Publicystyka

Walka na insynuacje i pomówienia

Jan Żaryn
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Nie chcę dłużej odpowiadać na zarzut, że jestem narodowcem. Takie ustawianie mojej osoby przez Andrzeja Friszkego nazywam operacją wstępną służącą wykluczaniu mnie z grona naukowców, którym wolno w Polsce pełnić funkcje publiczne
Polemika z tekstami, których autorzy próbują usilnie ominąć sedno sprawy, jest trudna. By utrzymać jako taki poziom repliki, trzeba ominąć fragmenty nienadające się do komentarza albo zniżać się do poziomu szanownego polemisty. Oto krótkie przykłady tego, o czym piszę.
Prof. Andrzej Friszke doskonale wie, jakie książki są wydawane w IPN, a zatem świadomie myli czytelnika, pisząc, iż pomijamy w publikacjach Instytutu temat Zrzeszenia WiN (zob. np. „Biuletyn IPN” poświęcony tylko Zrzeszeniu WiN) czy też historię ruchu ludowego (zob. album o Stefanie Korbońskim, a za chwilę kolejne pozycje). Wie także, że insynuacja, jakoby z mojego powodu odeszli z pracy uczniowie prof. Tomasza Strzembosza, jest chybiona. Tym niemniej pisze – co jest dla mnie obraźliwe – że wyrzucałem ludzi z pracy według tegoż właśnie klucza (to samo czyni Grzegorz Motyka).
[wyimek]Wrażliwość współczesnych Ukraińców jest mi bliska, ale nie na tyle, bym zapomniał o polskiej[/wyimek] W rzeczywistości każdy przypadek należałoby opisać indywidualnie (część odeszła z IPN, bo otrzymała lepszą ofertę pracy; inni nadal są w IPN, i to na wysokich stanowiskach itd.). Dla czytelnika nie są to historie ani zajmujące, ani wnoszące cokolwiek do debaty publicznej na temat działalności IPN. Wie o tym także prof. Friszke, a zatem sobie używa – jakby był propagandystą, a nie historykiem. Po co zatem pisze, „że odchodzili, bo czuli się zmuszeni do odejścia, poddani różnego rodzaju szykanom”. Nie będę odpowiadał, dalej się tłumacząc, by nie zniżać się do poziomu wyznaczonego przez polemistę (już zupełnym nieporozumieniem jest insynuowanie i publiczne pisanie o tym, że swą habilitację zawdzięczam nie sobie, a dobremu sercu recenzenta). [srodtytul]Operacja wykluczenia[/srodtytul] Ma z kolei rację prof. Friszke, pisząc, że celem władz IPN jest wydanie i udostępnienie szerszej publiczności opracowanych źródeł, znajdujących się obecnie w gestii Instytutu. Nie traktujemy tego zadania jako mniej ambitnego z punktu widzenia naukowego; sama ustawa o IPN skłania i inspiruje kierownictwo Instytutu, by wprowadziło do obiegu naukowego nowy zasób wiedzy – dostępny także dla tych, którzy np. z przyczyn ideologicznych omijają budynek IPN, a chcą być nadal historykami dziejów najnowszych. Może się czegoś nauczą! Jednocześnie w ostatnich latach ukazało się w wydawnictwie IPN wiele monografii, zbiorów artykułów czy też materiałów pokonferencyjnych, co powinno zaspokoić potrzeby wybredniejszych badaczy. Zarzut powyższy wydaje się, że omija sedno sprawy – czy chodzi o to, by Polacy znali akta IPN w wersji przygotowanej przez naukowców, czy też należy ograniczać ich dostępność jedynie do tych osób (historycy i dziennikarze), które ujęła ustawa o IPN? I może o tym warto podyskutować. Nie chcę też dłużej odpowiadać na zarzut mówiący o tym, że jestem narodowcem. Jestem historykiem, który ma – jak każdy – poglądy, także ideowe i polityczne, ale to nie znaczy, bym miał się poddać logice etykietowania i się z tych poglądów tłumaczyć (w tym na temat oceny historii ruchu narodowego, chadeckiego czy socjalistycznego). Właśnie takie ustawianie mojej osoby przez Andrzeja Friszkego nazywam operacją wstępną, służącą wykluczaniu mnie z grona naukowców, którym wolno pełnić w Polsce funkcje publiczne. A to jest niegodne. „Problemem Jana Żaryna”, że się posłużę cytatem z artykułu Andrzeja Friszkego, nie jest to, iż nie odciąłem się od „Glaukopisu”, by przyznać rację atakującym go publicystom z „Gazety Wyborczej”, ale problemem Andrzeja Friszkego jest to, że czyta gazety, w których zamieszcza się teksty i wypowiedzi nieautoryzowane, a ewentualne sprostowania wrzuca do śmieci. Jakie źródło informacji, taki efekt poznawczy – panie profesorze. Redakcja „Glaukopisu” sama sobie poradzi, a zatem nie będę ich wyręczał („Atak niesprawiedliwy i niecelny, „Rz” 12.05.2009). Powiem tylko, że Andrzej Friszke ma rację, że wymienione przez niego osoby (Adam Doboszyński, Włodzimierz Marszewski i inni) zasługują na to, by się nad nimi „pochylić” – zachęcam do lektury kilku co najmniej słowników wydanych przez IPN, w tym o stratach osobowych działaczy obozu narodowego w latach 1939 – 1956. Naprawdę, trudno polemizować z kimś, kto wie, a pisze, jakby nie wiedział! Żeby jednak wyjść naprzeciw – w tej sytuacji polemicznej – konstruktywnie, zapewniam pana profesora, iż wrócę do pisania monografii o Stronnictwie Narodowym. Teraz dzięki pomocnej, i to niejednej, dłoni mam więcej czasu. Muszę jednak zmartwić przyszłych czytelników tej pracy, że nie będzie się zaczynała od deklaracji autora, iż spuścizna narodowców jest haniebna – jak raczył napisać Andrzej Friszke. Mam nadzieję, że tej frazy nie trzeba używać, jak niegdyś cytatów z dzieł wybranych… [srodtytul]Roszczenia Ukraińców [/srodtytul] Żarty się jednak kończą, gdy przychodzi mi polemizować z tekstem Grzegorza Motyki. Autor stwierdził w nim m.in., że piszę „zwykłe kłamstwa”, że jestem zwolennikiem tezy, iż akcja „Wisła” to przykład „usprawiedliwienia przymusowego wysiedlenia narodową racją stanu”, a w końcu, iż „w 2007 r. dyrektor BEP IPN Jan Żaryn naciskał na organizatorów konferencji na temat akcji „Wisła”, by zrezygnowali z poproszenia mnie [Grzegorza Motyki] o wygłoszenie referatu”. Otóż, równie uprzejmie informuję, że mojemu polemiście pomylił się szyk zdania. To nie ja naciskałem, a za to wraz z prezesem IPN byliśmy naciskani w rzeczonej sprawie, czyli konferencji, której współorganizatorem był IPN. Sprawa nie jest incydentalna, a rzeczywiście bardzo ważna. Także dla przyszłych prezesów i dyrektorów w IPN. Otóż, swego czasu przybyła do prezesa IPN delegacja Związku Ukraińców w Polsce, która w sposób daleki od form przyjętych w cywilizowanych krajach wystąpiła z roszczeniem, by IPN uznał de facto polskie zbrodnie, jakich się dopuszczaliśmy przez lata na narodzie ukraińskim. Następnie podyktowano nam obsadę i tytuły referatów, w tym autorów z IPN, którzy mogą wystąpić podczas konferencji. Wrażliwość współczesnych Ukraińców jest mi bliska, ale nie na tyle, bym zapomniał o polskiej. Drogi czytelniku, proszę mieć świadomość, że są takie instytucje w Polsce i takie tematy historyczne w najnowszych dziejach, które podlegają testom wytrzymałości i uległości polskich decydentów. Otóż, mam nadzieję, że żaden podmiot – nawet tak szacowny jak jeden Związek – nie będzie narzucać Instytutowi Pamięci Narodowej wersji historii burzącej polską wrażliwość i pamięć o haniebnych czynach naszych sąsiadów bądź współobywateli. [srodtytul]W środku sporu[/srodtytul] Testowanie takie w okresie, gdy byłem dyrektorem BEP IPN, nie ograniczało się – rzecz jasna – do kwestii stosunków polsko-ukraińskich. Grzegorz Motyka stał się poniekąd ofiarą sporu fundamentalnego, przy czym, podejmując decyzję o wycofaniu jego głosu z konferencji, liczyłem na jego lojalność wobec argumentacji, a nie dyrektora BEP. Dodatkowym argumentem, poza oczywistym, że nie będziemy przyjmować dyktatu, był fakt, że Grzegorz Motyka chciał opowiadać o napięciach wśród historyków polskich badających skomplikowane dzieje tych dwóch narodów w XX wieku. W moim pojęciu było czymś nagannym, by temat ten zaprezentował badacz, który tkwi w środku tego napięcia, jest stroną dyskusji. Z kolei opowiadanie, że kierownictwo IPN zabroniło Motyce wypowiadać się na temat wymordowania Ukraińców w Pawłokomie (a wie polemista o śledztwie prowadzonym w tej kwestii), jest ilustracją megalomanii, która go opanowała. Niemal każdy liczący się pracownik BEP i OBEP otrzymywał polecenie służbowe, by z powodów znanych w instytucji publicznej jedynie prezesowi, wstrzymał się do czasu otrzymania zgody od swego szefa z publiczną wypowiedzią, która mogłaby być traktowana w kategoriach oficjalnego stanowiska IPN (jak wiedzą czytelnicy BEP nie jest jedynym biurem występującym pod logo IPN). I znów, Grzegorz Motyka o tym wie, lecz insynuuje, że kierownictwo IPN to sami cenzorzy zamykający usta swoim pracownikom – wolnym badaczom. Mam nadzieję, że przyjdzie jeszcze czas, by porozmawiać poważnie o polityce historycznej uprawianej przez IPN; mam nadzieję, że nie będziemy kontynuowali tego sporu, prowokowani przez polemistów rzucających insynuacje, pomówienia i wykluczające etykiety. Na koniec bardzo dziękuję panu Danielowi Passentowi, który naśmiewając się ze mnie w ostatnim numerze „Polityki”, przypomniał, by w zapale walki polemicznej na słowa nie tracić miary w opisie swych osiągnięć. Ma rację! Autor jest doradcą prezesa IPN i profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Do niedawna był dyrektorem Biura Edukacji Publicznej IPN – został z tego stanowiska zwolniony, gdy uznał za błąd nadanie Lechowi Wałęsie statusu poszkodowanego przez SB.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL