fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Tajna policja polityczna-warunek spójności rosyjskiego państwa

Mikołaj Newrew „Oprycznicy przed carem Iwanem Groźnym”
Wikipedia
Od niemal pięciu stuleci Rosja miota się między dwiema koncepcjami swojej nowoczesności: modelem Iwana Groźnego i modelem Piotra Wielkiego
Oprycznina – formalnie działająca tylko przez około siedem lat – uważana jest raczej za zamknięty rozdział rosyjskiej historii, aniżeli początek trwającej po dziś dzień mrocznej tradycji państwa policyjnego. Iwan Groźny powołał ją w w roku 1565, w trakcie wojny inflanckiej, po ciosie, jakim było dla niego przejście na wrogą polsko-litewską stronę dowódcy wojsk moskiewskich, księcia Andrzeja Kurbskiego. W głowie cara narastało przekonanie o tym, że jest osamotniony, a bojarzy szykują przeciw niemu spisek, więc należy zastosować środki nadzwyczajne. Chodziło zatem o stworzenie formacji, która skutecznie przeprowadziłaby carską kontrofensywę w polityce wewnętrznej.

Ubrani w ciemne skromne szaty jeźdźcy z przymocowanymi do siodeł swoich koni głowami psów i miotłami (symbolicznie gryzący i zamiatający zdrajców cara) siali postrach nie tylko wśród bojarów, ale i całej ludności ziem moskiewskich. Byli wobec społeczeństwa na swój sposób wyobcowani. Słowo „oprycznik” w języku starorosyjskim oznacza człowieka wyodrębnionego, któremu się na wiele pozwala.
Funkcjonariusze tej ówczesnej policji politycznej rekrutowali się głównie z drobnej szlachty lub cudzoziemskich najemników, co już samo w sobie stawiało możnowładztwo w trudnym położeniu. Ich okrutne praktyki miały służyć wzmocnieniu pozycji cara Wszechrusi – Iwana IV Groźnego oraz jego skutecznej rozprawie z bojarami. Tak więc oprycznina sprzyjała tendencjom egalitarnym, była instytucją antyoligarchiczną.
Iwan Groźny jako reformator kraju wyprzedził zatem o niecałe dwa stulecia Piotra I Wielkiego – monarchę, który jest najbardziej kojarzony z rosyjskimi dążeniami ku nowoczesności. Poszedł tą samą drogą, jaką podążali w tamtym czasie inni władcy europejscy. Na Starym Kontynencie rodziła się nowożytna monarchia absolutna. Podejmowane były próby podporządkowania scentralizowanemu państwu władzy duchownej (sekularyzacja) oraz ograniczania przez to państwo przywilejów wyższych warstw społecznych. Iwan znalazł się w „awangardzie postępu”, która odczarowywała rzeczywistość z politycznych „przesądów” średniowiecznego feudalizmu.
W powyższym kontekście aż dziw bierze, że po czterech stuleciach oprycznina uchodzi za synonim tego wszystkiego, co oddziela Rosję od nowoczesnego świata.
Dzisiejszą opryczniną są z zachodniej liberalnej perspektywy rosyjskie służby specjalne, którym powszechnie przypisuje się istotny zakulisowy, a więc antydemokratyczny wpływ na politykę Moskwy. Towarzyszy temu na Zachodzie przekonanie o odmienności Rosji względem cywilizacji europejskiej. Takie zachodnie dogmaty polityczne, jak swobody obywatelskie, realny pluralizm partyjny, jawna cywilna kontrola nad siłowymi organami państwa, nie mieszczą się przecież w ramach rosyjskiej „demokracji suwerennej”, która de facto jest systemem odgórnie sterowanym o cechach autorytarnych.
[srodtytul]Mroczne oblicze opryczniny[/srodtytul]
Oprycznicy dopuszczali się nagminnie aktów bestialstwa: tortur, okrutnych mordów. Siali terror, kierując się zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Przemoc, jakiej używali w rozprawie z realnymi lub domniemanymi przeciwnikami cara, sięgała kobiet, dzieci, służących. Represje te jednak odbiły się na kondycji militarno-obronnej państwa moskiewskiego. Oprycznicy popadli w carską niełaskę po ataku w roku 1571 wojsk chana krymskiego Dewleta I Gireja, które dotarły do samej Moskwy, wywołując pożar miasta. Przerażony Iwan doszedł do wniosku, że w dramatycznym momencie oprycznicy go zawiedli. W roku 1572 formację tę rozwiązał.
Znany pisarz Władimir Sorokin pytany o fenomen opryczniny stwierdza: – To potworne zjawisko nie zostało jak do tej pory adekwatnie scharakteryzowane w literaturze rosyjskiej. Jest tylko jedna poruszająca tę problematykę powieść – „Książę Srebrny” Aleksieja Tołstoja. Reszta to lekkie ujęcia tematu. I rozumiem, dlaczego tak jest. Żeby bowiem opisać istotę opryczniny, potrzebujemy nowego markiza de Sade'a. Żadna cenzura by takiego opisu nie przepuściła. Zjawisko, które nie jest opisane, wymyka się wszelkim wyobrażeniom.
Sorokin jest autorem opublikowanej kilka lat temu powieści „Dzień oprycznika”. Akcja tego political fiction dzieje się w 2027 roku. Historia Rosji zatacza koło. Kraj od reszty świata, zdominowanego przez Chiny, odgradza wielki mur. Jedyne relacje międzynarodowe, jakie utrzymuje Rosja, to handel surowcami. Dziełami Tołstoja i Dostojewskiego pali się w piecu, do publicznego obiegu literatury dopuszczone są wyłącznie panegiryki na cześć monarchy. Bohaterem utworu jest Andriej Komiaga, funkcjonariusz opryczniny, która ponownie staje się filarem rosyjskiego reżimu.
– Z pewnością nie jest to powieść futurologiczna – wyjaśnia Sorokin. I dodaje: – Model państwa, jakie zbudował w połowie XVI wieku Iwan Groźny, nie zmienił się do chwili obecnej. Przez minione osiem lat prezydentury Putina dał on o sobie znać bardzo mocno. Współcześni oprycznicy rozbijają się mercedesami, korzystają z telefonów komórkowych, lecz moralność tego rodzaju ludzi nie uległa od pięciu wieków zmianie.
W mroczne oblicze opryczniny wkomponowuje się również film „Car” w reżyserii Pawła Łungina. To zupełnie inne ujęcie tematu niż słynny obraz Siergieja Eisensteina „Iwan Groźny” z roku 1944, stanowiący poniekąd alegoryczne uzasadnienie stalinowskiej dyktatury. Superprodukcja z roku 2009 przedstawia konflikt Iwana z metropolitą moskiewskim Filipem II. Ów mnich, prawosławny święty, zginął męczeńską śmiercią uduszony przez oprycznika Skuratowa Malutę za sprzeciwianie się woli tyrana przejawiającej się chociażby w zbrodniach popełnianych na zasłużonych dla ojczyzny bojarach.
[srodtytul]Ratunkiem jest prawosławie[/srodtytul]
Łunginowski Iwan Groźny szuka usprawiedliwienia dla swoich działań, mówiąc: „Może jako człowiek jestem grzesznikiem, ale jako car mam rację”. Następuje tu kolizja – by odwołać się do terminologii Maksa Webera – etyki przekonań z etyką odpowiedzialności. Władca w poczuciu (niech będzie, że złudnym) odpowiedzialności za państwo zawiesza wyrastające z religii wartości moralne. „Cel uświęca środki” – klasyczna fraza Macchiavellego realizuje się w rządach Iwana. Dokonuje się to zgodnie z modernizacyjną tendencją emancypacji polityki od religii.
„Car” wpisuje się w pewną historiozoficzną wizję, którą reżyser lansuje i w innych swoich obrazach. Dwie dekady temu Łungin, rosyjski inteligent pochodzenia żydowskiego, nakręcił „Taxi Blues” i „Luna Park” – filmy będące wyrazem strachu przed anarchizacją i rozkładem sowieckiego społeczeństwa schyłku pieriestrojki. Zwykli Rosjanie są w nich przedstawieni jako niezdolni się odnaleźć wobec tempa gwałtownych przemian, ulegający nastrojom ksenofobicznym, brutalni troglodyci. Z tym że reżyser nie tyle ich piętnuje czy potępia (taksówkarza Iwana i przywódcę gangu Czyścicieli Andrieja traktuje nawet z wyrozumiałością), ile raczej usiłuje zgłębić historyczne zjawisko, którego jest świadkiem.
Po nawróceniu na prawosławie Łungin nadal nie szczędzi krytyki Rosji. Tak jest w przypadku głośnego w Polsce obrazu „Wyspa” z roku 2006. Pielgrzymi przybywający z rozmaitymi sprawami (chociażby z osobliwą prośbą... o błogosławieństwo dla aborcji) do jurodiwego ojca Anatolija to ofiary duchowego oraz moralnego spustoszenia, jakie przyniósł realny komunizm. Ratunkiem dla Rosji jest chrześcijaństwo. Podobną wymowę ma „Car”. Rządy silnej carskiej ręki nie są w stanie uczynić z Rosjan ludzi cywilizowanych. Nic tu nie wskóra żadna modernizacja, nawet modernizacja narzędzi tortur. Może to uczynić jedynie Cerkiew.
Łungin w „Carze” kontestuje dziedzictwo przejętego z Bizancjum rosyjskiego cezaropapizmu jako paliwa dla nowożytnych rosyjskich tyranii. Polityczny prymat tronu nad ołtarzem – sugeruje twórca filmu – stawia Cerkiew w kłopotliwej sytuacji, ponieważ chrześcijanie mają obowiązek sprzeciwiać się władzy pomazańca Bożego, jeśli tylko przekracza on prawo Boże.
Znamienne wydaje się to, co podkreśla Lew Gudkow, socjolog, dyrektor niezależnego ośrodka badań opinii społecznej Centrum Lewady: – „Car” spotkał się z negatywnymi opiniami płynącymi ze strony Cerkwi. Natomiast elita polityczna praktycznie nie zareagowała na film. Ogólnie został on słabo przyjęty, a nawet po prostu go przemilczano.
Potwierdzeniem słów Gudkowa jest opinia księdza Wsiewołoda Czaplina, przewodniczącego Synodalnego Wydziału do spraw Kontaktów Cerkwi ze Społeczeństwem. Metropolita Filip – uważa on – został w filmie Łungina przedstawiony nie jak święty, lecz jak bohater świecki – dysydent czasów sowieckich, pacyfista i humanista.
[srodtytul]Przeciw globalnym czekistom[/srodtytul]
Iwan Groźny ma we współczesnej Rosji także swoich apologetów, i to wśród czołowych intelektualistów. Zaliczyć do nich można zmarłego w roku 2003 filozofa politycznego Aleksandra Panarina. Dla niego okres opryczniny to klucz do zrozumienia polityki rosyjskiej. Wedle formułowanej przez Panarina idei rosyjskiej głównym oponentem państwa jest możnowładztwo. Chce się ono wymknąć spod kontroli państwa i narzucić całej zbiorowości podwójne standardy, co zagraża jedności kraju oraz suwerenności władzy. Odpowiedzią na to jest samodzierżawie – car szuka oparcia dla swoich rządów w niższych warstwach społecznych, aby zahamować samowolę możnowładztwa. Czcigodny car i czcigodny lud – oto dwa święte bieguny idei rosyjskiej, między które wpycha się element trzeci, bojarski, dążący do zerwania więzi łączącej cara z ludem.
Tropem Panarina poszli, chcąc nie chcąc, uczestnicy debaty zorganizowanej w tym roku przez moskiewski think tank Instytut Dynamicznego Konserwatyzmu. Socjolog Andriej Fursow w swoim wystąpieniu stwierdził, że policja polityczna Iwana Groźnego to szczególnie załgany fragment dziejów Rosji, o czym świadczy również film „Car”. W porównaniu z innymi mającymi krew na rękach XVI-wiecznymi władcami europejskimi (Karol IX Walezjusz, Henryk VIII, Elżbieta I) Iwan zachowywał się dość umiarkowanie. Oczywiście, jak w przypadku każdych specsłużb, w opryczninie trafiali się łajdacy, ale nie w tym tkwi sedno sprawy. Chodzi bowiem o to, że polityka ma swoje wymagania. Ktoś musi się podejmować zadań specjalnych, tak jak słynąca z czerwonego terroru Czeka, zwana też czerezwyczajką.
Już sama nazwa „czerezwyczajka” oznacza organizację, która ma się zajmować sytuacjami nadzwyczajnymi. Fursow nawiązuje tu – świadomie lub nie – do koncepcji Carla Schmitta: polityka to sfera permanentnego stanu wyjątkowego, gdzie o wszystkim decydują niedające się przewidzieć czynniki wykraczające poza powszechnie przyjęte reguły gry. Stąd zapotrzebowanie na opryczninę i jej spadkobierców: gwardię Piotra Wielkiego, Czeka, GPU.
Zresztą Rosja – uważa Fursow – nie wyróżnia się na tle innych krajów jakąś znaczącą rolą specsłużb w życiu politycznym. Działania NATO w Jugosławii czy Afganistanie świadczą o istnieniu globalnej czerezwyczajki. Przeciwstawić jej się powinna rosyjska nowa oprycznina strzegąca interesu swojego państwa. Zasadniczym problemem rosyjskiej historii pozostaje – zdaniem Fursowa – to, czy rodzime specsłużby działają na rzecz sojuszu państwa z ludem przeciw oligarchii i elementom obcym (Iwan Groźny, Stalin) czy sojuszu państwa z oligarchią i elementami obcymi (między innymi w celu kulturowej denacjonalizacji Rosji) przeciw ludowi (Piotr Wielki, Lenin, Gorbaczow).
Inny uczestnik debaty w Instytucie Dynamicznego Konserwatyzmu (jego skądinąd dyrektor), pisarz i publicysta Witalij Awerianow (autor wystąpienia pod wymownym tytułem „Opricznina – modernizacija po-russki”), zmierzył się z kwestią podobieństw między czasami Iwana Groźnego a XXI stuleciem. Według niego element bojarski wciela się dziś w elitę kremlowską oraz partię władzy Jedna Rosja. Polityczny establishment, wbrew rzucanym konserwatywnym i patriotycznym sloganom, zachowuje się defensywnie. Obsługując interesy oligarchów, kontynuuje właściwie linię Jelcyna. Putinowski reżim nie ma więc z rządami Iwana i opryczniną nic wspólnego.
Awerianow słusznie przywiązuje wagę do znaczącej roli oligarchów w rosyjskiej polityce. Myli się natomiast, twierdząc, że współudziału w rządzeniu nie mają rodzime specsłużby. Nowi oprycznicy (z ich środowiska wywodzi się Putin) zawarli sojusz z tą częścią nowych bojarów, która się zgodziła na współpracę z nimi (Michaił Chodorkowski się nie zgodził, więc ponosi tego konsekwencje). Gdyby przyjąć podejście Fursowa, to oznaczałoby to, że mamy do czynienia z modelem Piotra Wielkiego: sojusz państwa z oligarchią i elementami obcymi przeciw ludowi.
Towarzyszy temu jednak przekaz propagandowy wskazujący na coś innego: żadnego sojuszu władzy politycznej z oligarchami nie ma, a prezydent i premier to dobrzy gospodarze zatroskani losem zwykłych obywateli i stawiający się w oczach opinii w opozycji do nadużywających swoich możliwości oligarchów, biurokratów oraz elementów obcych. Koniunktura ekonomiczna pierwszej dekady XXI wieku (aż do kryzysu ostatnich dwóch lat) sprzyjała takiej propagandzie – lud można było kupować tym, co państwo zarobiło na sprzedaży ropy naftowej i gazu.
Tak więc od niemal pięciu stuleci Rosja miota się między dwoma zasadniczymi modelami swojej nowoczesności: modelem Iwana Groźnego i modelem Piotra Wielkiego. W obu przypadkach odradzająca się oprycznina odgrywa kluczową rolę w procesie swoistej modernizacji. Mamy tu jednak do czynienia z hybrydalną, eurazjatycką kulturą polityczną, która ukształtowała się w wyniku spotkania ze Złotą Ordą. Znajdujące się niegdyś pod jarzmem tatarsko-mongolskim rozległe tereny dzisiejszej Rosji są niepodatne na to, co chce im zaserwować liberalny Zachód.
Wysiłki na rzecz poddania Rosji zachodnim, liberalnym standardom skazane są zatem na klęskę. Poszukiwanie alternatywnej ścieżki rozwoju Rosji musi być motywowane czymś innym aniżeli chęcią doszlusowania tego kraju do wolnego świata. Rosja potrzebuje nie modernizacji, lecz odzyskania swojej europejskiej tożsamości. Rosjanie powinni uruchomić rodzime przednowoczesne zasoby, o ile gdzieś się one jeszcze zachowały. Takim zasobem mogłaby być tradycja nowogrodzkiej Republiki Bojarskiej. Nowogród Wielki stanowił demokrację szlachecką, którą zlikwidował – zdobywając go w roku 1478 w ramach jednoczenia ziem ruskich – wielki książę moskiewski Iwan III Srogi. Z kolei Iwan Groźny miasto to oskarżył o zdradę na rzecz Litwy. W latach 1569 – 1570 Nowogród został zmasakrowany przez ekspedycję karną opryczników. Całej akcji sprzeciwiał się metropolita Filip. To wydarzenie ma rangę symboliczną. Kultura polityczna Republiki Bojarskiej łączyła Ruś z Europą, a ówczesne prawosławie nie było jeszcze skażone nowożytnym rosyjskim cezaropapizmem.
[srodtytul]Szansa w rozpadzie[/srodtytul]
Z nawiązaniem do tradycji Nowogrodu łączy się szansa dla Rosji, jaką mógłby być... jej rozpad. Mówią o tym obecnie rosyjscy liberalni intelektualiści: Władimir Bukowski i Lilia Szewcowa, którzy akurat w tej kwestii zdają się wybiegać poza importowane z Zachodu, niemające szans realizacji projekty ideowe. To ma być ciąg dalszy tego, co się zaczęło w roku 1991. Chodzi o odłączenie od Rosji między innymi Tatarstanu, Baszkirii, republik północnokaukaskich, a także o autonomizację poszczególnych rdzennie rosyjskich regionów kraju.
Taka radykalna decentralizacja może paradoksalnie ułatwić współpracę między powstałymi w rezultacie zmian nowymi podmiotami. Filozof Wadim Sztepa wyjaśnia to następująco: – Między poszczególnymi regionami kraju nie będzie sensu stawiać ani drutów kolczastych, ani posterunków granicznych. Ludzie nie chcą już cedować władzy na Moskwę, która umie tylko wypompowywać zewsząd bogactwa i rozkazywać.
Takie spojrzenie może się oczywiście dziś jak najbardziej jawić jako utopijna tęsknota za bezpowrotną przeszłością. Niemniej jednak woda drąży skałę. Kiedyś przecież w końcu wymrą duchowni będący w przeszłości na służbie KGB. Wtedy – wyobraźmy sobie taki scenariusz – kolejne młode pokolenia hierarchów cerkiewnych uznają, że chrześcijaństwo to nie tylko głos sprzeciwu wobec zachodniej „cywilizacji śmierci”, ale i wobec nadużyć rodzimej władzy politycznej. Wówczas prawosławie zacznie też sprzyjać radykalnej decentralizacji. Chodzi przecież nie o jakieś importowane projekty inżynierii społecznej, lecz o rdzenne, chociaż zapomniane, tradycje. Być może tylko to jest skutecznym sposobem na przezwyciężenie dziedzictwa opryczniny.
[i]Autor jest dziennikarzem i publicystą, autorem książki „Słudzy i wrogowie imperium. Rosyjskie rozmowy o końcu historii” (2009). W latach 2006 – 2010 był współpracownikiem „Europy” (ostatnio comiesięcznego magazynu „Newsweeka”).[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA