fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Między colą a pepsi

Piotr Gursztyn
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Jędrzej Bielecki
Czym Kaczyński różni się od Platformy, „a nawet dawnej Unii Demokratycznej"? Nikt mi nie wybaczy bluźnierstwa, ale twierdzę, że nie różni się prawie niczym. Ze swoimi poglądami zmieściłby się w obu ugrupowaniach – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/blog/2010/05/26/piotr-gursztyn-miedzy-cola-a-pepsi/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b][/wyimek]
Jeśli Jarosław Kaczyński się zmienił, to czym różni się od Unii Demokratycznej i Platformy Obywatelskiej? Takie pytanie stawiają różni publicyści znani ze specyficznie pojętego obiektywizmu wobec nielubianych przez siebie polityków.
Jeden z nich (niech Google podpowie, kto) pytanie postawił tak: "Jeśli jednak prezes PiS rzeczywiście zrezygnował z radykalnych pomysłów politycznych, pogodził się z realiami III RP, polubił rynek i pluralizm poglądów, to właściwie jaki jest jego polityczny program? Czym się różni od Platformy Obywatelskiej, a nawet dawnej Unii Demokratycznej? I czy jest pewien, że jego liczni zwolennicy za nim podążają?".
Inny dodaje: "Teraz pojawia się pytanie: po co wybierać podróbkę – Kaczyńskiego, który mówi jak Komorowski?".
Zostawmy na boku kwestię, czy najwierniejsi wyborcy podążą za zmienionym Kaczyńskim. Obstawiam, że podążą. Bo za kim innym by mieli? Wybory to nie supermarket z szeroką ofertą wielu równie atrakcyjnych kandydatów.
Cytowani autorzy z czym innym jednak mają problem, bo przecież nie martwią się o wynik wyborczy prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Martwią się o coś zupełnie innego – że część wyborców zwanych centrowymi wybierze nową wersję Kaczyńskiego. Wmawiają mu nieskuteczność w myśl pewnej starej zasady, że najlepiej zacząć zwalczanie wroga od zarzucenia mu nieudolności.
[srodtytul]Przypadkowe wybory [/srodtytul]
Ale mnie intryguje co innego. Czym Kaczyński różni się od Platformy, "a nawet dawnej Unii Demokratycznej"? Nikt mi zapewne nie wybaczy tego bluźnierstwa, ale twierdzę, że nie różni się prawie niczym. Ze swoimi poglądami zmieściłby się w obu ugrupowaniach, tak jak pod jego skrzydłami mieszczą się ludzie pasujący do tamtych "szacownych" partii.
Kaczyński jest tak różny od swoich przeciwników jak lewicowi republikanie i prawicowi demokraci, jak SPD i CDU, laburzyści Blaira i konserwatyści Camerona. Jak różnią się między sobą młodzi posłowie PiS, Platformy i SLD.
Tylko przypadek, los – zły albo szczęśliwy – i osobiste anse zadecydowały, że polscy politycy znaleźli się w tych partiach, a nie w innych. Niewielu pamięta, że środowisko gdańskich liberałów z Donaldem Tuskiem uczestniczyło przez pewien czas w tworzeniu Porozumienia Centrum. Razem z obu braćmi dzielnie wspierało kandydaturę Lecha Wałęsy. A dzisiaj obecny premier mówi, że Tadeusz Mazowiecki jest jego najważniejszym mentorem.
W 1989 roku obaj bracia Kaczyńscy aktywnie uczestniczyli w obradach Okrągłego Stołu, a Bronisław Komorowski i Antoni Macierewicz to kontestowali. Elżbieta Jakubiak z PiS swoje zawodowe życie zaczynała w Klubie Poselskim KLD, a Lechowi Kaczyńskiemu rekomendował ją Jacek Taylor (związany z Unią Demokratyczną). Pierwszą partią Sławomira Nitrasa z PO było Porozumienie Centrum – a niedawno chwalił się on posiadaniem jakiejś książki z dedykacją "samego Jarosława". W Ruchu Stu działali Paweł Graś z PO i Paweł Poncyljusz z PiS. Ten pierwszy przewinął się też przez Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, czyli tak jak Tadeusz Cymański.
Galeria byłaby niepełna, gdybyśmy zapomnieli o Stefanie Niesiołowskim. Ten autor barwnych wypowiedzi o Platformie ("PO najprawdopodobniej skończy tak jak wszystkie ruchy, które spaja jedynie cynizm, hipokryzja i konformizm"; mocna jest też ta, w której nazywa swoją obecną partię "elegancko opakowaną wersją tymińszczyzny") kiedyś chciał wstąpić do PiS. Przez moment tworzył nawet małą partyjkę ze Zbigniewem Romaszewskim. Ale wolał należeć do dużej partii. Cóż, nie chciał go Jarosław Kaczyński, a przyjęła Platforma. Kaczyński musi więc dziś zapłacić za odrzucone zaloty.
Listę można ciągnąć dalej. Ale ta wyliczanka ma służyć czemuś więcej niż tylko gorszeniu partyjnych bigotów. Ma pokazać, jak niewielką rolę pełnią różnice światopoglądowe i programowe. Chcemy czy nie – mają one we współczesnej polskiej polityce znaczenie drugorzędne.
Jeśli Niesiołowski i Romaszewski tworzyli partię o nazwie "Suwerenność-Praca-Sprawiedliwość", to znaczy, że mieli podobne poglądy w tych trzech kwestiach. Było to zaledwie pięć lat temu. Aż tak wiele od tego czasu chyba się nie zmieniło.
Różnice między naszymi politykami można porównać do różnicy między coca-colą a pepsi-colą, big-makiem a whooperem. Ponoć jakieś są – ale bardziej przyjmujemy to na wiarę niż na podstawie własnego doświadczenia. Dla przyjęcia tej wiary potrzebne są wyraziste etykiety i coś, co nazywane jest agresywną kampanią reklamową. To jest zasadniczy czynnik rządzący polską debatą po 1989 roku. Zapewne zaczęło się od kampanii prezydenckiej 1990 roku i próby zdyskredytowania Lecha Wałęsy. To modelowy przykład.
Przez lata Wałęsa był despotą psującym demokrację i uosobieniem politycznego obciachu, by ostatnio stać się duchowym przywódcą narodu. Jednocześnie to modelowy przykład kolejnego nakładającego się mechanizmu. Mowa o oportunizmie. Transformacja, a właściwie rebranding, Wałęsy nie była przecież wynikiem głębszej myśli, np. o tym, jak państwo i naród powinny czcić swoich bohaterów.
[srodtytul]Historia oportunizmu [/srodtytul]
Oportunizm to zresztą kolejna rzecz niwelująca różnice między konkurującymi ze sobą graczami. Etatysta Kaczyński obniżał podatki, bo mógł. Liberalna Platforma nie obniża, bo nie może. PO za to będzie musiała ograniczać święte prawo własności, aby skutecznie budować urządzenia hydrotechniczne. Kaczyński nie musiał, więc nie dybał na owo święte prawo. A ponoć pogarda dla własności jest stałą cechą jego światopoglądu.
Większość konfliktów politycznych jest historią oportunizmu. IPN? Lustracja? Dekomunizacja? Owszem, każdy polityk ma tu wyrobione poglądy, ale mało kto był nie dość elastyczny, aby nie wykonać jakiejś wolty czy ustępstwa. Symboliczne jest, że w 2005 roku kandydatem PiS na szefa IPN był Bogdan Borusewicz, a Platformy śp. Janusz Kurtyka.
W zeszłej kadencji Sejmu nową ustawę lustracyjną pisali posłowie uważani za jastrzębi swoich partii: Zbigniew Girzyński z PiS i śp. Sebastian Karpiniuk z PO. Wspólna praca zbliżyła obu panów na tyle, że prywatnie się zaprzyjaźnili. Później jednak partyjne wierchuszki otrąbiły przeformowanie szyków, więc obaj, prywatnie pielęgnując przyjaźń, na forum publicznym karnie zaczęli się okładać. Zgodnie z obowiązującym rytuałem stosunków między PO a PiS.
Historia innej przyjaźni jeszcze lepiej oddaje istotę problemu. Jesienią 2005 r. eurodeputowany PiS Konrad Szymański miał żal do swojego przyjaciela z PO Rafała Grupińskiego, że niweczy szanse przyszłego porozumienia, doradzając liderom Platformy eksponowanie dzielących obie partie różnic. Na co Grupiński, jeden z najinteligentniejszych członków PO, odpowiedział krótko: "My musimy się różnić. Inaczej nie wygramy".
[srodtytul]Przesądy elity [/srodtytul]
Ale czym mają się różnić partie, których połowa członków tylko przez przypadek nie znalazła się w przeciwnych szeregach? Tylko emocjami i histerią. Wiarą, że obaj Kaczyńscy są niebezpiecznymi, kompromitującymi Polskę psychopatami. Wiarą w to, że człowiek niski, za to z bratem bliźniakiem, nie może być prezydentem. Albo że jako jedyny spośród polskich polityków nie zna żadnego języka obcego. Bo cała reszta oczywiście włada nimi śpiewająco.
Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że i po drugiej stronie wytworzyła się masa podobnych przekonań – jak choćby to, że wojenne losy dziadka Donalda Tuska determinują całą linię polityczną obecnego premiera. Który poza tym jest ryży, więc też go to dyskwalifikuje.
Nikt chyba nie nazwał tego sposobu oceny jakości polityków przesądem. A lepszej nazwy na to zjawisko nie ma – mimo to, że gorącymi wyznawcami i głosicielami tegoż są ludzie uważający się za elitę. Satyryk Marek Majewski, autor zupełnie przejrzystej aluzji o psychopatach, nie jest przecież uchylającym się od pracy lumpem. A to tylko jeden z wielu przykładów.
Konkluzją jednak musi być stwierdzenie, że to, co zabójcze dla demokratycznej debaty, nie musi być niewygodne dla sporej części świata polityki. Dyskredytacja, przy pobłażliwym stanowisku wpływowej części mediów, jest skuteczną bronią. Nic więc tu się nie zmieni. Jeśli już, to na gorsze. I to niezależnie od deklaracji wygłaszanych po 10 kwietnia.
Z tego powodu Jarosław Kaczyński broni się przed dyskredytacją. Nie mam tyle odwagi co inni publicyści, by wyrokować, czy przemiana w jego zachowaniu jest prawdziwa czy fałszywa. Nie wiem, nie siedzę w jego głowie.
Widzę za to, że prezes PiS pilnuje się, aby nie dać się złapać za jakąś niemądrą wypowiedź. Ponieważ na razie mu się udawało, za myślozbrodnie piętnowani są jacyś anonimowi uczestnicy PiS-owskich wieców. Pars pro toto. Skoro Kaczyński nie mówi nic głupiego, a mówi to popierający go rolnik spod Raciąża, to znaczy, że mamy dowód, iż prezes się nie zmienił.
A wyborcy, i to po obu stronach, doskonale to rozumieją. Wszak – co kiedyś opisał już Marek Migalski – głosują nie portfelem, ale kierując się emocjami.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA