fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Piłkarze bez nazwisk

Jeśli z meczu dwóch reprezentacji z ambicjami zapamiętamy tylko kibica trzymającego za rogi obciętą głowę antylopy, to znaczy, że z boiska wiało nudą, jak pisywali moi poprzednicy w dziennikarskim fachu.
Mecz z RPA odbywał się niemal dokładnie rok od pierwszego spotkania Polski na mistrzostwach Europy. Przegraliśmy wtedy z Niemcami 0:2. Z tamtej drużyny w Johannesburgu oglądaliśmy pięciu zawodników: Michała Żewłakowa, Marka Saganowskiego, Dariusza Dudkę, Rogera Guerreiro i Jacka Krzynówka.
Jak grali – widzieliśmy. Delikatnie mówiąc, nie było to widowisko szczególnie porywające. Można nawet przyjąć tezę, że w ciągu tego roku, mimo że wiele się w naszej drużynie narodowej zmieniło, wszystko zostało po staremu.
Wiemy, że z różnych powodów nie była to najsilniejsza reprezentacja, na jaką nas stać. Kilku zawodników odniosło kontuzję, paru innych nie pojechało do Afryki z powodów rodzinnych.
Kontuzje są zmorą wszystkich futbolistów świata, nieznających dnia ani godziny. „Powody rodzinne” to termin obszerny, trzeba piłkarzowi wierzyć na słowo, że nie może się ruszyć z domu, bo zgasi to jego domowe ognisko, skłóci z teściową, a dziecku będą się śnić koszmary. Tyle że jeszcze kilka miesięcy temu piłkarze powoływani do reprezentacji nie mieli takich kłopotów. Zostawiali żony, potomstwo i lecieli do Leo Beenhakkera jak w dym.
Co takiego się stało, że atrakcyjność drużyny narodowej i jej trenera zbliża się niebezpiecznie do poziomu słupków poparcia partii Libertas? Może wpłynęła na to coraz płytsza wiara w awans do finałów mistrzostw świata. Może informacje o rzekomym lub faktycznym podjęciu pracy przez Beenhakkera w Feyenoordzie osłabiły w piłkarzach wolę gry w jego drużynie, bo przecież niedługo przyjdzie nowy trener. Może wszystko razem wyzwoliło w nich potrzebę postawienia głównie na swoje sprawy osobiste i zawodowe, które łatwiej załatwić w klubach niż w słabej reprezentacji.
W dodatku trener, podkreślający dobrą pracę na zgrupowaniach i chwalący Polaków za talent, nie może przez rok zebrać grupy piłkarzy, która zagrałaby lepiej niż ci, którzy przegrali mistrzostwa Europy w Austrii i Szwajcarii. Jakkolwiek by było, nie ma jedności, nie ma sukcesu, Beenhakker przestał być wyrocznią, o dobrą atmosferę trudno.
Zawodnicy w sobotnim meczu nie mieli na koszulkach nazwisk, poza Żewłakowem, Krzynówkiem i Dudką nie mają nawet jeszcze swojego stałego numeru w kadrze. Trzeba jakiegoś zwycięstwa na miarę 10:0 nad San Marino, żeby wróciła nadzieja.
[ul][li][b][link=http://blog.rp.pl/szczeplek/2009/06/08/pilkarze-bez-nazwisk/]Skomentuj na blogu[/link][/b][/li][/ul]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA