Publicystyka

Remigiusz Forycki: Uprowadzenie Europy

Remigiusz Forycki
Fotorzepa, Seweryn Sołtys
Premier Kaczyński miał rację przeciwstawiając dyplomację III i IV RP. Kontynuacja polityki zagranicznej, opartej na charyzmatycznych osobistościach, z jednoczesnym utrzymaniem ciężkiego aparatu rodem z PRL-u nie sprostała wymogom czasu. Samotny kowboj z plakatu "Solidarności" musiał pójść do lamusa. Polska "zacnych dziadków" przestała nadążać za dynamiczną Europą Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego — pisze dyrektor Instytutu Romanistyki UW
Dotąd, wszyscy wiedzieliśmy za Juliuszem Słowackim, że „łudzona błyskotkami Polska pawiem narodów była i papugą”. Co prawda Władysław Bartoszewski wspominał coś o „pannie bez posagu”, a Tadeusz Konwicki o nosorożcu, ale przecież nikt nie brał tego do końca na poważnie. Aż tu nagle wielka bomba! Jarosław M. Rymkiewicz wyskoczył ze swoją wizją rozpędzonego żubra, ugryzionego w czułe miejsce przez prominentnego imiennika poety. I jakby tego było mało, zobaczyliśmy na własne oczy, jak rozjuszony zwierz staranował zapory i szlabany graniczne i – ku osłupieniu zacnych Europejczyków – ośmielił się paradować bezwstydnie po berlińskim, paryskim, londyńskim, a nawet dublińskim bruku.
Ponad milionowa masa Polaków na Wyspach Brytyjskich, wielkie rzesze sezonowych pracowników w Hiszpanii, we Włoszech i Francji, żołnierze na służbie w strukturach natowskich, ponad pięćdziesięcioosobowa reprezentacja w Parlamencie Europejskim... – to już nie bidula Karusia, ani „cepeliada”; rozpędzona włochata bestia wdarła się na europejskie salony i zaczęła szykować sobie wygodne żerowisko. Kosmaty żubr nie tylko ruszył na Polskę, ale – o zgrozo – porwał również zaskoczoną, i nie do końca przeciwną, Europę.
Przełomowy był bez wątpienia rok 2005. Wejście do Unii Europejskiej stanowi punkt zwrotny naszej najnowszej historii. Staliśmy się integralną częścią politycznego, wojskowego i gospodarczego Zachodu, przy czym nie chodzi bynajmniej o jakiś abstrakcyjny powrót do mitycznej Europy, czy też restaurację tego, co już kiedyś było. Integracja z Unią, a więc wejście Polski do zupełnie nowej przestrzeni społeczno-politycznej, była wydarzeniem dotąd nieznanym, dziewiczym, wymuszającym na polskiej klasie rządzącej zdefiniowanie na nowo racji stanu. Miał zatem słuszność premier Kaczyński, kiedy stanowczo przeciwstawiał dyplomację III i IV RP. Kontynuacja polityki zagranicznej, opartej na charyzmatycznych osobistościach, z równoczesnym utrzymaniem ciężkiego aparatu rodem z PRL-u nie wytrzymywała już próby czasu. Samotny kowboj z plakatu „Solidarności” musiał w końcu pójść do lamusa. Polska „zacnych dziadków” przestała nadążać za dynamiczną Europą Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego. Stało się jasne, że odtąd obraz Polski, jej ranga i miejsce w Europie zależeć będą od profesjonalizmu dyplomatów, politycznej i etycznej klasy europosłów, a także od stylu zachowań milionów Polaków „zahaczonych” na Zachodzie. Byłoby dzisiaj absurdem mówienie w naszym kraju o emigracji w dziewiętnastowiecznym rozumieniu tego słowa, gdyż Polacy z Poznania czy Glasgow żyją dziś pod jednym, europejskim dachem i czeka nas wszystkich solidna, integracyjna praca organiczna, której strategicznym celem będzie wyrównanie poziomu życia i szans wszystkich Polaków bez względu na ich miejsce pobytu. Z całą pewnością notowania Polski na Zachodzie są dużo lepsze niż sugerują media. Czarna wizja naszego kraju to, ni mniej ni więcej, jak upartyjniona wersja fantazmatycznych wymysłów wtłaczanych w głowy potencjalnych wyborców. W dzisiejszym świecie medialnym natrętna kampania propagandowo-wyborcza trwa 24 godziny na dobę. Polacy wolą jednak przeżywać sukcesy Roberta Kubicy, niż urojone zagrożenia francuskiej demokracji, a dla przeciętnego Francuza ważniejszy jest wynik finałowego meczu narodowej reprezentacji w mistrzostwach świata w rugby, niż wystąpienie Daniela Cohn-Bendita w Parlamencie Europejskim, gdzie porównywał Polskę Kaczyńskich do stalinowskiej Rosji i nazistowskich Niemiec. skarżenia o homofobię, zapędy totalitarne, ksenofobię, a ostatnio „frustrację i psychiczną dewiację” (ma rację ambasador Jan Dowgiałło, że autor tych słów powinien przeprosić społeczeństwo za pogłębianie istniejących w nim podziałów) stały się wyświechtaną, propagandową sztampą. Pojawiło się zjawisko, które formaliści rosyjscy nazywali „automatyzmem percepcji”. Ostatnia kampania wyborcza we Francji może być dobrym przykładem tego zjawiska. Francuzi byli zainteresowani powstrzymaniem regresu społeczno-gospodarczego. Chęć przywrócenia Francji jej wielkości Sarkozy zawarł w haśle: „Razem wszystko staje się możliwe”. Programowo odciął się od dziedzictwa Maja ’68 roku, rozkładu rodziny, upadku szkoły i degradacji pracy, relatywizacji dobra i zła, kryzysu tożsamości narodowej, destrukcji takich wartości jak prawda, przyzwoitość, uczciwość. Elitom zarzucił intelektualną kapitulację. Reakcja mediów była ostra, by nie powiedzieć - brutalna. A przecież ciągłe ataki na Sarkozy’ego, nazywanie go faszystą, rasistą, czy prawicowym ksenofobem szybko przestały oddziaływać na odbiorców. Jego ogromny sukces w wyborach wykazał to w sposób dobitny. Z podobnymi, niewybrednymi oskarżeniami i zmasowanymi atakami mamy do czynienia również dzisiaj w Polsce. Powstaje opisane przez Jana Patočkę zjawisko „solidarności zaszczutych”. Analogie między Francją a Polską są zdumiewające i mam nadzieję, że doprowadzą one wkrótce do znacznego polepszenia stosunków polsko-francuskich, których degradacja w ostatnich latach jest czystym nieporozumieniem i koszmarnym błędem nieudolnych dyplomatów. Gorzej rzecz ma się z Niemcami. Z doświadczenia wiem, że nie jest łatwo pozbyć się uprzedzeń i stereotypów wobec naszych zachodnich sąsiadów. Propaganda PRL-owska zrobiła swoje, a bolesne doświadczenia większości polskich rodzin nie ułatwiają sprawy. Mimo gruntownej denazyfikacji i całkowitej demokratyzacji adenauerowskich Niemiec, uprzedzenia tlą się w sercach wielu Polaków. Sam miałem ten problem podczas rocznego pobytu w Berlinie. Na szczęście zaprzyjaźniłem się tam z mądrymi ludźmi, którzy pomogli mi przełamać wstydliwy syndrom germanofobii. Jestem szczególnie wdzięczny wybitnemu historykowi amerykańskiemu Prof. Robertowi Darntonowi, który – sam naznaczony piętnem wojny – dał mi życiową radę: „Remi nie bądź rasistą”. Zdjął mi z oczu kataraktę i od tego czasu postrzegam Niemców jak ludzi, którym nie tylko można zaufać, ale z którymi zapewne uda się dokończyć jakże bolesne i trudne dzieło dekomunizacji i denazyfikacji obszarów byłego „Paktu warszawskiego”. Obecna pani kanclerz rodem z NRD może być idealnym partnerem w tym wielkim przedsięwzięciu. Wykorzystanie historycznej szansy doprowadzenia do realnego pojednania z Niemcami w duchu sławnego Listu Episkopatu polskiego jest w pewnym sensie obowiązkiem i – może być – ogromnym przywilejem, obecnego premiera Rządu RP. Interesy narodowe trzeba twardo i rozumnie negocjować – od tego są dyplomaci, natomiast szacunek i pojednanie między narodami muszą płynąć z potrzeby serca i wiary w dobro człowieka. Francuzi z Niemcami przełamali te bariery w czasach Kohla i Mitterranda – teraz czas na nas. Ma rację szef sejmowej komisji spraw zagranicznych Paweł Zalewski kiedy pisze, „że sojuszników warto mieć blisko”. Ostatnio pojawiły się spekulacje, że Francja i Niemcy ostro rywalizują o przywództwo w Europie. Spór ten, stale powracający w stosunkach dwustronnych obu państw, jest czymś pozornym, bowiem przymierze niemiecko-francuskie jest niezniszczalnym fundamentem Europy. Ani Niemcy, ani Francja nie mogą, każde z osobna, aspirować do roli mocarstwa światowego. Ich siła leży w zgranym tandemie. Polsce powinno – ze względu na Rosję – zależeć na trwałości tego przymierza. Rosja bowiem zawsze była silna słabością Zachodu. Największe zdobycze terytorialne władców Kremla przychodziły wówczas, gdy świat zachodni stawał w ogniu bratobójczych konfliktów. Jedną z podstawowych zasad polskiej racji stanu IV RP powinien być imperatyw godzenia, a nie pogłębiania podziałów na Zachodzie. Znakomite cechy integracyjne i mediacyjne Polaków (np. na Ukrainie, czy w skłóconej do niedawna Irlandii), powinno się szerzej wykorzystywać do pojednawczych inicjatyw w skali globalnej, również na kierunku rosyjskim. Czasy kiedy – zarzucał nam to Giedroyc – Polską rządziły dwie trumny, bezpowrotnie minęły. Ruszyliśmy mocno do przodu... Dobrze, że ktoś wreszcie ugryzł tego żubra! Autor jest historykiem literatury, krytykiem, tłumaczem. Autor około 150 rozpraw z zakresu literatury francuskiej, komparatystyki, historii idei. Specjalista od polityczno-kulturalnych i dyplomatycznych stosunków francusko-rosyjsko-polskich. Od 2005 jest dyrektorem Instytutu Romanistyki Uniwersytetu Warszawskiego
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL