fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Lisicki: jaka kara za straszne zbrodnie

Paweł Lisicki, redaktor naczelny "Rzeczpospolitej" i nowego tygodnika "Uważam Rze"
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Kara śmierci może chronić niewymierną godność ludzkiego życia. Przede wszystkim godność życia niewinnych ofiar – pisze redaktor naczelny „Rzeczpospolitej".
Od kiedy Anders Behring Breivik zamordował z zimną krwią 76 osób, nie cichnie dyskusja, jak go ukarać. 21 lat więzienia – najwyższy możliwy wyrok w Norwegii – wydaje się, delikatnie mówiąc, karą niewspółmierną w stosunku do zbrodni. Ktoś nawet wyliczył, że oznaczałoby to zaledwie kilkadziesiąt dni odosobnienia za jedno zabójstwo. Przyznaję, argument to nieco demagogiczny. W końcu, chcemy czy nie, wartości straconego ludzkiego życia nie da się ująć w arytmetycznych formułach.
Nie da się sumować zbrodni. Wszakże to nie ta buchalteryjna nieco mentalność najbardziej mnie poruszyła. Przeciwnie. W tego typu wyliczeniach mogę dostrzec tęsknotę za sprawiedliwością. Tęsknotę, o której zdają się zapominać różnej maści eksperci. To oni właśnie, albo raczej ich argumenty, budzą moje największe wątpliwości.

Absurdalna logika

Pierwszy argument mówił, że ewentualne zaostrzenie prawodawstwa, a już z pewnością przywrócenie kary śmierci, byłoby zwycięstwem mordercy. Niezliczone jest grono zwolenników tego poglądu. I to niemal od pierwszej chwili, kiedy nastąpił atak terrorysty. Co ciekawe, mimo że wyjątkowo bałamutny, argument ten łatwo zdaje się trafiać do przekonania ogółu. A przecież kto tak rozumuje, zakłada, że między zbrodniarzem a społeczeństwem toczy się pewnego rodzaju gra, w której stawką jest zmiana łagodnego prawa.
Liberalne prawo okazuje się być wartością samą w sobie, czymś na tyle doskonałym i skończonym, że musi pozostać niezmienione nawet w obliczu najbardziej potwornej zbrodni. Zbrodniarz wygrałby, gdyby zmieniono prawo, przegrywa, jeśli nic się nie zmieni. Zgodnie z tą wizją jest on jakby szantażystą, jego zbrodnie jawią się jako domaganie się okupu, którym okazuje się zmiana prawa.
Logiczną konsekwencją takiego myślenia byłoby ogłoszenie, że odpowiedzią na kolejne zbrodnie powinno być nie zaostrzenie, lecz złagodzenie prawa. Tylko tak przecież można naprawdę pokazać, że morderca nie odniesie zwycięstwa nad tym, czego nienawidzi: nad liberalnym społeczeństwem. Tyle że cały ten sposób opisu zdaje się być całkiem chybiony.
To nie prawo i jego system jest tu zakładnikiem, ale ludzkie życie. Prawo samo w sobie jest wartością tylko o tyle, o ile skutecznie to życie chroni. Kto tego nie pojmuje, niech odpowie sobie na następne pytania. Ilu ludzi musiałoby zginąć, żeby zmiana prawa nie została uznana za zwycięstwo zabójcy? 100? 200? a może 300? Ilu zbrodniarzy musiałoby się pojawić, żeby nieuleganie im pozostawało zwycięstwem? To absurdalna logika i nie ma sensu jej kontynuować.

Poczucie bezkarności

Ma sens natomiast refleksja nad najistotniejszym powodem niechęci dużej części prawniczych elit do pomysłów zaostrzania prawa. Skąd się bierze ich sprzeciw, doskonale pokazał Jerzy Sarnecki, szwedzki kryminolog, w rozmowie z "Rzeczpospolitą" ("Zamachowiec będzie siedział 21 lat", "Rz" 26 lipca, 2011). "Kara to produkt czysto polityczny i ma niewiele wspólnego z zapobieganiem przestępczości. Nikt chyba nie sądzi, że gdyby za czyny, które popełnił Anders Breivik, obowiązywała kara bardziej surowa, to zmieniłoby to decyzję zamachowca. Ten człowiek niezależnie od wymiaru kary do zbrodni i tak by się posunął".
Doprawdy? Skąd szwedzki kryminolog czerpie swą pewność? Gotów jestem utrzymywać, że właśnie kompletne poczucie bezkarności sprawiło, że Breivik podjął fatalne postanowienie. Wszystko wskazuje na to, że dokładnie zaplanował swoje czyny. I nie chodzi mi tylko o przygotowanie broni, sporządzenie bomb, a następnie opracowanie planu, jak i kiedy przedostać się na wyspę.
Ważniejsze jest to, że morderca od początku dokładnie wyobrażał sobie, jak będzie wyglądał jego proces, jak się będzie zachowywał PO DOKONANIU ZBRODNI, co zamierza wtedy mówić. Gdyby nie liczył się z karą i nie bał się śmierci, to dlaczego nie stawiał oporu policji? Dlaczego nie walczył z tymi, którzy mogli go zabić, ale wolał zabijać bezbronnych? Dokonywał rachunku zysków i strat? Oczywiście.
Nie strzelał do policjantów, bo wiedział, że w takiej wymianie ognia może stracić życie; bał się o nie, troszczył i chronił je. Dokładnie o to życie, które metodycznie, minuta po minucie, odbierał młodym Norwegom na wyspie. Podobnie tylko kalkulacją można wytłumaczyć jego żądania, by występować przed sędziami w mundurze i by uczynić rozprawę publiczną. I te pełne buty słowa przekazane kilkanaście godzin po zbrodni, że to, co zrobił, było ohydne, lecz konieczne.
To właśnie owa dysproporcja między zbrodnią, którą popełnił, i bezkarnością sprawia, idę o zakład, że na jego twarzy tak łatwo pojawił się ironiczny uśmieszek. Gdyby morderca nie rozumiał, czym jest strach przed własną śmiercią, gdyby nie pilnował własnego życia, jak mógłby z taką satysfakcją pozbawiać go drugich? Argument szwedzkiego kryminologa miałby sens tylko w odniesieniu do psychopatów, do ludzi, którzy w dosłownym tego słowa znaczeniu nie wiedzą, co czynią. Nic nie wskazuje na to, żeby Breivika można było zaliczyć do tej grupy.

Lekceważenie przelanej krwi

Ale tym, co w obecnej debacie uderza jeszcze mocniej, jest to, że w słowach wielu współczesnych kryminologów kara przestała być czymś obiektywnie należnym, słuszną odpłatą, a stała się tylko arbitralnym, politycznie umotywowanym instrumentem polityki społecznej. Karać kogoś to w tym rozumieniu przywrócić go do normalnego życia w taki sposób, żeby pozbawić go agresji. Zresocjalizować to uczynić niegroźnym.
Z tego punktu widzenia długość i dotkliwość kary nie ma znaczenia. Nie istnieje bowiem żaden obiektywny ład, żaden porządek, który miałby zostać naruszony wskutek działania zbrodniarza. Jedyny porządek to system społeczny, który swym zachowaniem Breivik zakwestionował. Gdyby pojawiła się pewność, że nie będzie dalej zabijał, można byłoby go uwolnić od razu. A nawet trzeba byłoby go uwolnić od razu, trzymanie go w odosobnieniu okazałoby się czymś nieludzkim i niehumanitarnym.
Otóż, śmiem twierdzić, w takim rozumowaniu widać lekceważenie dla niewinnie przelanej krwi. Z tymi, którzy zginęli, trzeba się pożegnać i tyle. Pech i zły los sprawiły, że znaleźli się na drodze mordercy. Jednak ich śmierć nie domaga się od żyjących, a przede wszystkim od państwa, które powinno być ich obrońcą, słusznej i proporcjonalnej odpłaty mordercy. Kara to tylko środek naprawczy i zapobiegawczy, nic więcej.
W języku szwedzkiego eksperta to "produkt czysto polityczny". Bliscy ofiar muszą się też z tym pogodzić; jeśli domagają się czegoś więcej, znaczy to jedynie, że nie potrafią sobie poradzić z emocjami. Znaczy to, że ulegli nieoświeconej żądzy zemsty.
To samo można powiedzieć inaczej: życie niewinnego człowieka, jego wartość nie jest czymś bezwzględnie chronionym. Nie jest wartością, która zobowiązywałaby państwo i społeczność do nałożenia na zbrodniarza sprawiedliwej kary. Krew niewinnych ofiar nie domaga się zapłaty, nie wznosi się do nieba, nie wzywa mściciela. Wsiąka w ziemię. Co najwyżej dopomina się łez współczucia i dowodów pamięci.

Najważniejszy obowiązek

W obliczu tak przeraźliwych zbrodni, jak ta dokonana przez Norwega, nie wolno ulegać presji tych, którzy debatę o karze śmierci chcieliby zdusić w zarodku. Potrzebna jest poważna dyskusja. Obecność tej kary w systemie prawodawstwa może, sądzę, chronić niewymierną godność ludzkiego życia. Przede wszystkim godność życia niewinnych ofiar. Czy to nie najważniejszy obowiązek żywych wobec zamordowanych?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA