fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Rysuj rysuj i tak Matejką nie będziesz

Andrzej Wajda
Art&Business
Z Andrzejem Wajdą rozmawia Bogusław Deptuła
Art & Business: Czy reżyser powinien umieć rysować?
Andrzej Wajda: Reżyserzy dzielą się na trzy grupy: jedna to ci, którzy przychodzą do kina jako świata obrazów. Przeważnie mają wykształcenie plastyczne; ja należę do takich. Ale są również – zresztą nie tylko reżyserzy, ale całe kinematografie – które wymagają od reżysera, żeby znał się na muzyce.
Na przykład hinduska, która produkuje mnóstwo filmów w ciągu roku, a w większości są to filmy muzyczne. Obserwowałem na koncercie w Bombaju wielkiego hinduskiego reżysera Satyajita Raya i widziałem, jak on przeżywa muzykę. To są reżyserzy, których podstawą jest wykształcenie muzyczne. Oczywiście są jeszcze reżyserzy, dla których najbliższym medium jest literatura i piszą sami, tak jak Bergman, scenariusze do swoich filmów.
 
A&B: Dlaczego Pan rysuje?
AW: Rysuję z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że to, co narysowałem, jest moją własnością. Zostaje mi w pamięci. Rysując, uświadamiam sobie równocześnie lepiej to, co porusza moją wyobraźnię. A w pracy filmowej czy teatralnej używam rysunku, bo jest szybszy jako środek porozumienia ze współpracownikami. Słowa są dwuznaczne, jak w poezji. Rysunek natomiast mówi wprost, co jest na prawo, co jest na lewo, co jest tłem, a co pierwszym planem. Z tym, że rysunki, które robię do filmu, to nie jest tak zwany story board, ponieważ zmierza on do czegoś zupełnie innego. Story board to wypracowanie przeważnie kilku autorów. Pomaga ono producentowi, nie zawsze obdarzonemu wyobraźnią konieczną do robienia filmu. Kiedy zobaczy kolorowe kadry rozrysowanej sceny, będzie wie żagle, a kadłuba nie potrzeba, bo zasłaniać go będzie nadbrzeże, czy widać same maszty, bo nawet na żagle nas nie stać. To musi narysować ktoś, kto właśnie po to rysuje, żeby potem określić koszt przyszłego filmu.
A&B: Jakie środowisko artystyczne miało dla Pana największe znaczenie?
AW: Tadeusz Kantor i jego grupa, jakby spóźnionego malarstwa, najnowszych kierunków, tak jak w Europie. Kantor przywiózł z Paryża malarstwo taszystowskie. Taszyzm akurat wtedy rozkwitał. Do niego przyłączyli się spóźnieni abstrakcjoniści i tacy malarze jak Jerzy Nowosielski, który był zupełnie niezależnym artystą i zawsze był sobą. Moi zupełnie młodzi koledzy z Akademii Sztuk Pięknych: Janek Tarasin i Jerzy Tchórzewski. To był margines, bo tam byli ludzie, którzy już przed wojną stanowili grupę malarzy – jakby to powiedzieć dzisiaj – lewicujących, a to oznaczało wtedy malarstwo nowoczesne. Na pewno należał do nich Jan Świderski. Był oczywiście Jonasz Stern, który przyklejał kości do obrazów. Krótko mówiąc, ta grupa próbowała przerzucić most pomiędzy dawnymi oraz nowymi czasy i tworzyć w Polsce sztukę taką, jaka już była wcześniej w Paryżu, a tu była nieobecna; w każdym razie nie dość obecna. Wystawa w 1948 roku to było wydarzenie samo w sobie, które zresztą zakończyło się obowiązującym socrealizmem. Ci artyści dalej już oficjalnie działać nie mogli. Zeszli jakby do podziemia. No, ale na tyle się zaprezentowali, by udowodnić nam, iż istnieją tego rodzaju sztuka i tego rodzaju tendencje.
A&B: Czyli Kantor i jego krąg, a kto jeszcze?
AW: Druga grupa to profesorowie naszej Akademii Sztuk Pięknych, którzy przeszli przez szkołę Józefa Pankiewicza, nie tylko w Krakowie, ale i w Paryżu. Pankiewicz w pewnym momencie otworzył w Paryżu swoją pracownię jako filię krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i oni się tam uczyli: Cybis, Waliszewski, Cybisowa, Czapski, Samborski i inni. Ta grupa, zwana kapistami, jak gdyby kontynuowała francuskie malarstwo wywodzące się z postimpresjonizmu. Jego głównym spadkobiercą w polskim malarstwie był Eugeniusz Eibisch, który został rektorem krakowskiej ASP . Oczywiście przywołał do siebie tych wszystkich artystów, którzy podobną malarską drogę przeszli. To oni nas uczyli, to była Akademia Sztuk Pięknych. Tam też zaczęła się formować grupa ludzi wokół Andrzeja Wróblewskiego spośród studentów szukających jakiejś nowej sztuki. Sztuki odwołującej się do naszej najbliższej przeszłości, do wojny i do naszych bezpośrednich doświadczeń. Tylko że różnica polegała na tym, że myśmy byli zdumieni, iż on tak może widzieć i widzi to, co się wydarzyło. Ale wśród nas nie było nikogo, kto by mógł się z nim równać. To nie była grupa. Natomiast on bardzo nalegał na to i bardzo potrzebował, żeby inni szli też w tę stronę, w stronę rzeczywistości... Niestety, nastał wtedy socrealizm. Wtedy padły nasze ostatnie nadzieje. Okazało się, że socrealizm wcale nie jest próbą otwarcia malarstwa na jakieś zupełnie nowe, jeszcze niewidziane światy, tylko ma być po prostu imitacją radzieckiego malarstwa. I na tym się wszystko kończy. Wtedy grupa się całkowicie rozpadła, ale Andrzej Wróblewski szedł dalej własną drogą. A ja nie mogłem znaleźć swojego miejsca, bo żadna z tych grup nie była mi na tyle bliska, żeby zostać w Krakowie. Zgubiłem się kompletnie.
Źródło: Art&Business
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA