fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Białoruś-Rosja: ostra wojna informacyjna

Mamy do czynienia z prawdziwym apogeum rosyjsko-białoruskiej wojny informacyjnej. Czyżby Moskwa rozpoczęła operację „następca Łukaszenki”?
Rozbieżności na linii Mińsk – Moskwa pojawiały się od dawna. Ich podtekst był prosty: w zamian za rozmaite koncesje gospodarcze wobec Białorusi, np. tańszy gaz i ropę, Rosjanie domagali się ustępstw politycznych i udziału w prywatyzacji kluczowych białoruskich przedsiębiorstw. Prezydent Aleksander Łukaszenko twierdził, że budowa Związku Białorusi i Rosji musi nieść ze sobą przywileje dla jego kraju. Rosyjscy przywódcy dowodzili zaś, że nie ma powodów do bezterminowego subwencjonowania Białorusi.
Spór więc istniał od dawna, ale tak ostrej wzajemnej krytyki, jaka miała miejsce ostatnio, dotąd nie było. Zaczęło się od serii filmów „Baćka chrzestny” („Baćka” – Ojczulek – tak bywa nazywany Łukaszenko) w rosyjskiej telewizji. Miliony Rosjan usłyszały szokujące oskarżenia: że na polecenie Łukaszenki porywano niewygodnych opozycjonistów, że on i jego rodzina czerpią gigantyczne korzyści finansowe z urzędu prezydenckiego, a wreszcie, że białoruski przywódca jest chory psychicznie.
Ponieważ zimą na Białorusi odbędą się wybory prezydenckie, filmy te odczytano jako wyraźny sygnał, że Moskwa przestała popierać Łukaszenkę. A może nawet, że rozpoczęła „operację następca”, czyli akcję usunięcia Aleksandra Grigoriewicza i osadzenia na jego miejsce kogoś bardziej skorego do współpracy. Co prawda szef białoruskiego państwa ma tak silną pozycję, że najbliższe wybory wygra na pewno, ale – zastanawiali się komentatorzy i politolodzy – niewykluczone, że Rosjanie mają cel długofalowy. Na przykład odsunięcie Łukaszenki od władzy podczas kolejnych wyborów.
Kilka dni temu doszło do zagadkowego ataku terrorystycznego. Nieznani sprawcy obrzucili rosyjską ambasadę w Mińsku koktajlami Mołotowa. W efekcie spłonął stojący koło ambasady samochód, ale nikomu nic się nie stało. Wydawało się, że białoruskie władze oskarżą o atak opozycję (opozycyjna Partia BNF wystąpiła właśnie z antyrosyjskim apelem), co byłoby działaniem typowym i oczywistym. Łukaszenko obwinił jednak... Moskwę. – Jeden, drugi i trzeci atak w mediach. Nacisk gospodarczy. Nie ma efektów, więc trzeba szukać innych metod. To interesujący trop. Będziemy nad nim pracować – mówił.
A białoruska telewizja nadała materiał pokazujący, jak to rosyjski premier Władimir Putin jechał samochodem marki Łada Kalina na trasie Czyta – Chabarowsk. Rzekomo samotnie, a faktycznie w asyście setki zagranicznych samochodów z ochroniarzami i dwóch zapasowych ład. Putina wyśmiano, co jest rzeczą bez precedensu w białoruskich mediach państwowych.
Wojna medialna więc trwa, tyle że Łukaszence Rosja jest bardzo potrzebna, podobnie jak Putinowi i prezydentowi Dmitrijowi Miedwiediewowi potrzebna jest Białoruś. Łukaszenko ma niewielkie pole manewru, bo oprócz Rosji nie ma na kogo liczyć. Świeżo pozyskany sojusznik, jakim jest daleka Wenezuela, nie udzieli mu przecież wystarczającego wsparcia. O tym doskonale wiedzą także na Kremlu. Może więc jednak „operacja następca” rzeczywiście się rozpoczęła. I to wcale nie z takim odległym horyzontem czasowym.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA