fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lista 500

I stanęliśmy przed schodami

prof. Witold M. Orłowski jest głównym ekonomistą firmy doradczej PricewaterhouseCoopers
Rzeczpospolita, Darek Golik DG Darek Golik
Na pierwszy rzut oka coroczne komentowanie wyników Listy 500 wydaje się zadaniem arcytrudnym. Co ciekawego i nowego można zauważyć na liście, na której jak co roku pojawiają się informacje o rosnących wielomiliardowych przychodach i zyskach największych polskich firm, a w czołówce nie następują żadne dramatyczne zmiany?
Można oczywiście starać się wyciągnąć informacje na temat poszczególnych firm, można koncentrować się na szczegółach, można próbować dokonać analiz, które zaciekawią specjalistów od finansów, ale mało kogo więcej. Ale można też postępować inaczej – zamiast sięgać po szkło powiększające, spojrzeć na Listę 500 z odpowiedniego dystansu, tak by szczegóły się zatarły, a uwagę zwracały jedynie pewne ogólne trendy. I w ten właśnie sposób uzyskuje się ciekawy obraz zmian zachodzących w polskiej gospodarce i w polskich przedsiębiorstwach. Zmian, które generalnie rzecz biorąc, idą od lat ku lepszemu, ale które wcale nie oznaczają, że sytuacja firm jest zawsze komfortowa, a rozwój przebiega bez zakłóceń.
[srodtytul]Siedem biblijnych lat tłustych[/srodtytul]
Listę 500 komentuję już od siedmiu lat – i niewykluczone, że było to właśnie siedem biblijnych lat tłustych, po których mogą nadejść (oby na krótko) lata chude. Przez te wszystkie lata byliśmy świadkami nieprzerwanego postępu w zakresie jakości zarządzania, efektywności, rozmachu i sprawności działania polskich przedsiębiorstw.
Choć na czele tabeli nie zmieniło się wiele (na pierwszym miejscu nieodmiennie znajdował się Orlen, a siedem z dziesięciu firm zajmujących dziś pierwsze pozycje w tabeli było w pierwszej dziesiątce
już w roku 2002), postęp był jednak ogromny. W roku 2002 przeciętna wartość sprzedaży firmy z Listy 500 wynosiła 1,1 mld zł (wówczas odpowiednik 290 mln euro), w roku 2008 jest to ponad 2,2 mld zł (630 mln euro). Aby dostać się na listę w roku 2002, wystarczyły obroty rzędu 250 mln zł, dziś trzeba na to ponad 400 mln zł. Przeciętna raportowana zyskowność (relacja zysku netto do sprzedaży) wynosiła wówczas 1,4 proc., dziś sięga niemal 5 proc. Zwiększył się radykalnie udział eksportu w sprzedaży, wskaźniki wydajności pracy i efektywności zaangażowania kapitału.
Dzisiejsza Lista 500 pokazuje nam więc gospodarkę znacznie bardziej dojrzałą, konkurencyjną i wydajną niż w przeszłości. Zmiany obserwowane z roku na rok są oczywiście mniejsze, ale szły zazwyczaj w tym samym kierunku. Rosła sprzedaż, efektywność, poprawiały się fundamenty długookresowej konkurencyjności.
Kiedy jednak spojrzeć na wyniki odnotowywane na Liście 500 w kolejnych latach, uzyskujemy ciekawy obraz zmian, których doświadczyły polskie firmy. Tak jak co roku przypomnę je, odwołując się do tytułów, które nadawałem kolejnym komentarzom.
[srodtytul]Historia gospodarki pisana tytułami[/srodtytul]
Mój pierwszy komentarz, dotyczący wyników roku 2002, był zatytułowany: „Atleci są zmęczeni”. Polska gospodarka przeżywała ciężkie chwile – połączenie znacznego spowolnienia wzrostu, a właściwie stagnacji, z osiągającą wówczas apogeum drugą falą restrukturyzacji przedsiębiorstw. Sprzedaż pozostawała na niezmienionym poziomie, silnie spadało zatrudnienie, rosła wydajność. Na pewno nie były to czasy ani łatwe, ani wesołe, ale kiedyś firmy musiały wykonać konieczne działania dostosowawcze. Rok później było już trochę lepiej: koniunktura zaczęła się powoli poprawiać, do góry ruszył eksport, ostatecznie wynegocjowaliśmy warunki wejścia do Unii. Było to jednak „Senne przebudzenie”, a najbardziej charakterystycznym zjawiskiem była wyraźnie zauważalna niepewność.
Choć firmy z Listy 500 odnotowywały coraz większe zyski (efekt poprawy koniunktury i zrealizowanych działań dostosowawczych), wahały się z podjęciem decyzji inwestycyjnych. Rok później mieliśmy już „Poranną gimnastykę”, okres stopniowego zwiększania się aktywności polskich firm, ale przy zachowaniu nieufności co do tego, jak dalece trwały okaże się wzrost.
Dopiero w roku 2005 polskie firmy znalazły się „Na rozbiegu”. Wzrastała sprzedaż, zarówno w kraju, jak i na eksport, po kilku trudnych latach wreszcie wyraźnie ruszyły inwestycje. Poprawie koniunktury towarzyszyła wyraźna poprawa nastrojów, po części związana z pierwszymi pozytywnymi efektami niedawnego wejścia do Unii Europejskiej.
Jednak w kolejnym roku nastąpiło prawdziwe „Wybicie do skoku”. Wzrost inwestycji nabrał charakteru masowego, szybko zwiększało się zatrudnienie, słowem
– polskie firmy najwyraźniej poczuły, że rozwój kraju wreszcie nabiera cech trwałości i wysokiej dynamiki. Może nawet aż zbyt wysokiej, bo w kolejnym roku 2007 pojawiać się zaczęły symptomy prawdopodobnego przegrzewania się koniunktury. Inwestycje i zatrudnienie rosły w bardzo wysokim tempie, słabiej za to wyglądała poprawa efektywności.
„Wielki skok”, bo tak nazwałem swój komentarz sprzed roku, musiał z czasem prowadzić do powolnego obrastania firm w zbędny tłuszcz (innymi słowy, do nadmiernego wzrostu kosztów).
[srodtytul]Przyszedł kryzys z zagranicy[/srodtytul]
Nic jednak na tym świecie nie trwa wiecznie, a już zwłaszcza „Wielkie skoki”. Wszystko szło już zbyt łatwo i zbyt dobrze, więc musiało się popsuć. W roku 2008 nadszedł z zagranicy kryzys. Nie widać go jeszcze wcale w wynikach ostatniej Listy 500 – tak naprawdę to spadek eksportu wielu firm nastąpił dopiero na przełomie 2008 i 2009 roku, a sprzedaż krajowa ciągle jeszcze rośnie.
Ale nie ma wątpliwości, że powoli zaczynają się schody. Rok 2009 będzie na pewno trudny, a zmiany na przyszłorocznej Liście 500 – jak sądzę – okażą się co najmniej interesujące. I może dobrze, bo naprawdę mocne firmy muszą nauczyć się radzić sobie w każdych warunkach rynkowych.
[i]prof. Witold M. Orłowski jest głównym ekonomistą firmy doradczej PricewaterhouseCoopers[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA