fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Trudny wybór Platformy

Zrazu cicha i dyskretna, rywalizacja pomiędzy Sikorskim i Komorowskim w ostatnich dniach staje się coraz mniej subtelna. Na zdjęciu Radosław Sikorski i Bronisław Komorowski jeszcze harmonijnie współpracujący, marzec 2008 r.
Fotorzepa, Roman Bosiacki Roman Bosiacki
W trakcie kampanii wymagane są nieco inne cechy niż w dyplomacji. Bronisław Komorowski znacznie łatwiej może uchodzić za „swojego chłopa” niż Sikorski ożeniony z członkinią amerykańskiego establishmentu, posiadacz prywatnej rezydencji i wielbiciel luksusu – pisze publicysta
Po rezygnacji Donalda Tuska z kandydowania na prezydenta w Platformie rozpoczęła się rywalizacja o przejęcie nominacji. Biorą w niej udział dwaj niemal już oficjalni kandydaci na kandydata: Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski. Zrazu cicha i dyskretna, rywalizacja ta w ostatnich kilkunastu dniach staje się coraz bardziej hałaśliwa i coraz mniej subtelna. Pozornie wszystko odbywa się w atmosferze wzajemnego szacunku i elegancji ze strony konkurentów, jednak kolejne wypowiedzi zwolenników jednego lub drugiego kandydata wskazują, że kopanie się po kostkach zaczęło się na całego. I będzie coraz ostrzej, skoro PO rozważa formę prawyborów. A nie ma innego sposobu na dotarcie do większości terenowych działaczy (niezależnie od tego, od jakiego szczebla możliwy będzie udział w głosowaniu) niż wypowiedzi w mediach. Za moment może się więc rozpocząć prawdziwa walka buldogów pod dywanem.
[srodtytul]Przewaga na szczeblu lokalnym[/srodtytul]
Generalnie jednak prawybory byłyby dobrą wiadomością dla Bronisława Komorowskiego. Sympatie wewnątrz PO wydają się bowiem dość jednoznaczne: to on jest faworytem członków i posłów Platformy. On też byłby bezpieczniejszym kandydatem dla Donalda Tuska i jego ugrupowania. Bo przecież nie chodzi tu o to, kto byłby lepszym prezydentem, ale o to, kto ma większe szanse wygrać z Lechem Kaczyńskim i kto będzie miał mniejszą możliwość tworzenia własnego politycznego środowiska i ewentualnego zniweczenia planu lidera PO, aby ubiegać się o prezydenturę w roku 2015.
Komorowski nie od wczoraj sygnalizuje, że ma własne ambicje polityczne, sięgające wysoko. Jest w tym z pewnością trochę próżności – w kuluarach krążą opowieści o tym, jak po początkowym okresie frustracji polubił prestiż związany z pełnieniem funkcji marszałka Sejmu. Jako prezydentowi Komorowskiemu znacznie łatwiej niż Sikorskiemu byłoby zmontować własne zaplecze polityczne i ewentualnie doprowadzić do pęknięcia w Platformie, choć nie jest powiedziane, że koniecznie chciałby z tej możliwości skorzystać. Jest działaczem tej partii o dłuższym stażu, miał znacznie więcej czasu na kultywowanie kontaktów, w tym – co niezwykle istotne – również na lokalnym szczeblu.
To umiejętność, której Sikorski nie posiada. Dla lokalnych działaczy PO jest ciałem całkowicie obcym, a na centralnym szczeblu wciąż funkcjonuje raczej jako wolny elektron. Jednak w razie prawyborów ów brak wsparcia na poziomie lokalnym stawia Sikorskiego od razu na gorszej pozycji. Oznacza to również, że gdyby to Sikorski miał dostać nominację, mogłyby się pojawić problemy ze wspieraniem jego kampanii w terenie. Co miałoby skłonić działaczy PO z Podkarpacia czy Pomorza, aby zaangażować się w batalię kandydata, który nigdy nie uścisnął im ręki i nie zaszczycił obecnością na lokalnych uroczystościach, a jego głównym zajęciem jest brylowanie na salonach?
Ważne są także cechy charakterologiczne i osobowościowe obu konkurentów. Tu przewaga Komorowskiego jest wyraźna. Marszałek Sejmu jest dojrzałym, opanowanym politykiem o grubej skórze. Trudno wyprowadzić go z równowagi, a jego relacje z przeciwnikami politycznymi nie są nacechowane niezdrowymi emocjami. W sensie wizerunkowym jest przewidywalny i z jego strony niespodzianek nie należy się spodziewać.
[srodtytul]Fanatyczny neofita[/srodtytul]
Sikorski wielokrotnie atakował Lecha Kaczyńskiego za nadwrażliwość na swoim punkcie i podkreślał, że prezydent powinien być spokojnym arbitrem. Wątpliwe jednak, żeby sam był w stanie taką rolę spełniać. Szef MSZ sam ma problem z przewrażliwieniem na własnym punkcie, a w sytuacji gdy do władzy doszedłby PiS, trudno wyobrazić go sobie w roli nieemocjonującej się, ponadpartyjnej głowy państwa, czego tak bardzo domaga się od obecnego prezydenta. Wielu publicystów może opowiedzieć o wielokrotnych interwencjach ministra w związku z ich tekstami, zarzucając im złe zrozumienie jego intencji, niesprawiedliwe oceny czy złośliwość. Nie ma powodu sądzić, że jako prezydent nie wdawałby się w podobne drobiazgowe polemiki, czy to z dziennikarzami, czy z innymi politykami – jak choćby ostatnio z Elżbietą Jakubiak z PiS.
Za Sikorskim ciągnie się ponadto opinia, że jest dużym chłopcem, że bywa ekstrawagancki. W gazetach co jakiś czas pojawiają się fotografie ministra spraw zagranicznych w pilotce na motocyklu. Niejednokrotnie na cel brała ministra także prasa kolorowa, wytykając mu upodobanie do luksusu czy nadmierną skłonność do korzystania z przywilejów. Wszystko to może być atrakcyjne, gdy mówimy o polityku celebrycie, ale już znacznie mniej, gdy taki polityk ma być kandydatem na prezydenta.
Jest wreszcie problem, o którym wspomniała Elżbieta Jakubiak – kwestia lojalności. Nie chodzi tu nawet o to, że Sikorski przeszedł z PiS (a dokładnie: z Klubu PiS, bo członkiem partii nie był) do Platformy. Chodzi o styl, w jakim to zrobił. W warunkach ostrego konfliktu politycznego nie tylko dokonał zmiany obozu politycznego, ale też uznał, iż natychmiast musi gorliwie udowodnić swoją lojalność wobec nowych przywódców. Stąd jego pamiętna wypowiedź o dorzynaniu watahy czy też pomstowanie na „karły moralne”, czyli historyków, którzy ośmielają się odbrązawiać postać Lecha Wałęsy. Stąd też jego powtarzające się co jakiś czas – ostatnio jakby częściej – żenujące, wiernopoddańcze wypowiedzi pod adresem Donalda Tuska. Wśród działaczy PO taki fanatyczny neofityzm może budzić nieufność, ponieważ wydaje się mocno przesadzony i sztuczny. Postawę Sikorskiego warto porównać z zachowaniem innych polityków, którym przyszło zmienić obóz, takich jak choćby Antoni Mężydło. Owszem, pozycja Mężydły jest bez porównania bardziej marginalna, ale nawet biorąc na to poprawkę, jego niezależne sądy i pewien dystans są o wiele bardziej naturalne niż powtarzające się piosenki na chwałę „prezesa naszego klubu” w wykonaniu Sikorskiego. Wątpliwe zresztą, by te przejawy lojalności w duchu Barejowskiego „Misia” przemawiały szczególnie do Donalda Tuska.
[srodtytul]Polacy lubią zwyczajność[/srodtytul]
Dziś w wywiadach Sikorski deklaruje, że jako prezydent byłby jedynie dyskretnym uzupełnieniem lidera Platformy. Owszem, Sikorski nie byłby zapewne w stanie zmontować wokół Pałacu Prezydenckiego środowiska politycznego mogącego być konkurencją dla dworu Tuska. Nie znaczy to jednak, że nie zacząłby nagle występować ze swoimi ekstrawaganckimi pomysłami z dziedziny stosunków zagranicznych, jak choćby przyjęcia Rosji do NATO, stwarzając rządowi poważne problemy.
Sikorski ma jednak poważny atut dający mu przewagę nad Komorowskim: wyniki sondaży opinii publicznej, na które coraz częściej się powołuje. Jego popularność jest łatwa do wyjaśnienia: w polityce zagranicznej nietrudno błyszczeć. To dziedzina, której skutków opinia publiczna bezpośrednio nie odczuwa w żaden sposób, nie jest w stanie na ogół ocenić skomplikowanych sporów o „politykę jagiellońską” i „politykę piastowską”, widzi natomiast elegancko ubranego ministra w otoczeniu głów państw i szefów dyplomacji. Stanowisko marszałka Sejmu nie tylko nie daje takiej przewagi, ale przeciwnie – jest w jakimś stopniu obciążone fatalnymi ocenami Sejmu jako całości.
Tu jednak sprawa też nie jest tak oczywista. Sikorski może mieć wielkie poparcie jako minister spraw zagranicznych, nie jest jednak powiedziane, że przełoży się to bezpośrednio na wynik wyborczy. W trakcie kampanii wymagane są nieco inne cechy niż w dyplomacji. Bronisław Komorowski znacznie łatwiej może uchodzić za „swojego chłopa” niż Sikorski ożeniony z członkinią amerykańskiego establishmentu, posiadacz prywatnej rezydencji i wielbiciel luksusu. Tu trudno orzekać jednoznacznie, ponieważ wyroki opinii publicznej bywają niezbadane. Z jednej strony Polacy chcieliby prezydenta godnego i dostojnego, i w tę rolę stara się wpasować Sikorski, nierzadko na siłę; z drugiej – w Aleksandrze Kwaśniewskim cenili jego zwyczajność, a afery takie jak ta w Charkowie być może nawet przydawały mu sympatii („no i co, że się napił, co to, chłop się napić nie może?”).
[srodtytul]Wariant makiaweliczny[/srodtytul]
Jest wreszcie kwestia przebiegu kampanii wyborczej. Wielkie znaczenie miałaby tutaj osobista niechęć panująca między Sikorskim a Lechem Kaczyńskim. Kampania, w której po jednej stronie stanąłby Komorowski, a po drugiej Kaczyński, byłaby ostra, ale nie miałaby posmaku osobistego pojedynku i nie byłaby podszyta chęcią upokorzenia przeciwnika. To zaś dla Platformy oznacza możliwość spokojniejszego planowania i mniejsze niebezpieczeństwo, że wypadki rozwiną się w sposób niekontrolowany. Inaczej może być w razie nominacji Sikorskiego. Nietrudno sobie wyobrazić, jak obozowi Kaczyńskiego udaje się sprowokować impulsywnego ministra spraw zagranicznych do jakiejś gwałtownej, nieprzemyślanej wypowiedzi, która może być dla Platformy kłopotem. Jeżeli PO wystawi Sikorskiego, Lech Kaczyński z pewnością spróbuje rozgrywać kontrast między sobą jako spokojnym i dojrzałym mężem stanu a szefem MSZ jako nieodpowiedzialnym młokosem. Z Komorowskim taka gra byłaby niemożliwa.
Istnieje jeszcze wariant makiaweliczny: Donald Tusk tak naprawdę nie zamierza przesadnie angażować swojego autorytetu i ugrupowania w kampanię prezydencką. Prezydentura może być jego celem w kolejnej kadencji, a tymczasem głowa państwa związana z PiS nie jest dla Platformy do końca niewygodna. Po pierwsze – może służyć jako memento dla wyborców: popatrzcie na Lecha Kaczyńskiego i przypomnijcie sobie, jak straszne mogą być rządy Prawa i Sprawiedliwości. Jeżeli chcecie to wreszcie zakończyć, zagłosujcie na mnie, Donalda Tuska, ale dopiero w 2015 roku. Po drugie – jest wygodnym usprawiedliwieniem dla bierności rządu w wielu istotnych kwestiach. „Chcielibyśmy, ale prezydent przeszkadza” – tę mantrę słyszymy od początku rządów PO. Po trzecie – kandydat Platformy na pewno osiągnie dobry wynik, ale jeżeli mimo to przegra, jego pozycja w partii osłabnie. Premier zawsze może z żalem stwierdzić, że Komorowski lub Sikorski miał swoją szansę, lecz cóż – nie udało się. I odrzucić zbędny balast, a przy okazji – potencjalnego konkurenta.
[i]Autor jest publicystą dziennika „Fakt”, opublikował m.in. wywiad rzekę z Radosławem Sikorskim pt. „Strefa zdekomunizowana”.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA