to, że on, wielki artysta, zajmuje się niepoważnymi sprawami. Zobacz galerię zdjęć
Pierwszy trzy dekady temu przeżył to Piotr Fronczewski, gdy na płycie "Franek Kimono" śpiewał "Ja jestem King Bruce Lee, karate mistrz". Wtedy oburzenie było jeszcze większe. – Doskonale pamiętam – mówi "Rz" Jan Peszek. – Aktorzy powtarzali, że Piotr zniżył się do niewłaściwego dla siebie poziomu. Bredzili. Dlatego mam do środowiska zdystansowany stosunek. Nie jemu oceniać, co ma robić wybitny artysta, bo jest zawistne i pruderyjne. Tamtego projektu Piotra nie traktowałem wyłącznie w kategoriach żartu, ponieważ życie artysty jest rozpięte pomiędzy błazeństwem a kapłaństwem. Chodzi tylko o to, by dobrze grać.

Mięśniaki i pakersi

Sławę Bruce Lee zawdzięcza filmom akcji i tragicznej śmierci. Zmarł w niejasnych okolicznościach i stał się bohaterem kultury masowej. Sensację podgrzewały plotki, że padł ofiarą chińskiej mafii lub zginął od ciosu wibrującej pięści, ukarany za zdradę tajemnic klasztoru Shaolin. Pokazał je w "Wejściu smoka". -  Oglądałem film – przyznaje Jan Peszek. – Oczywiście, po wyjściu z kina nie powiesiłem na ścianie plakatu Bruce'a – zrobił to mój syn Błażej – bo miałem innych idoli: Bergmana i Bunuela. Ale filmy z Lee mnie ekscytowały, ponieważ lubię kicz i nie myślę o nim źle. A chiński aktor kicz uosabiał. Dziś można powiedzieć, że uwielbienie okazywane Bruce'owi było forpocztą kultu ciała. Teraz ulegają mu również inteligenci, chodząc do klubów fitness razem z "mięśniakami". – Jest to dla mnie naturalne – mówi aktor. – Poprzez ciało ludzie przekazują coraz więcej wiadomości o sobie. Chcą coś udowodnić. Nigdy nie reagowałem prześmiewczo na takie postawy. Z zachwytem oglądałem zdjęcia kulturysty Steve'a Reevesa, Mistera Universum. Dla mnie, chłopaka z prowincji, stał się prawdziwą rewelacją. Jan Peszek również był wysportowany. Mieszkając w Andrychowie, korzystał z fantastycznie wyposażonych sal gimnastycznych, basenu, stadionu, kortów tenisowych, lodowiska, toru saneczkowego i stoku narciarskiego, na którym funkcjonował pierwszy w Beskidach wyciąg narciarski. Interesowały go salta, poręcze, kozły. – U początku tych wyborów leżą kompleksy – uważa. – Wiąże się to również z męskimi lękami. Ktoś, kto nie ma potrzeby udowadniania swojej męskości, nie musi pompować mięśni. Ale jest też inne tło. – Obserwujemy kryzys wzorców społecznych – mówi Jan Peszek. – Konkurowanie w tym, kto zrobi sobie lepszy kaloryfer z mięśni brzucha, staje się coraz częstsze. Czasami mamy do czynienia z zachowaniami bezmyślnymi, ze wspomaganiem chemią. To nie znaczy, że nie podziwiam ludzi, którzy osiągnęli perfekcję w kulturze fizycznej czy sztukach walki. Podczas przygotowań do premiery poznałem ich w Chinach i Polsce. Także mistrzów świata.

Nieludzki wysiłek

Ich pokazy będą częścią spektaklu. Zobaczymy też oryginałów, którzy wygrali casting na rolę chińskiego mistrza. Casting stanowi też punkt wyjścia widowiska. Widz ma połknąć haczyk, by zająć się innymi kwestiami. – Ważny jest m.in. motyw ojca i syna, pokazany poprzez pryzmat Bruce'a i Brandona, który zginął na planie filmu "Kruk" – ujawnia aktor. – Właśnie dlatego, jak zwierzył mi się autor, pisał tekst z myślą o mnie i moim synu Błażeju. O naszej obecności w zawodzie. Zespół odwiedził Hongkong i klasztor Shaolin. - Wyzwoliliśmy się niedawno z systemu komunistycznego, dlatego w Chinach szybko dostrzegłem, jak znowu wpadam w paszczę tego smoka – mówi aktor. – Kiedy patrzyłem na bezwzględność treningu pięcioletnich chłopców, przypomniała mi się wizyta w Korei Północnej, w czasach Kim Ir Sena. Dzieci łapały oddech na granicy wytrzymałości. A turyści bili brawo, szczęśliwi, że małpka wykonuje ewolucje przeczące prawom grawitacji. Nie byłem w stanie na to patrzeć. Wychodziłem. Klasztor jest odtworzony przez władze Chin, które wcześniej go zniszczyły. Przyjeżdżają tam tłumy turystów, pojawia się kontekst biznesu; jak w Częstochowie. – Mnisi są autentyczni, to mistrzowie, a jednak robili smutne wrażenie. Jedynym ich sposobem na kontakt ze światem bywają niezwykle ostrożne kontakty z turystami – wspomina aktor. – Mnich, z którym ćwiczyliśmy, zapytany co dalej, odpowiedział, że pojawiła się szansa wyjazdu na treningi. Do Rosji albo Afryki.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL