fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Omar Sosa: Rozmowa z kubańskim pianistą

Omar Sosa podczas występu
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Omar Sosa, kubański pianista, perkusista, kompozytor, 19 marca wystąpi w Warszawie w cyklu Era Jazzu
Rz: Z jakim programem przyjedzie pan tym razem?
Omar Sosa: Z kwintetem, który nazwałem Afri-Lectric. To kontynuacja projektu Africanos. Wtedy grałem głównie na fortepianie, teraz mam zestaw instrumentów klawiszowych.
Z połączenia afrykańskich rytmów i melodii z elektronicznymi brzmieniami będzie nowa muzyka. Zaprosiłem niemieckiego trębacza Joo Krausa, który w takim klimacie doskonale się czuje. Stał na czele formacji nu-jazzowych Tab Two czy De Phazz. Od dawna planowaliśmy wspólną trasę, ale na scenie spotkamy się po raz pierwszy dopiero w Warszawie.
Bez prób?
Tak jest bardziej ekscytująco. Znamy się od dawna, łączy nas podobna idea tworzenia czegoś nowego na żywo. Obaj jesteśmy fanami albumu Milesa Davisa „Kind of Blue", uważamy, że wystarczy zarys utworu, atmosfera swobody improwizacji, by powstała ciekawa muzyka. Tak tworzył Miles. Wiem, że i nam się powiedzie. Potem mamy zamiar nagrać płytę. Jednak koncert ma w sobie coś magicznego, jest pierwszy i ostatni zarazem.
Właśnie ukazał się pana album solowy „Calma" zawierający nastrojowe improwizacje. Czy część koncertu poświęci pan na występ solo?
Nie chcę mieszać konwencjii nie potrafiłbym szybko przestawić się z grania zespołowego na solowe i odwrotnie.
Wygląda na to, że następnym razem musimy pana zaprosić na solowy recital.
Właśnie na to liczę. (śmiech) Lubię przyjeżdżać do Polski. Znajduję tu wyjątkową atmosferę, zasłuchaną publiczność. No i lubię waszą kuchnię. Polska to jednak dla mnie przede wszystkim kraj Chopina. Jego muzyka jest dla mnie źródłem nieustających inspiracji, podobnie jak twórczość Erica Satie i Theloniousa Monka.
Gra pan utwory Chopina?
Nie odważyłbym się, są piękne, ale i bardzo skomplikowane. Kiedyś przez długi czas nie słuchałem niczego innego poza mazurkami Chopina, aż żona zwróciła mi uwagę, że chyba jestem od nich uzależniony.
Podkreśla pan afrykańskie korzenie swojej twórczości.
W czym się to przejawia?
Przede wszystkim w specyficznym rytmie, ale czerpię też z bogactwa afrykańskiej melodyki. Część tej tradycji przetrwała na Kubie. Kształciłem się w konserwatorium w Hawanie, ale miałem okazję poznać tradycyjną muzykę Kuby i jazz afrokubański. Występowałem z wieloma zespołami, również jako perkusista.
Skąd w takim razie zainteresowanie jazzem?
Od dziecka słuchałem muzyki nadawanej przez radiostacje z Miami. Dopiero później dowiedziałem się, że to był jazz. Dla studenta konserwatorium stanowił objawienie, żaden styl nie dawał takiej swobody twórczej. Jazz to doskonały wehikuł, mogę się nim poruszać w czasie i przestrzeni. Korzystać z doświadczeń własnych i cudzych. Mogę współpracować z każdym, kto jest otwarty na moje pomysły tak jak ja na jego. Ale nie uważam się za jazzmana, moja muzyka ma wiele cech klasycznych i afrykańskich, a więc ludowych.
Dlaczego wybrał pan Barcelonę na swój dom?
Tu mieszają się wszelkie wpływy w sztuce: europejskie, afrykańskie, arabskie, azjatyckie. Europejczycy są bardziej niż Amerykanie otwarci na moją muzykę. Są intelektualistami, przy tym zachowali wolnego, hipisowskiego ducha.
—rozmawiał Marek Dusza
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA