Raporty

To nie jest kraj dla przedsiębiorcy

Włodzimierz Olewnik twierdzi, że zmasowane kontrole miały zniszczyć jego firmę
Fotorzepa
Wiele firm ma kłopoty, a nawet musi ogłaszać upadłość przez przewlekłe lub wadliwe decyzje urzędów, prokuratur czy sądów
Mieszkańcowi Oświęcimia grożą trzy lata więzienia – poinformował w czwartek TVN 24. Za co? Chciał wyjść z bezrobocia i założyć własną działalność gospodarczą. Miał pomysł, biznesplan, nadzieje. By zdobyć środki na start firmy, sprzedał na Allegro aparat fotograficzny. Zarobił tysiąc złotych i założył własną firmę.
Dochód ze sprzedaży aparatu uczciwie uwzględnił w rocznym zeznaniu podatkowym. I stanął przed prokuratorem. Bo w miesiącu, w którym sprzedał aparat, pobrał zasiłek. A zgodnie z polskim prawem bezrobotny może zarobić co najwyżej 638 złotych miesięcznie.
Niewykluczone, że polski wymiar sprawiedliwości skutecznie wybił z głowy temu mężczyźnie i jemu podobnym marzenia o własnym biznesie. Ale paradoksalnie można powiedzieć, że jest szczęściarzem. Bo sfera przedsiębiorczości w Polsce, jaka rysuje się w opiniach samych przedsiębiorców, ekspertów gospodarczych czy organizacji monitorujących przestrzeganie praw człowieka, to dziś totalitarna bananowa republika rządzona przez słabo przygotowanych urzędników oraz sędziów i prokuratorów. Są dla przedsiębiorców panami życia i śmierci. Za najdrobniejsze nawet uchybienia wyciągają surowe konsekwencje. Sami zaś za błędy nie ponoszą żadnej kary. – Nie są mi znane takie przypadki, w których skutecznie doprowadzono do pociągnięcia do odpowiedzialności urzędnika. Mamy do czynienia z rażącą asymetrią w odpowiedzialności – mówi „Rz” dr Arkadiusz Radwan, pracownik naukowy Centrum C-Law.org oraz Instytutu Allerhanda.– Filozofia działania administracji publicznej wobec obywatela, szczególnie przedsiębiorcy, której przejawem są kształt prawa i praktyka jego stosowania, jest nacechowana nieufnością. Mówiąc nieco ironicznie, domniemanie niewinności jakoś się w administracji karno-skarbowej nie przyjęło. [srodtytul]Wyżej biurka nie podskoczysz[/srodtytul] O aresztowaniu w 2002 roku Romana Kluski, twórcy potęgi Optimusa, słyszał w Polsce niemal każdy. Podobne problemy z machiną urzędniczo-prokuratorską ma niestety wielu przedsiębiorców. Włodzimierz Olewnik, ojciec uprowadzonego i zamordowanego Krzysztofa, głośno się domagał, by sprawdzono powiązania przestępców i władzy. Za głośno? – W 1996 roku próbowano zniszczyć moją firmę – mówi „Rz” Olewnik. – Kontrole jedna za drugą. Byle coś na mnie znaleźć. Nie udało się im. Ale inni, jak Roman Kluska czy właściciele Bestcomu z Poznania, nie mieli tyle szczęścia. O tym, jak prowadzi się biznes w Polsce, przekonał się Amerykanin polskiego pochodzenia Mitch Nocula. Wyjechał z kraju na studia do Stanów Zjednoczonych w 1977 roku, mając 25 lat. Został w USA, dorobił się majątku – dużej firmy giełdowej. Gdy w 1989 roku upadł komunizm, postanowił wrócić. – W 1992 roku założyłem we Wrocławiu firmę P.Z. Alucon na bazie sprzętu maszynowego i komputerowego wysłanego z USA. Świat się globalizował i myślałem, że wniosę coś od siebie do kraju, z którego wyjechałem – mówi „Rz” Nocula. Jego firma komputerowa wytwarzała formy do wyrobu narzędzi. 15 września 2000 roku pod nieobecność właściciela do przedsiębiorstwa wkroczyła policja. Powód? Podejrzenie nielegalnego korzystania z amerykańskich programów komputerowych. – To było dla mnie całkowitym szokiem. Przecież firma istniała już osiem lat i była kontrolowana niemal co parę miesięcy przez różne organy kontrolne. Zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi – wspomina Nocula. Firma przestała działać. Choć Amerykanin szybko dostarczył pismo od firmy Unigraphics – właściciela programów, które potwierdzało prawo przedsiębiorcy do korzystania z nich. W 2005 roku Sąd Okręgowy we Wrocławiu wydał prawomocny wyrok: przestępstwa nie ma, zarząd firmy jest niewinny. Ale wówczas okazało się, że z policyjnego depozytu zniknęły zajęte w przedsiębiorstwie komputery wraz ze wszystkimi danymi technologicznymi. Bez nich firma nie mogła istnieć. Policja przyznała się do „zagubienia mienia” i zaproponowała zwrot 700 złotych. Bo taka według policyjnych prawników była wartość komputerów w 2000 roku. Nocula w ubiegłym roku wystąpił do polskiego sądu z roszczeniem w wysokości 9 mln dol. za zniszczoną firmę. A 4 czerwca, wykorzystując polsko-amerykański traktat o traktowaniu wzajemnych inwestycji, złożył w tej sprawie pozew przeciwko polskiemu rządowi. Sąd arbitrażowy odroczył sprawę do 5 października. Biznesmen, nawet jeśli ją wygra, w Polsce inwestować już nie będzie. – Przy pełnej świadomości braku przestępstwa polskie organy ścigania i wymiaru sprawiedliwości z premedytacją dokonały mordu na moich firmach, pozbawiając mnie dorobku życia – mówi Nocula. [srodtytul]Sprawa Bestcomu[/srodtytul] W czerwcu 2006 roku właściciele dystrybutora sprzętu komputerowego Bestcom: Jacek Karaban i Robert Nowak, zostali zatrzymani na polecenie wrocławskiej prokuratury. Zarzuty, które postawił wówczas prokurator Robert Mielczarek, brzmiały groźnie: „zorganizowana grupa przestępcza, pranie brudnych pieniędzy”. Młodzi przedsiębiorcy przesiedzieli w areszcie osiem miesięcy. Firma upadła, jej majątek został rozprzedany poniżej wartości. Po heroicznej kampanii, jaką przeprowadziła Agnieszka Karaban-Awdziejczyk, wówczas narzeczona, a dziś już żona jednego z prezesów firmy, udało się skłonić do interwencji senatora Piotra Andrzejewskiego (PiS) i rzecznika praw obywatelskich. Przeprowadzona na ich żądanie kontrola prokuratury krajowej wykazała, że właścicieli Bestcomu zamknięto wyłącznie na podstawie anonimowych i niezweryfikowanych donosów, a w śledztwie, którego efektem było zatrzymanie i postawienie zarzutów przedsiębiorcom, popełniono liczne błędy. W dodatku zatrzymanych próbowano nakłaniać do samoobciążających zeznań, strasząc, że za kratki powędrują ich najbliżsi. – Uchybienia te implikowały zdaniem Prokuratora Krajowego konieczność niezwłocznego uchylenia wobec wszystkich podejrzanych tymczasowego aresztowania i zastosowania innych środków zapobiegawczych – mówi Marta Kukowska z Biura Prasowego RPO. [srodtytul]Śledztwo za długie, ale nie za długie [/srodtytul] Sprawę przeniesiono do Poznania. Trwa już 3,5 roku, a prokuratura wciąż nie jest w stanie udowodnić swoich tez w formie aktu oskarżenia. – W sprawie Bestcomu powtarza się schemat postępowania znany z wielu innych przypadków. Brak kompetentnego rozpoznania sprawy przez prokuratora na etapie postępowania sprawdzającego wynikający z jego braku wiedzy ekonomicznej – ocenia dr Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. 25 czerwca Sąd Apelacyjny w Poznaniu rozpatrywał skargę przedsiębiorców na przewlekłość postępowania. Uznał, że postępowanie przekracza wszystkie ustawowo zakreślone terminy, ale mimo to orzekł, iż przewlekłe nie jest. – Sąd nie oceniał merytorycznie działań prokuratury, nie badał, czy są one zasadne, czy mają sens. Badał to tylko pod kątem terminowości oczywistych czynności procesowych – uzasadniał sędzia Michał Laskowski. – Jak to nie jest przewlekłe? – dziwi się jeden ze śledczych z Prokuratury Krajowej, znający sprawę. – Takie działanie budzi uzasadnione obawy, że prokuratura szuka czegokolwiek, co pozwoli Skarbowi Państwa uniknąć konieczności płacenia odszkodowania za błędy. Sprawa niepokoi też rzecznika praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego, który zażądał już od poznańskiego sądu kopii decyzji. – Zdumiewające jest to, że w takich ciągnących się latami sprawach nikt nie prowadzi rachunku społecznej opłacalności działań kontrolnych: czy korzyść społeczna z powodu ewentualnego wykrycia pewnych nieprawidłowości jest większa niż strata z powodu upadku firmy i długoletnich kosztów postępowania – konkluduje dr Jarosław Górski z Instytutu Sobieskiego. [srodtytul]Wejście komornika[/srodtytul] Piotr i Ireneusz Unysko, właściciele Zakładu Produkcji Urządzeń Elektronicznych w podwrocławskich Radwanicach, właśnie przygotowują skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego od „wygranego” przez nich 5 maja procesu o odszkodowanie za spowodowanie strat w działalności firmy przez organa administracji państwowej. Straty wyniosły ponad 200 tysięcy złotych. Przyznano im 9 tys. zł. We wrześniu 2005 roku firmowe urządzenia zajął wrocławski komornik Robert Kapica. Bo żona Piotra Unysko miała długi. Komornika nie interesowało, że dłużniczka nie była właścicielką firmy, a małżeństwo jeszcze przed ślubem podpisało umowę o rozdzielności majątkowej. Firma stanęła. Przedsiębiorcy kilkakrotnie zwracali się do komornika o zwrot majątku, nakazywał to również sąd okręgowy. Interweniował przedstawiciel rzecznika praw obywatelskich dr Maciej Lis. Maszyny odzyskali dopiero ponad rok po ich bezprawnym zajęciu. – Merytoryczne badanie sprawy ujawniło naruszenie przez komornika praw i wolności człowieka i obywatela – mówi „Rz” Marta Kukowska z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. – Niestety, Izba Komornicza nie dopatrzyła się nieprawidłowości. – Firma jeszcze funkcjonuje, ale ciężko nam idzie – mówi „Rz” Ireneusz Unysko. – Spłacamy pożyczki. Jest gorzej niż po powodzi w 1997 r., kiedy w zakładzie były dwa metry wody i zaczynaliśmy prawie od zera. Przedsiębiorcy będą się skarżyć do Sądu Najwyższego. Nie wykluczają też złożenia pozwu przeciwko Polsce do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. [srodtytul]Odszkodowanie?[/srodtytul] Koszmar przedsiębiorców nie kończy się wyrokiem, w którym sąd przyznaje im rację. Przekonał się o tym Gerard Knosowski. Na początku lat 90. założył działalność gospodarczą. W 1994 r. był już właścicielem trzech dużych przedsiębiorstw w województwie pilskim. Rozpoczął produkcję lastriko. Wartość jego firm sięgała 24 mln zł. Wtedy został aresztowany. Prokuratura Rejonowa w Trzciance postawiła mu zarzut wyłudzenia kredytów bankowych. Jego firmy zaczęły upadać.W 1995 r. komornik zlicytował fabrykę Knosowskiego w miejscowości Wrząca wartą 20 mln zł za 716 tys. Po ośmiu latach procesu biznesmen został uniewinniony. W 2004 roku sąd jednak odmówił mu przyznania odszkodowania, uzasadniając, że w trakcie pobytu w areszcie państwo łożyło na jego wyżywienie. W 2006 roku Sąd Apelacyjny w Poznaniu uznał, że Knosowskiemu należy się 100 tysięcy zł odszkodowania za bezzasadne aresztowanie. Otrzymał też odszkodowanie za utraconą, wartą wiele milionów firmę – 24 tysiące zł. Sąd nie dopatrzył się związków między wielomiesięcznym aresztem właściciela firmy a jej upadłością. Masz pytanie, wyślij e-mail do autora: [mail=w.wybranowski@rp.pl]w.wybranowski@rp.pl[/mail]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL