Kraj

Puszory, baboki i chechłacze

Poznań ma swoje pyry, Podhale – grule. Na północnym zachodzie Polski, np. na Kociewiu, są bulwy – opowiada prof. Halina Karaś. Na zdjęciu Krajowe Dni Ziemniaka w 2006 r.
GAZETA POMORSKA, Tytus Żmijewski Tyt Tytus Żmijewski
Co to szneka z glancem, gdzie się jada grule i co może robić agar w Krakowie – mówi w rozmowie z Agnieszką Rybak prof. Halina Karaś
Gdy poznaniak powie „tej”, a Ślązak i Kaszub „ja”, co ma powiedzieć mieszkaniec Warszawy?
prof. dr hab. Halina Karaś z Instytutu Języka Polskiego Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor portalu Gwary polskie. Przewodnik multimedialny: Najpewniej powie „no”, ponieważ ten wyraz – „potakiwacz” – ma charakter ogólnopolski, potoczny. Mazowsze nie ma tu swojego odpowiednika. Ale „tej” i „ja” nie mają wcale tego samego znaczenia. „Tej” poznaniaka to wołacz od zaimka „ty” – sposób nawiązania wypowiedzi. „Ja” zaś, jak zapożyczenia z języka niemieckiego, używa się, by wyrazić akceptację, podziw, a nawet niedowierzanie, czyli zamiast ogólnopolskiego „tak”. Ślązacy mają dwa różne słowa, które dla niewtajemniczonych brzmią podobnie: „jo” – „ja” i „ja” – „tak”. Ślązak powie więc „jo godoł”, a przytaknie, mówiąc: „Ja, ja”.
Dlaczego w Wielkopolsce ludzie pocieszają się słowami: „Nie płacz, nie płacz, kupię ci chechłacz”? Czy „chechłacz” to rodzaj lizaka? Z chechłaczem jest problem. W różnych regionach oznaczał co innego, np. na Śląsku kijankę – przyrząd do prania bielizny. W słowniku gwary warszawskiej XIX w. chechłacz to tępy nóż. Stąd „chechłać” oznaczało „kroić tępym nożem”. Trudno pomyśleć, by za pomocą tych przyrządów ktoś kogoś pocieszał. Spotkałam się też z wyjaśnieniem, najbardziej prawdopodobnym, że kiedyś był to płócienny woreczek z cukrem w środku. Kiedy dziecko płakało, dawało mu się go do ssania, jak dziś smoczek. Trudno ustalić zasięg przytoczonej rymowanki, znanej mi m.in. z Mazowsza i północnej Małopolski, a nie z Wielkopolski. Tak naprawdę ludzie, którzy dziś ją powtarzają, nie wiedzą, co to jest chechłacz. To taka czcza, pusta obietnica. Czy „puszory” noszone przez krakowianki to modna wersja staników push up, powiększających optycznie biust? I dlaczego w niektórych regionach kraju są staniki, a w innych biustonosze? Myślałam, że pani ze mnie żartuje. Ten wyraz znam bowiem jako „półszorek” (także w wersji gwarowej „puszorek”), czyli rodzaj uprzęży, którą nakłada się na łopatki zwierzęcia. Takie znaczenie podaje także „Słownik języka polskiego” pod red. Witolda Doroszewskiego. Na określenie stanika może to być użycie żartobliwe, okazjonalne. Widziałam taki wpis w Internecie, że „baba mi takie puszory babcine, strasznie zabudowane, wyjęła”. Najwyraźniej nie chodziło jednak o modny model push up. A co z biustonoszem i stanikiem? Oba słowa na oznaczenie części bielizny damskiej podtrzymującej piersi są dość późne. Tę część bielizny wynaleźli Holendrzy w 1902 roku, kiedy wyszły z użycia wysokie gorsety, i nazwali ją „buste-houder” („podtrzymywacz biustu”). Wyraz holenderski przejęli Niemcy, stąd niemieckie „büsten-halter”. My zaś zapożyczyliśmy słowo od nich, najpierw jako „biusthalter”, a potem przerobiliśmy je na biustonosz. Takie informacje podaje Andrzej Bańkowski w słowniku etymologicznym. Śląsk ma swój wyraz: „cycynhalter”, to dialektyzm, ale jakże interesujący! Przejdźmy od rzeczy pięknych do strasznych. Kto to jest „babok”? I dlaczego – skoro na Śląsku i w Łodzi jest taki straszny – w Warszawie nikt go nie zna? Kiedyś Formacja Nieżywych Schabuff śpiewała „Posłuchaj i śpij, bo nie ma baboków”. Tak więc są czy ich nie ma? Są baboki. Najbardziej znany jest śląski, nazywany też czasem „bebokiem” lub „bobokiem”. Służy do straszenia. To postać z legend, zjawa, istota nadprzyrodzona związana z ciemnością. Moja znajoma opowiadała, że siostra straszyła ją na dobranoc: „Musisz zasnąć szybko, bo inaczej przyjdzie do ciebie »babok«”. Ale w Poznaniu znaczenie tego słowa jest zupełnie inne. Babok to osoba ociężała fizycznie i umysłowo lub zaschnięta wydzielina z nosa. Ogromnie mnie to zdziwiło. Dlaczego, gdy warszawiak idzie do sklepu, to w Poznaniu może trafić do piwnicy? A mieszkaniec Wielkopolski robi zakupy w składzie, czyli tam, gdzie reszta Polski przechowuje stare meble i inne rupiecie. Cóż, powiem pani, że pomyłka może mieć dużo gorsze skutki. Słowo „gościniec” w Wielkopolsce oznacza też karczmę (choć już wychodzi z użycia), ale w Małopolsce tylko bitą drogę. Tak czy inaczej kojarzy się z zejściem na manowce. Otóż nie wszędzie! W Białostockiem gościniec to po prostu podarunek. Wracając zaś do sklepu i składu… To typowe przykłady regionalizmów znaczeniowych. Sklep w znaczeniu piwnica wiąże się ze słowami „sklepić”, „sklepienie”. Występuje nie tylko w Wielkopolsce, ale też na Warmii i Mazurach, Litwie. W Małopolsce południowej na oznaczenie piwnicy mamy gróbę, ale to raczej dialektyzm. Skoro jesteśmy przy Małopolsce: czy krakusi są egoistami, skoro ciągle powtarzają, że coś zrobią „sobie”, kupią „sobie”? „Sobie” i „się” to zaimki zwrotne. Nieraz są konieczne, bo przecież nie można powiedzieć: „ja wyobrażałam”. Ale gdy mówimy „posiedzę sobie”, to zaimek wzmacnia tylko treść czasownika. W Małopolsce prawdopodobnie zaimki te są nadużywane, nikt jednak nie prowadził na ten temat szczegółowych badań. W Krakowie mówi się: „pomieszałem sobie strony świata”. W Warszawie powiedzielibyśmy, że strony świata mi się pomieszały. Ciekawe, że z kolei w języku polskim na Litwie często brakuje tego zaimka. Kiedy ktoś „głupio przyszedł”, to w Poznaniu oznacza tyle, co przygadał, powiedział złośliwie. Ten frazeologizm, zanotowany w słowniku gwary miejskiej Poznania, to kalka z niemieckiego. Z innych regionalizmów frazeologicznych mnie najbardziej podobają się poznańskie: „być na fleku”, czyli dobrze się trzymać, wyglądać młodo, „wyjść z papci”, tj. zdenerwować się, oraz „lepsza wiara”, co oznacza elity. Pomówmy o innej kategorii obywateli. Co mogą zrobić „pener” w Poznaniu, „agar” w Krakowie, „bałuciarz” w Łodzi czy „luj” na Kujawach? Podobają mi się poznańskie „być na fleku”, czyli dobrze się trzymać, i „wyjść z papci”, tj. zdenerwować się To samo. Pobić, ukraść, wyzwać. Słowa te oznaczają bowiem ludzi z marginesu. „Pener” to pijak, człowiek śmierdzący, chuligan. Jest odnotowany jako wyraz obelżywy. „Agar” ma wiele znaczeń. Tak nazywa się czasem człowieka chamskiego, niekoniecznie z marginesu. „Bałuciarz” pochodzi od nazwy cieszącej się złą sławą dzielnicy Łodzi. „Luj” na Kujawach to też człowiek niechlujny, pijak. Ale czy pani wie, że chuligan przywędrował do nas z Rosji? Możemy teraz wywołać międzynarodową aferę. Mam na to dowody! Słowo pochodzące od nazwiska Hooligan, rodziny drobnych złodziejaszków, pierwotnie zapożyczyli z angielskiego Rosjanie. Badałam prasę polską z okresów zaborów. Na początku XX w. często pojawiały się w niej zdania, że „tak zwani” chuligani w Moskwie czy Petersburgu coś zrobili. Porozmawiajmy o różnicach kulinarnych. Kiedy poznaniak zażąda w Krakowie „pyrów z gzikiem”, to krakus zbaranieje. Bo o tym, że są to ziemniaki z serem, poza Wielkopolską nikt nie wie. Za to „bajgel”, wymyślony prawdopodobnie w Krakowie w XVII w., zrobił światową karierę. „Szneka z glancem” to z kolei, zdaniem mieszkańców Wielkopolski, drożdżówka. A jest jeszcze w Lublinie pyszna „szczypa”. Kulinaria to rzecz najciekawsza. W nazwach potraw regionalizmów zachowało się najwięcej. Pyry – wiadomo, to ziemniaki, kartofle. Podhale ma swoje grule. Na północnym zachodzie Polski, na przykład na Kociewiu, są bulwy. Poznański gzik to nie zwykły twarożek, tylko ze śmietaną i rzodkiewką. Co do szneki z glancem, to też nie każdej drożdżówce przysługuje ta zaszczytna nazwa. Szneka musi być zakręcona i polana lukrem. Ale co to takiego szczypa? Na Śląsku i w Wielkopolsce to rozpałka, łuczywo. W Lubelskiem szczypa to rodzaj słodyczy. Można ją kupić w sklepach i na odpustach. To krochmal z cukrem w kształcie podłużnego, kolorowego cukierka. Zwykle twardy. I bardzo pyszny. Jaka potrawa ma najciekawsze nazwy? Galareta z mięsa. To: zimne nóżki, galareta, kwaszenia, studzienina, galar, galata. A przyrządy kuchenne? Nazwy naczynia do gotowania wody na herbatę: sagan, czajnik, herbatnik. Sagan jest krakowski, czajnik to warszawskie zapożyczenie z rosyjskiego, a herbatnik trzymał się nieźle w Poznaniu, jednak ostatnio zanika. Ciekawe i różnorodne są też określenia łyżki wazowej. Może to być warząchew. W Małopolsce i Wielkopolsce – chochla. Na Śląsku mówi się na nią też kielnia lub kiela. Pochodzę z południowej Małopolski. Jako dziecko chciałam mówić bardzo poprawnie, dlatego mówiłam chachla – unikając w ten sposób rzekomej gwarowej wymowy a jako o. Rodzina do dziś mi wypomina te językoznawcze zainteresowania. Nawet śmiać się nie umiemy jednakowo. Na Śląsku i w Wielkopolsce się chichrają. Można się też rechtać i brechtać. Chichrać się występuje w tak wielu regionach, że można uznać go za wyraz potoczny i tak jest określany w słownikach. Natomiast brechtać się jest regionalizmem. W starszych słownikach możemy jeszcze znaleźć jego znaczenie „wydawać charakterystyczne odgłosy”. W Poznaniu oznacza po prostu „taplać się w wodzie”, ale w języku młodzieżowym rozpowszechniło się już w nowym znaczeniu, z czego można się oczywiście śmiać. No i na końcu jest zawsze krańcówka, zajezdnia lub pętla. Krańcówka to regionalna łódzka nazwa pętli. Bardzo ładnie utworzona, zgodnie ze słowotwórczymi regułami. Jednak pętli i zajezdni nie należy mylić. Pętla jest miejscem, które służy do zmiany kierunku ruchu. A zajezdnia to baza do napraw i postoju.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL