fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Mona - prywatne muzeum w Tasmanii

"Cloaca Professional", instalacja belgijskiego artysty Wima Delvoye (2009)
mona
Hazardzista włożył fortunę w prywatne muzeum na Tasmanii. Obok dzieł – bar i cmentarz - pisze Paulina Wilk
Museum of Old and New Art (Mona) działa od 22 stycznia tego roku. Jest oddalone o 40 minut drogi katamaranem w górę rzeki Derwent od centrum Hobart, stolicy Tasmanii. To największe prywatne muzeum na południowej półkuli zajmuje 6 tys. mkw. Jego właściciel David Walsh zainwestował 175 mln dolarów. – Stworzyłem świecką świątynię. Wywrotowy Disneyland dla dorosłych – mówi multimilioner, który od 20 lat kolekcjonuje sztukę.
Zobacz galerię zdjęćNiepozorna brama prowadzi do winnicy położonej na górskim zboczu. Nigdzie nie widać gmachu. Winda zjeżdża 15 metrów w dół, pod ziemię. W muzeum nie ma dziennego światła. Zamiast recepcji – elegancki bar. Zwiedzający nie kupują biletów, tylko kieliszek wina lub piwo, produkowane w pobliskim browarze, także należącym do Walsha.
Za foyer zaczyna się labirynt. Jedna ze ścian budowli to skalny klif. Pozostałe są ustawione tak, jak pozwalało ukształtowanie terenu – w niektórych salach sufity są nisko, mieści się tylko jedna praca, inne pomieszczenia przypominają hangary. Gdzieś między nimi jest wejście do ukrytego apartamentu Walsha i jego dwóch córek.
Muzeum zajmuje trzy poziomy. Oprócz antycznych skarbów: mumii egipskich, rzymskich mozaik i tablic z Mezo-potamii są dzieła australijskich modernistów, w tym monumentalny "Wąż" Sidneya Nolana, złożony z 1600 paneli pokrywających nierówną ścianę.
Nie brak dzieł międzyna-rodowych artystów współczesnych, często dotyczących seksu i śmierci. W kolekcji jest instalacja z siedmiu gnijących ba-wolich szkieletów autorstwa Jannisa Kounellisa oraz "Kloaka" Wima Delvoye – wielka machina do trawienia przetwarza jedzenie na kał. Karmią ją kuratorzy, resztki wydala codziennie o 15.
Walsh kupił wiele dzieł wzbudzających emocje: wyrzeźbione przez Stephena Shanabrooka w czekoladzie rozszarpane ciało terrorysty-samobójcy oraz serię Gregory'ego Greena – bomby domowej roboty umieszczone w Biblii, Koranie i Torze.
Reprezentowani są też Brytyjczycy, których nie chciały wystawiać muzea australijskie, m.in. obraz Jenny Saville przedstawiający nagiego transseksualistę, "Święta Dziewica Maryja" Chrisa Ofili z Matką Boską otoczoną męskimi genitaliami oraz głośna instalacja Damiena Hirsta – płótna pokryte setkami tysięcy much uwięzionych w żywicy.
Walsh ma nadzieję, że kontrowersyjne ekspozycje będą wzburzać, irytować. Chce ożywić debatę w społeczeństwie australijskim, które uważa za "ogłupione do tego stopnia, że demokracja stała się fikcją".
W krainie ekscentrycznego milionera rządzą nietypowe zasady – razem stoją prace nowe i stare, bulwersujące i subtelne, jak "Biała biblioteka" Wilfredo Prieto złożona z 6 tys. pustych książek czy "Śledząc czas" Claire Morgan zrobiona z nasion mniszka lekarskiego nawleczonych na nici. Na tasmańskie urwisko trafili też Kandinsky, Botero i Shiele.
Eksponaty są pozbawione opisów, zwiedzający dostają iPody i sami decydują, ilu informacji wysłuchają. Mogą też podglądać Christiana Boltanskiego przy pracy w paryskim studiu – Walsh umieścił tam kamery, w zamian za nieustanną transmisję wypłaca artyście dożywotnie honorarium. – Prowadzę grę z diabłem – skomentował umowę Boltanski.
Nad muzeum czuwa dyrektor Mark Fraser, który przez wiele lat zarządzał australij-ską filią Sotheby's. Podobno zarabia pół miliona dolarów miesięcznie. – Mona to ważne i wpływowe przedsięwzięcie – uważa Fraser. – Milionerzy mają zwykle konserwatywny gust, Walsh jest ożywczą siłą.
49-letni multimilioner unika mediów, kilka lat temu nikt go nie znał. Urodził się w niezamożnej tasmańskiej rodzinie jako jedno z trojga dzieci. Zasłynął, gdy w 2006 r. na aukcji w Sotheby's zaoferował rekordową kwotę 3,2 mln dolarów za pracę "Bar" Johna Bracka. Był osobiście zaangażowany w zakup całej kolekcji muzeum, czyli ponad 2 tys. dzieł. Kosztowały go 100 mln dolarów, które zarobił na hazardzie.
Walsh to nie utracjusz zgrywający się w karty, zbudował międzynarodowy syndykat. Od dziecka miał matematyczny talent, wraz z grupą współpracowników stworzył systemy kalkulacyjne, maksymalizujące zysk w zakładach komputerowych. Zbił fortunę, obstawiając gonitwy koni, znają go bukmacherzy w wielu krajach. – Inwestuję w sztukę, bo dręczy mnie poczucie winy z powodu bogactwa – mówi.
Mona to więcej niż muzeum. Także centrum wydarzeń artystycznych – już odbywają się koncerty i warsztaty baletu. Osiem luksusowych pawilonów, z których roztacza się widok na zatokę Berriedale, można wynajmować. Jest jeszcze jedna atrakcja – możliwość pochowania na terenie kompleksu urny z prochami zmarłych. – Śmierć nie musi mieć wymiaru religijnego. Tu można, popijając wino, posiedzieć z bliskimi, którzy odeszli – tłumaczy swój zamysł Walsh.
Sam nie chce nieśmiertelności – zaprojektował muzeum tak, by uległo samozniszczeniu. Znajduje się na terenach zalewowych, bez regularnych inwestycji pochłonie je woda.
Korzystałam m.in. z publikacji "The Australian", "The Age" i "Herald Sun"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA