Publicystyka

Nonsensy, uproszczenia, konfabulacje

Piotr Gontarczyk
Rzeczpospolita
Według dr Aliny Całej do kosza można wyrzucić niuanse, ważenie proporcji i rozmaite racje. Wszystko to są sprawy marginalne. Przynajmniej z punktu widzenia „oceny moralnej” – pisze historyk i politolog
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/05/26/czy-polacy-pomagali-niemcom-w-holokauscie/" "target=_blank]Weź udział w dyskusji[/link][/b]
Obraz Polski i Polaków przedstawiony przez dr Alinę Całą w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” 25 maja może wydać się szokujący. Oto okazuje się, że Polska lat 30. XX wieku była krajem dzikich pogromów i rasistowskiego antysemityzmu, którego jednym z najważniejszych nośników był Kościół katolicki. Polacy sami chcieli mordować Żydów, tylko zostali w swych zbrodniczych planach uprzedzeni przez niemieckich okupantów. W czasie II wojny los żydowskich sąsiadów nie obchodził w Polsce chyba nikogo, a już na pewno nie antysemickich władz Polskiego Państwa Podziemnego. Podobne twierdzenia są fundamentem generalnej tezy dr Całej o tym, że Polacy są współodpowiedzialni za wymordowanie 3 milionów Żydów.
Każdy, najbardziej nawet kontrowersyjny, pogląd na temat stosunku Polaków do Żydów w czasie II wojny światowej zasługuje na uwagę. Pod warunkiem wszakże, że powstał zgodnie z regułami naukowego rzemiosła. Kłopot w tym, że z tego punktu widzenia tezy dr Całej są co najmniej wątpliwe. Rozmówczyni „Rzeczpospolitej” najchętniej posługuje się ogólnikami, których ilość wyraźnie przekracza standardy nawet tego rodzaju wywiadów prasowych. Tylko kilka z wypowiedzianych przez nią zdań nadaje się więc do naukowej weryfikacji. Jej efekty są dla pani Całej fatalne. Dla dostrzeżenia błędów i nonsensów w jej wypowiedziach nie jest nawet potrzebna wysublimowana wiedza. Alina Cała mówi na przykład: „Obóz Narodowo-Radykalny wysunął projekty masowych deportacji, połączonych z żądaniem, żeby to Żydzi sfinansowali swoje wygnanie. Właśnie to zrobili hitlerowcy”. Oczywiście można potępiać ONR za pomysły przymusowej emigracji Żydów z Polski. Ale nie można zapominać, że była to organizacja dla polskiej sceny politycznej równie oryginalna, co marginalna, a jej program nie był programem znaczącej części Polaków. [srodtytul]Echo propagandy rodem z PRL[/srodtytul] Jeszcze ostrzejszym nadużyciem jest twierdzenie, że ONR zaproponował to, co potem zrobili hitlerowcy. Z pewnym zażenowaniem przypominam więc, że ci pierwsi mówili o emigracji Żydów polskich, ci drudzy zaś po prostu ich wymordowali. A to chyba dość istotna różnica. [wyimek]Podane przez dr Całą informacje o 100 pogromach, w których „ginęli ludzie” w latach 30., są po prostu nieprawdziwe [/wyimek] Generalnie wypowiedzi dr Całej często znamionuje brak należytej wiedzy na temat II wojny światowej. Twierdzi ona na przykład, że: „było (…) niemało przypadków, gdy partyzantka AK i NSZ mordowała ukrywających się Żydów”. Skoro zabójstw tego typu, dokonanych na przykład przez NSZ, było „niemało”, to trzeba czym prędzej napisać na ten temat solidny artykuł naukowy. Póki on nie powstanie, będę twierdził, że to informacje nieudokumentowane – dalekie echo propagandy z czasów PRL. Z kolejnymi wypowiedziami jest jeszcze gorzej: „Z ogłoszonych wyroków [Polskiego Państwa Podziemnego na szmalcowników] bardzo niewiele zostało wykonanych. Państwu Podziemnemu można zarzucić grzech zaniechania. I to zaniechania intencjonalnie wypływającego z pobudek antysemickich” – mówi Cała. Rozumiem, że do wielu działań (czy też zaniechań) władz Podziemnej Polski można mieć zastrzeżenia. Ale takie postawienie sprawy to nonsens i symptom braku odpowiedzialności za słowo. [srodtytul]Nazbyt łatwe tezy[/srodtytul] Wypowiedzi rozmówczyni „Rzeczpospolitej” na temat realiów lat 30. są równie dyskusyjne lub zwyczajnie nieprawdziwe. Z dużą łatwością odrzuca ona tezę o tym, że społeczności polska i żydowska w znacznym stopniu żyły w separacji. „To stereotyp – odpowiada Cała – w okresie międzywojennym wyrosło pokolenie Żydów, którzy przeszli przez polskie szkoły elementarne. Starsze pokolenie również dogadywało się jakoś z sąsiadami. (...) W dużych miastach rzeczywiście mogli być Żydzi, którzy nie mieli styczności z Polakami, ale w małych miasteczkach więzi pomiędzy obydwoma społecznościami istniały. W Warszawie mówiło się »idę coś kupić do Żyda«, ale w małym miasteczku – »idę coś kupić u Abramka«. To nie były odrębne dwa światy”. To, że w małych miasteczkach jest mniejsza anonimowość niż w dużych, o niczym nie świadczy. W grę wchodzi bowiem znacznie więcej elementów. Na przykład: im dalsza prowincja, tym gorszy poziom edukacji, a co za tym idzie, silniejsze – uwarunkowane kulturowo – uprzedzenia i stereotypy. Nadto w mniejszym miasteczku czy na wsi ostrzej, zwłaszcza w dobie kryzysu, widoczny był konflikt interesów ekonomicznych. Tu rzeczywiście Polak częściej mógł się spotykać z żydowskim sąsiadem, ale skutek takiego spotkania mógł być różny. W II RP podziały narodowościowe w znacznej mierze nakładały się na klasowe, co samo w sobie było silną mieszanką wybuchową. Konflikt między miastem a wsią nakładał się na stosunki polsko-żydowskie. Chłopi często spotykali Żydów z miasteczka – tyle tylko, że obarczali ich winą za własną biedę. Raporty polskich władz mówią niekiedy wprost o wyzysku chłopów przez pośredników, a opisane w literaturze powiedzonka typu „sprawiedliwy jak żydowska waga” stanowiły pochodną handlowej rzeczywistości, a jeszcze bardziej – nagromadzonych stereotypów. Pod wieloma względami większa szansa na nawiązywanie dobrych kontaktów istniała więc w lepiej wykształconym i bardziej świeckim mieście. Wszystko to są jednak kwestie wielowątkowe, związane z bogactwem mozaiki polityczno-społecznej II RP. Jeśli się do niej przyłoży łatwe tezy dr Całej, pobieżność obserwacji i prostota zastosowanych schematów może zasmucić. Typowym przykładem „głębi” historycznej perspektywy są twierdzenia na temat wpływu religii i etyki chrześcijańskiej na codzienne życie ówczesnych Polaków: „A tam. Wszyscy wiemy, jak bardzo powierzchowny był i jest ten polski katolicyzm” – bagatelizuje rozmówczyni „Rzeczpospolitej”. O ile jednak prezentowane powyżej tezy są mocno dyskusyjne, o tyle w innych fragmentach mamy do czynienia z wyraźnym mijaniem się z prawdą. Alina Cała podkreśla na przykład, że w latach 1935 – 1937 w Polsce miała miejsce „fala ponad 100 pogromów”, w których „ginęli ludzie”. Nie ma wątpliwości, że klimat polityczny w kwestii stosunków polsko-żydowskich był w tamtych latach pod wieloma względami ponury. Głównie za sprawą rosnącej fali antysemityzmu i agitacji Obozu Narodowego. Dochodziło do krwawych konfliktów (na różnym zresztą tle, czasem dalekim od polityki), w których zginęło prawdopodobnie kilkanaście osób, głównie Żydów, ale także Polaków. To znikomy procent z kilkuset (!) ofiar, jakie zginęły w drugiej połowie lat 30. w Polsce w rozmaitych konfliktach politycznych i społecznych. Warto więc jasno stwierdzić, że informacje o 100 pogromach, w których „ginęli ludzie”, podane przez dr Całą, są po prostu nieprawdziwe. To zwyczajne konfabulacje. W wypowiedziach dr Całej nie padają takie zwroty, jak: „ustalenia naukowe”, „dane statystyczne” czy „bezsporne fakty”. Zamiast nich rozmówczyni „Rzeczpospolitej” wielokrotnie i na różne sposoby odmienia termin „ocena moralna”. Pomieszanie obydwu porządków (naukowego i etycznego) stosuje do wspierania swoich kontrowersyjnych opinii, głównie w celu przenoszenia odpowiedzialności z poszczególnych grup czy jednostek na całe polskie społeczeństwo. Kiedy więc przychodzi do omawiania obaw Polaków, że ktoś może ich zadenuncjować za pomoc Żydom, dr Cała zajmuje odmienne niż jej rozmówca stanowisko. Dziennikarz przekonuje, że tylko jeden donosiciel we wsi mógł stanowić potencjalne zagrożenie, bo „niegodziwcy są w każdej społeczności”. Alina Cała odpowiada: „A ja myślę, że to świadczy o kondycji moralnej tego społeczeństwa”. Tak więc za to, że we wsi mógł mieszkać jeden szubrawiec, zbiorowa „odpowiedzialność moralna” (za eksterminację Żydów) spada na całe lokalne społeczeństwo. [srodtytul]Moralność a nauka[/srodtytul] Argumentu moralnego dr Cała używa też zamiast merytorycznych argumentów w kłopotliwych dla swych tez sytuacjach. W pewnym momencie rozmówczyni „Rzeczpospolitej” twierdzi, że Polacy gremialnie są winni wymordowania 3 mln Żydów, bo zachowywali bierność wobec funkcjonowania obozów zagłady. Szybko się jednak wycofuje, twierdząc: „Zgadzam się, że okoliczna ludność nie zawsze mogła coś zrobić. Ale tu chodzi o ocenę moralną”. W taki to sposób ocena moralna zastępuje analizę faktów i dokumentów: nie trzeba już badać ludzkich uczynków ani dziejów zbiorowości, do kosza z niuansami, ważeniem proporcji i rozmaitych racji. Precz, w sferze faktów i interpretacji, z odpowiedzialnością za słowo. Wszystko to przecież sprawy zupełnie marginalne – przynajmniej z punktu widzenia „oceny moralnej”. Ale ja mam wątpliwości, czy kaznodzieja to na pewno to samo, co wiarygodny badacz historii. Warto również dodać, że argumenty pozamerytoryczne stosuje Alina Cała też w innych kwestiach. Kiedy bowiem z ust rozmówcy pada zarzut, że jej wizja może dotknąć wrażliwości historycznej Polaków, dr Cała odpowiada: „jeżeli ma pan taką wrażliwość jak ja – czyli wrażliwość na prawdę, a nie wrażliwość nacjonalistyczną – to nie powinien się pan obrażać”. Świat proponowany przez rozmówczynię „Rzeczpospolitej” wydaje się mocno uproszczony – albo ktoś przyjmuje jako swoje głoszone przez nią „prawdy”, albo jest nacjonalistą. Jak dla mnie, to za dużo tej „wrażliwości”, politycznych łatek, „ocen moralnych”. Szczególnie że zamiast nauki. [srodtytul]Nierówne miary[/srodtytul] W wizji zaprezentowanej przez dr Całą Polacy i Żydzi nie są sobie równi. Cokolwiek złego dotknęłoby Żydów ze strony jakiejś grupy (czy wręcz grupki) ich polskich współobywateli, odpowiedzialność za ten czyn zostaje przeniesiona na ogół Polaków. Jeśli nie jest to odpowiedzialność faktyczna, to przynajmniej moralna. Inne reguły obowiązują w drugą stronę. Tu postawy Żydów, które mogłyby wzbudzić krytykę Polaków, są bagatelizowane lub przedstawiane w fałszywym świetle. Wspomniani w wywiadzie kolaboranci żydowscy mają prawo do posiadania własnych motywacji – bo przecież walczyli o życie. Dr Cała nie usiłuje – w krzywdzący sposób – przenosić win poszczególnych jednostek na barki społeczeństwa, jak to ma miejsce w wypadku Polaków. Równie charakterystycznych argumentów rozmówczyni „Rzeczpospolitej” używa, odnosząc się do rozpowszechnionej w Polsce opinii o kolaboracji części Żydów z władzami sowieckimi w latach 1939 – 1941. Tu dr Alina Cała odwołuje się do ustaleń Andrzeja Żbikowskiego zaprezentowanych w książce „U genezy Jedwabnego”. Żbikowski miał udowodnić, że Polacy, którzy mówili krytycznie o zachowaniach Żydów, byli po prostu prawicowcami. Zostawmy na boku książkę Żbikowskiego, o której wartości już się kiedyś w „Rzeczpospolitej” wypowiadałem. Dużo ważniejsza jest zaprezentowana przez dr Całą wizja oceny wiarygodności historycznej relacji. Przekaźnikiem prawdy są wyłącznie ludzie o poglądach lewicowych, bo prawicowcy nie mogą wzbudzać zaufania (w domyśle: wszyscy są antysemitami). Nie wiem, czy jest to stanowisko metodologicznie poprawne. Przy takim postawieniu sprawy jeden z najwyższych działaczy ONR, a potem wysoki oficer NSZ Edward Kemnitz (odznaczony medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata) zostanie wykluczony z prawa do opisywania wspólnej historii jako osoba niewiarygodna. W przeciwieństwie do znanych ludzi lewicy, niekwestionowanych „specjalistów” w sprawach żydowskich – Tadeusza Kura, Ryszarda Gontarza czy Mieczysława Moczara. [srodtytul]Antysemiccy agitatorzy[/srodtytul] Gdy chodzi o postawy Żydów po wkroczeniu Sowietów w 1939 r., sytuacja nie jest zresztą tak jednoznaczna, jak próbuje to przedstawić rozmówczyni „Rzeczpospolitej”. Być może wszystkich Polaków można uznać za antysemitów (więc ich relacje są niewiarygodne), ale o rozmaitych zachowaniach przedstawicieli mniejszości na Kresach Wschodnich w latach 1939 – 1941 sporo opowiedzieli także sami Żydzi. Zupełnie inaczej niż dr Cała relacjonowali zachowania społeczności żydowskiej badający powyższe problemy historycy żydowscy: Eugeniusz Rozenblat, Ben-Cion Pinchuk i inni. A ich bardzo trudno byłoby nazwać antysemitami. Aby wesprzeć swoje wątpliwe merytorycznie opinie, rozmówczyni „Rzeczpospolitej” sięgnęła po argument charakterystyczny, choć niestety nie nowy. Kiedy dziennikarz wspomniał o prosowieckich postawach części Żydów na Kresach w latach 1939 – 1941, dr Cała odpowiedziała: „to też element antysemickiej agitacji”. Sytuacja wydaje się więc prosta: ten, kto nie prezentuje pożądanych przez nią poglądów na historię, lada chwila może być uznany za antysemickiego agitatora. Postawa Polaków wobec Zagłady to problem wielowątkowy i skomplikowany. Można tu wymienić całą paletę postaw – od bohaterów ratujących współobywateli do jednostek, które same zgłaszały się do Niemców, aby zostać oprawcami Żydów. Między tymi skrajnościami – prezentując różne postawy: pomocy, bierności lub po prostu dbania o własne życie i interesy – znajdowało się kilkadziesiąt milionów ludzi. Warto więc badać, kto pomagał, kto nie pomagał, jak, kiedy i dlaczego. I jakie były proporcje. [srodtytul]Drwiące komentarze[/srodtytul] Powyższe zagadnienia nie interesują jednak chyba dr Całej. Jako punkt odniesienia podaje ona fakt, iż w Yad Vashem jest tylko 8 tys. polskich drzewek. „8 tysięcy Sprawiedliwych na trzydziestomilionowy naród to strasznie mało”. Kłopot w tym, że instytut Yad Vashem nadaje ów tytuł tylko w przypadkach, które zostały tam zgłoszone i przez jego urzędników zweryfikowane. Z wielu względów w wypadku Sprawiedliwych mamy więc do czynienia z dość ekskluzywną grupą ludzi, których liczba nijak ma się do rzeczywistej skali pomocy udzielanej polskim Żydom. Instytut Pamięci Narodowej podjął szerokie działania, których celem jest zbadanie i opisanie wojennej pomocy Polaków dla Żydów. Nie robi tego przy wykorzystaniu administracyjnych procedur, ale narzędzi typowo naukowych. Inicjatywa ta spotkała się z drwiącym komentarzem dr Całej: „IPN (…) chce z kapelusza wytrząsnąć 300 tysięcy Polaków pomagających Żydom”. Działania podjęte przez Instytut (takie choćby, jak weryfikacja dokumentów archiwalnych w celu pozyskania z nich wiarygodnych informacji) to procedura w nauce standardowa i z kapeluszem nie ma nic wspólnego. Wiarygodność ustaleń IPN można będzie potem zweryfikować. Ale rozmówczyni „Rzeczpospolitej” nie wydaje się takimi badaniami zainteresowana. Poza stwierdzeniem, że „w pewnym stopniu Polacy są odpowiedzialni za śmierć wszystkich 3 milionów Żydów”, reszta jest dla niej chyba trzeciorzędną sprawą. Podobne stanowisko przypomina mi jeden z artykułów z prasy endeckiej z lat 30., który czytałem przed laty. To krótka notka, w której wspomniano o wypadku drogowym, w którym potrącono dziecko. Wspomniany tekst utrzymany był mniej więcej w tonie: „polskie dzieci bezkarnie rozjeżdżane przez Żydów”. Można by rzec, stosując retorykę dr Całej, że to przecież „w pewnym stopniu” prawda. Ale może warto zastanowić się, w jakim stopniu? [i]Autor jest wicedyrektorem Biura Lustracyjnego Instytutu Pamięci Narodowej, autorem książek historycznych, m.in. „Pogrom? Zajścia polsko-żydowskie w Przytyku 9 marca 1936 r.”. Artykuł jest wyrazem indywidualnych opinii Piotra Gontarczyka[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL