Publicystyka

Ustawa imienia Bolka i Alka

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Aleksander Kwaśniewski w programie Moniki Olejnik powiedział, omalże na jednym oddechu, dwie sprzeczne ze sobą rzeczy.
[b][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/12/05/ustawa-imienia-bolka-i-alka/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Po pierwsze, że pod kryptonimem „Alek” SB zarejestrowała w latach osiemdziesiątych kogoś innego, czego najlepszym dowodem fakt, iż w cytowanych przez Piotra Gontarczyka dokumentach jest wzmianka o pracy „Alka” w „Życiu Warszawy”, w którym on, Kwaśniewski, nigdy nie pracował. Po drugie, że ostatecznym i niepodważalnym dowodem, iż nigdy nie był TW, jest wyrok sądu lustracyjnego, który w roku 2000 go z zarzutu „kłamstwa lustracyjnego” oczyścił.
Rzecz w tym, że to właśnie ten sąd lustracyjny, na który się były prezydent powołuje, w tym właśnie wyroku, stwierdził, że to Aleksander Kwaśniewski, nie nikt inny, został przez SB zarejestrowany pod kryptonimem „Alek”. Więc jedno z dwojga ? albo wyrok sądu z roku 2000 jest niepodważalny, i wtedy niech Aleksander Kwaśniewski się nie upiera, że to nie o niego chodzi w zachowanych papierach, albo sąd się jednak omylił, a wtedy jego wyrok niczego nie dowodzi. Oczywiście, byłoby naiwne sądzić, że wobec Aleksandra Kwaśniewskiego redaktor Olejnik wykaże się podobną dociekliwością, co podczas przesłuchiwania posłów PiS, i zapyta o tę sprzeczność. Tym bardziej trudno się spodziewać, aby ktoś z tych kręgów, w których nasza „prawie Oriana Fallaci” jest poważana, odważył się powiedzieć to, co niemal otwarcie powiedziała swego czasu sędzia ogłaszająca wyrok w sprawie Zyty Gilowskiej: ustawa, według której toczyły się procesy Wałęsy i Kwaśniewskiego, została tak skonstruowana, że praktycznie nie sposób na jej podstawie uznać za kłamcę lustracyjnego kogokolwiek, bez względu na istniejące dowody. Dlatego Wałęsa, który ponad wszelką wątpliwość zarejestrowany był przez SB jako TW „Bolek”, otrzymał zaświadczenie, że „tajnym i świadomym współpracownikiem” nie był, i dlatego otrzymał taki sam certyfikat Kwaśniewski, który, wedle tego samego sądu, zarejestrowany był jako TW „Alek”. Dlatego też identyczny wyrok dostał Marian Jurczyk, który nigdy nie miał możliwości wykraść i zniszczyć swoich „kwitów”, przez co zachowały się zarówno jego odręczne zobowiązanie do współpracy, jak i napisane jego ręką donosy oraz pokwitowana odbioru judaszowych pieniędzy. Nawet to nie wystarczało do zgodnego z prawem stwierdzenia faktu współpracy. Gdyby do sądu lustracyjnego zgłosił się w porę Leszek Maleszka, też dostałby taki sam uniewinniający wyrok jak Wałęsa i Kwaśniewski i mógłby nim do dziś wymachiwać, strasząc, że będzie wytaczał procesy i niszczył tych, którzy nazywają go agentem, grzywnami. Ale ? uwaga ? mógłby tylko straszyć. Bo Jurczyk po otrzymaniu wspomnianego wyroku rzeczywiście się rozbuchał i wytoczył parę procesów cywilnych; wszystkie przegrał. Przypadek godny O.J. Simsona ? sąd cywilny, nie skrępowany ustawą celowo napisaną tak, aby uniemożliwić orzeczenie winy nawet najoczywistszej, mógł uznać po prostu, i uznał, że kto został zarejestrowany jako TW i donosił jako TW, ten był TW i nie ma prawa się obrażać za nazywanie go TW. Wałęsa od czasu do czasu, w napadach medialnej aktywności, wygraża, że też powytacza procesy tym, którzy nazywają go „Bolkiem”. Bardzo proszę, niech to zrobi ? dowody są na tyle oczywiste, że przypadek Jurczyka powtórzy się jak nic. I Wałęsa o tym wie, więc tylko tak gada. Kwaśniewski, trzeba przyznać, zachowuje się z większą od Wałęsy klasą, ale i mądrzej. Zdobył się nawet na kurtuazyjne stwierdzenie, że Piotr Gontarczyk jest znakomitym historykiem, że na pewno dochował naukowej rzetelności, i nie ma pretensji do niego, tylko do jakichś bliżej nieokreślonych sił, które nim i IPN manipulują. Były prezydent wie, że fakty przy obecnych społecznych nastrojach nie mają znaczenia. Kto go od dawna uważa za „drobnego krętacza”, ten uzna go i za kapusia, a kto nienawidzi Kaczyńskich, lustracji, IPN i wszystkiego, co im się z tym kojarzy, tego artykuł w niskonakładowym piśmie IPN i tak nie przekona. Nie wiem, co by się musiało stać, żeby taki np. redaktor Wroński z „Gazety Wyborczej” dopuścił do głowy myśl, że wyrok sądu lustracyjnego jest guzik wart, a poszlaki dotyczące TW „Alka” można połączyć w logiczny ciąg tylko w jeden sposób, tak właśnie, jak to zrobił Gontarczyk. Gdyby nawet sam Kwaśniewski publicznie oznajmił: „tak, byłem kapusiem!” ? to „Wyborcza” pewnie napisałaby, że nie można mu wierzyć, i przypomniałaby na dowód jego kłamstwa w sprawie dyplomu, goleni prawej i filipińskiej grypy. W całej sprawie najbardziej groteskowe jest postępowanie PO, która „a propos” oznajmiła o „zgłoszeniu” projektu nowej ustawy o IPN, zapomniawszy, że dokładnie to samo zrobiła już po publikacji książki o Wałęsie. Inicjatywa, zapewniają posłowie PO, nie ma nic wspólnego z publikacją o „Alku”, nad projektem, zapewniają, pracowano intensywnie przez dwa ostatnie lata. Nie widać jednak, by czymkolwiek się on różnił od tego, o czym mówiła PO wtedy. Prawie dwa lata temu partia Tuska zgłaszała postulat „pełnego otwarcia” archiwów, w odpowiedzi na co zwracano uwagę na problem „danych wrażliwych”. Inicjatorzy projektu potrafili wówczas odpowiedzieć tylko: no tak, to faktycznie problem, coś trzeba wymyślić. I, podczas długiej jakoby i wytężonej pracy nad nową ustawą nie wymyślili nic a nic, problem „danych wrażliwych” jest tam, gdzie był. Taka to i praca ? jeśli zmiana ma polegać na tym, że zamiast siedmioosobowego kolegium ma być dziewięcioosobowa rada, to takie „projekty” można pisać na kolanie. Ot, zamiast Rady zaproponujmy trzynastoosobowe Konsylium Pamięci Rodowej i Narodowej, w którym po trzech członków mianują Sejm, Senat i prezydent, a po dwóch konferencja rektorów, Prymas i GIODO (coś się nie zgadza? To nic, poprawi się w komisji) ? i już mamy nowy projekt. Konferencja prasowa poświęcona nowemu projektowi była kolejną w ciągu paru dni kompromitacją PO. Sławny (zasłużenie) „Aram” Rybicki spytany, co takiego złego zrobił Janusz Kurtyka, że trzeba go odwołać, zaczął pleść, że IPN podziela „pisowską” wizję historii, iż „w Polsce jest źle” (jasno sugerując, że chodzi o to, by IPN podzielał wizję PO, że w Polsce jest super), a potem uściślił, że właściwie to nie cały IPN, tylko kilku historyków, najwyżej dziesięciu, i że tak w ogóle, to historycy nie powinni być dzieleni na tych z IPN i innych ? jakby to historycy winni byli temu, jak ich dzielą propagandyści politycznego i medialnego establishmentu. W sumie wynikało z tego, że historycy IPN bywają dobrzy, gdy ? jak w wypadku Niesiołowskiego ? chowają niewygodne papiery pod sukno, a źli, kiedy piszą całą prawdę, i cała ustawa jest po to, żeby tych pierwszych promować, a drugich wywalić. Rafał Grupiński próbował ratować kolegę, argumentując, że zmiany są konieczne, bo IPN „przespał” historyczne rocznice roku 2009, co było akurat kompletnie chybione ? następnego dnia rzecznik IPN przedstawił długą listę rocznicowych imprez, programów edukacyjnych i publikacji, z których wynika jasno, że nikt dla uczczenia owych rocznic nie zrobił tyle co IPN. Z jednej strony, przykro patrzeć, jak ludzie o wspaniałych życiorysach robią z siebie błaznów. Z drugiej ? patrzę na to z pewną ulgą, bo widać, że jak zwykle w wypadku partii miłościwie nam królującej w sondażach, wszystko to tylko pic i gadanina. A o to, by nikomu nie udało się na IPN położyć łapy, trzeba walczyć ze wszystkich sił.
Źródło: Rzeczpospolita OnLine

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL