fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Albo piłka, albo samotność w ciężarówce

ROL
Trener Korony Kielce Marcin Sasal o futbolu, możliwościach, jakie daje Warszawa, i dogadywaniu się z woźnicą
Rz: Dobrze się pan czuje wśród trenerów ekstraklasy?
Marcin Sasal: Rzadko się spotykamy, kontakty jakieś tam są, ale jest ich mało. Brakuje współpracy, wymiany zdań, szacunku. Czasami mam wrażenie, że na kursach patrzą na mnie, jakbym komuś pracę zabrał. Ale oczywiście mam też kolegów, z którymi miło się rozmawia.
Jest konflikt starych z młodymi?
Różnica pokoleniowa jest w każdej pracy. To normalne, że nie każdy mi pasuje. Trenerzy mają specyficzne charaktery, uważam, że nie jesteśmy do końca normalni. Każdy ma swoje odchyły. Zawód jest piękny, ale co tydzień mamy kolokwium, a co pół roku maturę.
Jakie ma pan odchyły?
Jestem strasznie uparty, musi być na moim. Lubię spędzać czas samotnie, lubię jeździć samochodem, głośno słuchając muzyki... Mam wtedy czas na przemyślenia. Poza tym unikam dużych imprez, nawet sylwestra spędzam w domu.
Trener powinien znać się na ludziach, a pan ich unika...
Uczę się ludzi. W moim środowisku jedynymi rozrywkami były piłka na asfalcie i zajęcia sportowe po szkole. Dwóch najlepszych wybierało do drużyny kolejnych – od tego jako który byłeś wybrany, zależał twój status. W Koronie Kielce robię czasami to samo, żeby zobaczyć, jak dzielą się sympatie w drużynie.
Młodzi trenerzy wnieśli do ligi naukowe podejście, co nie podoba się starszym?
Można kogoś nauczyć grać w piłkę podaniami w parach, ale chyba lepiej sięgnąć po wiedzę, inne wzorce, stworzyć coś samemu i przede wszystkim nie nudzić. Trzeba oddziaływać na różne bodźce. W piłkę gra się nogami, ale najważniejsza jest głowa, na treningach trzeba zmusić do myślenia. Mamy dużo większe możliwości niż nasi poprzednicy – możemy korzystać z Internetu, zagranicznych staży. Nie będę przecież tracił zajęć na bieganie. Piłkarze biegać mają sami.
W Dolcanie Ząbki wprowadził pan na szeroką skalę wspomaganie farmakologiczne...
Nieprawda. Wszyscy się zastanawiali, jak zespół może być tak dobrze przygotowany fizycznie, jeśli w sztabie nie ma nawet fizjologa. Ale bez problemów przechodziliśmy badania antydopingowe, pokazałem tylko chłopakom, jak działa sód, na co wpływa potas, ile pić przy jakiej pogodzie. Ci, którzy chcieli w siebie inwestować, za swoje pieniądze kupowali potem odżywki.
Jak pan mówi do piłkarzy – wierszem jak Leo Beenhakker czy prosto jak Franciszek Smuda?
Jest wielu wykształconych piłkarzy, a w szatni mnóstwo charakterów i osobowości. Dogadam się z profesorem uniwersytetu i woźnicą sprzedającym węgiel. Ludzi do drużyny trzeba sobie dobrać, ja wolę awanturników niż spokojnych.
Były już w Koronie ciężkie momenty?
Po porażce z Piastem było najgorzej. Trzy tygodnie siedziałem sam w mieszkaniu. Wychodziłem tylko na treningi, wracałem, zasuwałem rolety i myślałem. Po prostu musiałem być sam.
Co pan wtedy robił?
Słuchałem muzyki, oglądałem filmy, byle nie o sporcie, żeby nie zwariować. Żadnych gazet, komputera. Przeczytałem wówczas trzy książki: „Sztuka pokoju", „Sztuka wojny" i „Tao wojny". Nie chciałem wzbudzać emocji, żeby nie doprowadzić do wybuchu wulkanu. Mobilizowałem się rano, żeby wyjść do pracy, wracałem wypłukany i znowu ładowanie akumulatorów. Nie chciałem rezygnować, bo wiedziałem, że drużyna ma możliwości.
Ma pan problemy wychowawcze z piłkarzami?
Wiele. Ale u nas nic z szatni nie wyjdzie, a szatnię mamy zamykaną na czytnik linii papilarnych. Ediego przez tyle lat nikt nie odważył się posadzić na ławce. Kiedy to zrobiłem, obraził się i chciał kończyć karierę – on, symbol Kielc. Dziś jest zadowolony, bo wie, czego od niego wymagam. To samo Jacek Kiełb, który podobno przeze mnie zdecydował się na transfer do Lecha Poznań. Skoro tak, to chyba dobrze, prawda? Później przeczytałem wywiad z nim, w którym dziękował mi, że go gasiłem, jak sodóweczka do głowy uderzała.
Pokazał pan piłkarzom swoje zdjęcie z młodości? Mogliby się zdziwić.
Muszę pokazać, bo dostałem od żony album na 40. urodziny i zbieram podpisy. Miałem długie włosy, wychowałem się na ciężkiej muzyce. Metal, punk rock – to się liczyło. Starsi koledzy założyli zespół Azyl P, dzięki temu inne kapele przyjeżdżały do Szydłowca.
Palił pan trawkę?
Na AWF mało było takich, co nie palili, ale ja naprawdę wolałem piwo.
Na jakim etapie muzycznym teraz pan jest?
Próbowałem wszystkiego – także hip-hopu, nawet tego wulgarnego. Sprawdzałem, czego teraz młodzież potrzebuje. Ostatnio w samochodzie był Kult unplugged. „Nie dorosłem do swych lat" jest dobre, ale „Polska" jeszcze prawdziwsza. Chociaż nasz kraj też się zmienia. Lubię jeździć do Sopotu, nie uważam, by coś nie tak było z tamtejszą plażą. A dworzec w Krzyżu jest gorszy od tego w Kutnie nocą. Wiem, o czym Kult śpiewa, bo przez Kutno jeździłem do żony do Szczecina. Po kilku latach powiedziałem jej, że PKP zarobiły już dużo i pora żyć razem. Nie chciała przyjeżdżać do Warszawy. A to miasto dawało i daje duże możliwości, mnie ciężko było ruszać się stąd  do Kielc.
Taki z pana warszawiak?
Nie czuję się warszawiakiem, choć pół życia spędziłem w tym mieście. Prawdziwi to tacy, których w sobotę można na mieście spotkać, przyszywani uciekają w piątek do siebie. Ale jak jadę samochodem i na  CB-radiu słyszę narzekania, to ich pouczam: chleb wam to miasto dało, nie plujcie.
Pan, z Szydłowca, jest wielkomiejski czy raczej woli wieś?
Na urlop jeździmy do cywilizacji. Wieś mnie nudzi.
Różne rzeczy już pan w życiu robił.
To prawda. Na Stadionie Dziesięciolecia pilnowałem budek od 22 do 6 rano. Nie można było spać, bo rzucali nas na różne odcinki i nie wiadomo było, z kim się pracuje. Jako chłopak kopałem też rowy pod Grójcem, tam gdzie koparka nie mogła wjechać.
Po takich doświadczeniach jestem pewien, że sobie w życiu poradzę.
Widzi pan siebie w innym zawodzie niż trener?
Musiałbym kupić ciężarówkę. I jeździć samemu.
—rozmawiał Michał Kołodziejczyk
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA