Publicystyka

Prawo do umierania

Paul S. Mueller
Rzeczpospolita
Zaprzestanie uporczywego leczenia to nie eutanazja. Człowiek nie jest zabijany, ale umiera z powodu choroby – podkreśla lekarz Paul S. Mueller
Rz: Jako członek komisji etycznej American College of Physicians zajmował się pan analizą przypadku Terri Schiavo, która przez 15 lat pozostawała w stanie wegetatywnym, a w końcu zmarła odłączona od sztucznego odżywiania na wniosek męża. Czy były szanse na jej skuteczną rehabilitację?
Dostępne dowody świadczą o tym, że nie. Sekcja zwłok ujawniła, że zawał serca, który przeszła, doprowadził do obumarcia części mózgu, w szczególności kory mózgowej. Wstrzymanie pracy serca poczyniło tak wielkie szkody w jej mózgu, że rehabilitacja nie mogłaby jej pomóc. Czego przypadek tej nieszczęśliwej kobiety nauczył lekarzy?
Historia Terri Schiavo jest przełomowa z punktu widzenia zarówno medycznego, jak i prawnego. Postawiła pytanie, kiedy lekarz może pozwolić umrzeć swoim pacjentom, a kiedy sami chorzy nie mogą o tym decydować, kto za nich może taką decyzję podjąć? Co z kolei mają zrobić lekarze, kiedy zauważą, że osoby mające decydować w imieniu pacjenta nie działają w jego najlepszym interesie? Czy sztuczne metody odżywiania, czy nawadniania są terapią czy też podstawową opieką, tak jak utrzymanie higieny czy zmiana pościeli? Lekarze zdali sobie sprawę, że muszą odpowiadać na pytanie nie o to, czy pacjent może umrzeć, ale czy może i powinien być pozostawiony samemu sobie. Czy przypadek Włoszki Eluany Englaro jest równie pouczający? Tak, choć przyczyny uszkodzenia mózgu były zupełnie inne, skutek był podobny i także w przypadku tej pacjentki nie było szans na poprawę. Obie historie, Terri Schiavo i Eluany Englaro, są głośne z jednego powodu: przedstawiciele rodziny powiedzieli „dość” sztucznemu podtrzymywaniu życia. W Stanach Zjednoczonych; podobnie jest w Kanadzie, pacjenci mają pełne prawo decydować o tym, w jaki sposób mają być leczeni, czy chcą być sztucznie podtrzymywani przy życiu. Wielu moich pacjentów 70- czy 80-letnich, a nawet młodszych, mówi „dziękuję bardzo”, kiedy proponujemy im leczenie operacyjne czy terapię antynowotworową. Mają do tego pełne prawo. Podobnie jest nawet wtedy, gdy oferujemy im oddychanie za pomocą respiratora czy dializę. Niektórzy pacjenci po prostu życzą sobie umrzeć w sposób naturalny. Czy „uporczywe podtrzymywanie życia”, tak jak to nazywają lekarze, jest jedynym sposobem, jakim współczesna medycyna dysponuje w takich przypadkach? Tak, dzisiaj to jedyny sposób. Pacjenci w tzw. stanie wegetatywnym pozbawieni są świadomości. Mogą żyć jedynie dzięki sztucznemu odżywianiu i nawadnianiu. Trzeba jednak pamiętać, że współczesna medycyna wymaga w takich sytuacjach określonych ekspertyz, postępowania według ustalonych procedur. One wraz z rozwojem nauki stawały się coraz bardziej skomplikowane. Nasza specjalność wypracowała je przez lata doświadczeń. 100 lat temu w ogóle nie było pacjentów w stanie wegetatywnym, ponieważ nie mieli żadnych szans na przeżycie. Obecnie w całych Stanach Zjednoczonych są tysiące ludzi w stanie wegetatywnym, podobnym do tego, w jakim była Terri Schiavo. Żyją tylko dzięki procedurze sztucznego podtrzymywania przy życiu. Czy przygotowanie się zawczasu na wypadek ciężkiej choroby i określenie zakresu terapii, z jakiej chcemy skorzystać, ma sens? Jest w USA cały ruch społeczny skupiający się na tym, by z wyprzedzeniem zaplanować, w jaki sposób intensywna opieka ma być prowadzona. Wsparcie go to wielkie zadanie stojące przed internistami. Najczęściej lekarze tej specjalności opiekują się pacjentami cierpiącymi na choroby, które wiążą się ze wzrostem świadomości zbliżającej się śmierci. Celem tego wcześniejszego planowania rozstrzygnięć w takich sytuacjach jest zabezpieczenie godności ludzkiej. Jego elementem jest pojęcie tzw. dyrektywy wyprzedzającej. Może ona przybrać formę przypominającą testament, może też być upoważnieniem jakiejś osoby, np. prawnika, do podejmowania decyzji. Pacjent, jeśli chce, może określić, jakie rodzaje terapii mogą być stosowane, a jakie nie. W większości przypadków chorzy delegują tę władzę reprezentantowi prawnemu, który oczywiście nie musi być prawnikiem. Ja tę sprawę powierzyłem żonie. Takie decyzje są chronione przez prawo federalne USA, choć każdy stan ma troszeczkę inne szczegółowe wymagania. Czy to powszechna praktyka w USA? Problemem jest to, że tylko jeden na pięciu dorosłych Amerykanów przygotował taki dokument. W pozostałych przypadkach musimy polegać na wcześniejszym wyrażeniu woli w rozmowie. Czy takie ustalenia też są wiążące? Będąc lekarzem, nie mogę nie uszanować woli pacjenta. Jeżeli w swoim „testamencie” nie życzy sobie karmienia bezpośrednio do żołądka lub nie chce być podłączony do respiratora, muszę to uznać i zastosować. Czy usunięcie rurki sztucznego odżywiania jest równoznaczne z eutanazją? Odpowiedź kategorycznie brzmi: „nie”. Przerywamy leczenie, skoro pacjent dłużej już go nie chce. Natomiast w przypadku eutanazji świadomą intencją jest decydowanie o życiu pacjenta. Aby dokonać eutanazji, trzeba podać choremu jakiś środek medyczny. Jeśli przerywamy dializę, czy odłączamy respirator lub zaprzestajemy sztucznego karmienia, naszym świadomym działaniem jest zaprzestanie uporczywego leczenia, które często jest szalenie uciążliwe i bolesne. Człowiek umiera z powodu niewydolności nerek czy trudności z oddychaniem. Pomiędzy takim działaniem a eutanazją jest olbrzymia różnica. Eutanazja to świadome pozbawianie życia, a to jest zabójstwo. To w każdym systemie prawnym jest złamaniem prawa. Profesor Paul S. Mueller pracuje w Mayo Clinic w Rochester w stanie Minnesota w USA. Jako przedstawiciel American College of Physicians, organizacji zrzeszającej amerykańskich lekarzy internistów, był ostatnio gościem ogólnopolskiego sympozjum „Dylematy etyczne w praktyce lekarskiej – kiedy lekarz może pozwolić choremu umrzeć”
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL