fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Sen o wolnym Południu

Rzeczpospolita, Jerzy Haszczyński Jer Jerzy Haszczyński
Jerzy Haszczyński
Al Kaida to niejedyne zmartwienie władz – większym są separatyści
W poniedziałek w kilku prowincjach na południu Jemenu odbył się strajk. Nie pracowało wiele szkół, sklepów, firm, nie kursowały minibusy. Doszło do starć separatystów z siłami rządowymi, w wyniku których zginął policjant, a kilkanaście osób zostało rannych.
Nie był to pierwszy taki protest. „Będziemy kontynuowali pokojową walkę aż do zwycięstwa, czyli zakończenia okupacji przez Jemeńską Republikę Arabską, przywrócenia naszemu krajowi niepodległości i odtworzenia państwa ze stolicą w Adenie” – głosi oświadczenie, które w niedostępnych górach na granicy dwóch południowych prowincji Abjan i Lahadż przyjęli kilka dni temu przywódcy separatystycznego Ruchu Południowego. Kopię oświadczenia wręczył mi jeden z liderów organizacji.
Separatyści, wpływowi w prowincjach wokół Adenu, są rozgoryczeni, że świat nie zauważa ich problemów. Dostrzega zagrożenie ze strony al Kaidy i ewentualnie interesuje się szyicką rebelią na północnym zachodzie, przy granicy z Arabią Saudyjską, bo tam być może angażuje się Iran. Ruch Południowy postanowił więc o sobie przypomnieć przed środą, kiedy w Londynie odbędzie się międzynarodowa konferencja poświęcona pomocy dla Jemenu. Bo zapewne pomoc będzie przeznaczona na walkę z terrorystami z al Kaidy.
[srodtytul]Szejk, syn sułtana[/srodtytul]
– Kiedyś marzyliśmy o zjednoczonym Jemenie. Ale gdy stało się to faktem, z każdym rokiem nasza sytuacja się pogarszała. Północ zabrała nam ziemię, nasze fabryki, przysłała swoich żołnierzy, dobrała się do złóż gazu i ropy na naszym terenie – mówi „Rz” szejk Tarik Naser al Fadhli, jeden z liderów Ruchu Południowego.
Jest synem miejscowego sułtana z czasów brytyjskiego protektoratu, który istniał do 1967 roku. Potem południe stało się proradziecką Ludowo-Demokratyczną Republiką Jemenu, która w 1990 roku zjednoczyła się z północną Jemeńską Republiką Arabską.
Szejk Fadhli jest najważniejszą osobą w Zindżibarze, stolicy prowincji Abjan, i jej okolicach. Abjan jest teraz zamkniętą strefą bezpieczeństwa, choć oficjalnie władze centralne nie wprowadziły stanu wojennego. Strefa jest właściwie niedostępna dla cudzoziemców. Drogę między Adenem a leżącym 60 km na północny wschód Zindżibarem kontrolują siły bezpieczeństwa i wojsko pochodzące z północy. Na największym punkcie kontrolnym wiszą portrety prezydenta Alego Abdullaha Saleha, głównego wroga separatystów.
Na razie konflikt w prowincjach południowych w porównaniu z problemami, które stwarzają al Kaida i rebelianci szyiccy, przebiega rzeczywiście najmniej krwawo. Organizacja Human Rights Watch uważa, że władze stosują wyjątkowo ostre represje wobec Ruchu Południowego. Były nawet ofiary śmiertelne, najwięcej w Zindżibarze w lipcu ubiegłego roku, gdy w walkach między siłami bezpieczeństwa a ludźmi szejka Fahdliego zginęło 12 osób.
– My w ogóle nie jesteśmy Jemeńczykami, Jemeńczycy są na północy. Jesteśmy zupełnie inni, nasz kraj powinien się nazywać Arabia Południowa – mówi „Rz” Faruk Hamza, 60-letni doktor inżynierii lotniczej z Adenu.
Od zjednoczenia Jemenu w 1990 roku jest bezrobotny. I jak wielu separatystów skarży się, że władze dyskryminują południe, nie dając miejscowym pracy, świadczeń socjalnych i zdrowotnych. Nawet w centrum Adenu na murach pojawiają się napisy „Wolne Południe” czy „Wolność dla Południa”, ale są szybko zamalowywane.
Ruch Południowy powstał w 2007 roku na fali protestów o charakterze socjalnym. Rozpoczęli je oficerowie z południa zmuszeni przez Sanę do przejścia na emeryturę. Ruch przyciąga ludzi rozmaitych poglądów, od socjalistycznych po fundamentalistyczne. Łączy ich niechęć do „okupacji”, z którą utożsamiają skorumpowaną i żądną zysków stolicę Sanę i utrzymującego się tam u władzy od ponad 30 lat Saleha.
– Separatyzm południa to najpoważniejszy problem Jemenu. Al Kaida jest dopiero na czwartym miejscu, wyprzedzana jeszcze przez rebeliantów szyickich i kłopoty społeczno-gospodarcze – mówi „Rz” Jasin Said Numan, ostatni premier Jemeńskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej (1986 – 1990), obecnie lider opozycji. Jak podkreśla, nie jest zwolennikiem niepodległości południa, z którego pochodzi, ale federacji.
[srodtytul]Mit o współpracy?[/srodtytul]
Szejk Fahdli przeszedł do obozu separatystów rok temu, przedtem współpracował z prezydentem. – Jestem z południa. Popieram naszych ludzi – tłumaczy. Jest uważany za postać kontrowersyjną i bliską fundamentalistom.
– Tak się o mnie mówi, bo znałem Osamę bin Ladena. Ale było to w czasach, gdy wraz z mudżahedinami walczyłem przeciwko sowieckiej okupacji Afganistanu. Wtedy nie było al Kaidy – wyjaśnia.
Władze sugerują, że separatyści współpracują z al Kaidą. Tereny ich działania częściowo się pokrywają. Obejmują między innymi prowincje Abjan i Szabwa. W Szabwie najprawdopodobniej szykował się do głośnego bożonarodzeniowego zamachu na amerykański samolot Nigeryjczyk Umar Faruk Abdulmuttalab.
– Nie ma żadnej współpracy z al Kaidą. To propaganda – odpowiadają na te zarzuty liderzy Ruchu. Zapowiadają, że jeżeli pokojowe protesty nic nie dadzą, rozpocznie się kolejna wojna. Poprzednia toczyła się tu cztery lata po zjednoczeniu i skończyła szybkim zwycięstwem północy. Teraz jednak armia rządowa jest już zajęta na dwóch frontach.
[i]-Jerzy Haszczyński z Adenu[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA