fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wolność – za trudne słowo dla Platformy?

Igor Janke
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Zaczynam się obawiać o wolność słowa w III Rzeczypospolitej. Mam coraz silniejsze wrażenie, że wielu polityków Platformy nie ma w tej sprawie czystych intencji – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
[b][link=http://blog.rp.pl/janke/2009/04/27/wolnosc-%E2%80%93-za-trudne-slowo-dla-platformy/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Rzeczy bardzo niepokojące zaczynają dziać się w sferze wolności słowa w Polsce. Dwaj historycy, którzy popełnili – zdaje się – błąd życia, pisząc książkę o Lechu Wałęsie, znaleźli się znowu pod ostrzałem. Tym razem już pod bardzo poważnym ostrzałem. Prokuratorskim. To, że śledczy zaczynają prowadzić dochodzenie w sprawie tego, co ujawnili w książce historycy, zaczyna budzić przerażenie. Zwłaszcza że rzecz ma miejsce wiele miesięcy po wydaniu książki. Za to w czasie kolejnego wzmożenia napięcia wokół Lecha Wałęsy.
[srodtytul]Jak ukarać niepokornych [/srodtytul]
Sprawa, którą ujawnili historycy, rzeczywiście wymaga śledztwa. I to śledztwa dogłębnego. Piotr Gontarczyk ze Sławomirem Cenckiewiczem stwierdzili bowiem, że były prezydent mógł łamać prawo przez niszczenie dokumentów. W każdym normalnym kraju śledczy w tym momencie powinni zacząć badać, czy tak się działo, czy nie. Czy śledztwo, które kiedyś zostało umorzone, było umorzone słusznie, czy nie. Ale u nas aparat sprawiedliwości zabiera się za autorów, którzy tę wieść przynieśli.
Bo tak się składa, że autorzy napisali książkę nieprzychylną postaci, w której obronę zaangażował się szef rządu i jego ugrupowanie. Oczywiście domyślam się, że to nie Donald Tusk nakazał oficerom ABW nękać teraz Gontarczyka i Cenckiewicza. Zapewne to nadgorliwość oficerów i prokuratorów. Niemniej stworzono taką atmosferę, że wysocy urzędnicy państwowi na wyścigi chcą pokazać, jak bardzo można ukarać tych, którzy o Lechu Wałęsie chcą coś złego powiedzieć czy napisać.
Niedawno minister Barbara Kudrycka chciała dobrać się do Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na szczęście premier ją powstrzymał. Wierzę, że i w tej sprawie Donald Tusk pohamuje zapał śledczych. Jednak ich działania trudno już uznać za przypadek.
Dopóki na Gontarczyka i Cenckiewicza trwała tylko nagonka werbalna – można było z tym polemizować, użalać się i dziwić. Kiedy historyków atakuje prokuratura i ABW – należy bić na alarm. Myślę, że gdyby taka rzecz działa się za rządów Prawa i Sprawiedliwości, Donald Tusk byłby pierwszym, który by powiedział, że dzieją się rzeczy groźne. Nie wspomnę, co by mówili koledzy dziennikarze w swoich programach telewizyjnych. Wyobrażam sobie krzyk „Gazety Wyborczej". Ale zostawmy złośliwości.
Problem zaczyna być poważny. I mam nadzieję, że politycy Platformy, wśród których nie brakuje rozsądnych ludzi, zabiorą w tej sprawie głos. Wiem, oczywiście prokuratura jest niezależna, ale wiem też, że prokuratorzy zwykle nie lekceważą głosu rządzących. Mam więc nadzieję, że Jarosław Gowin, Sławomir Nitras czy Bogdan Zdrojewski – a może i minister Andrzej Czuma – nie uznają za normalne, iż w demokratycznym kraju ściga się „nieprawomyślnych" historyków.
Mam nadzieję, że zagrzmi sam premier, a śledczy wycofają się ze swoich nierozsądnych działań. Niestety już stało się wiele złego. Potencjalni autorzy biografii ważnych polityków zostali skutecznie odstraszeni. Niedawno szef wielkiego wydawnictwa żalił się, że nie ma chętnych do napisania porządnej biografii Lecha Wałęsy. Zbyt ryzykowna rzecz.
[srodtytul]Potrzebne tylko hagiografie[/srodtytul]
Słyszałem też, jak jeden z reporterów pytał znanego politologa i historyka Antoniego Dudka, czy napisałby książkę o Wałęsie. Odpowiedział, że nie napisze, bo wie, iż oczekiwane są tylko hagiografie. Żaden historyk, który poważnie myśli o swojej karierze naukowej, nie porwie się więc na tak ryzykowne dzieło. Kto chciałby mieć zablokowaną habilitację czy obawiać się, że jego rodzinę mogą spotkać z tego powodu kłopoty?
Niby zakazu żadnego nie ma, ale atmosfera stała się bardzo niedobra. Trudno powiedzieć, że w Polsce nie ma wolności badań naukowych, ale atmosfera do prowadzenia badań dotyczących niektórych obszarów historycznych zrobiła się bardzo nieprzychylna. Twardych zakazów nie ma. Ale miękkie blokady rosną. Dlatego warto bić na alarm.
Niestety, to niejedyne niepokojące zdarzenia związane z tak ukochanym przez Donalda Tuska słowem „wolność". Kiedy widzę, co dzieje się z projektem ustawy medialnej, to nie mogę uwierzyć w to, że tej masakry na mediach publicznych chcą dokonać podwładni pana premiera.
Nawet profesor Tadeusz Kowalski, który na zlecenie rządu PO – PSL przygotował pierwotny projekt ustawy, mówi dziś wprost o zagrożeniach dla wolności słowa. Zwracają na to uwagę zresztą wszyscy eksperci ze wszystkich możliwych stron. Sam fakt, że rząd będzie mógł w dowolny sposób wpływać na budżet radia i telewizji, jest bezpośrednim uzależnieniem telewizji i radia od aktualnej władzy. To najprostsza metoda nacisku na krnąbrnych prezesów TVP i PR. I nęcąca pokusa dla polityków, by próbować przekonać szefów mediów do większej przychylności. Albo choćby dać im do zrozumienia, że bat nad nimi wisi. Bo zwykle sama groźba odebrania pieniędzy wystarczy, by ograniczyć zapędy prezesów i ich podwładnych.
[srodtytul]Euroentuzjazm obowiązkowy[/srodtytul]
A to, że ustawa narzuca obowiązek propagowania integracji europejskiej jest kuriozum niebywałym, porównywalnym tylko z peerelowskimi zapisami o kierowniczej roli partii i wiecznym sojuszu z ZSRR. Oto jeden projekt polityczny, który może się podobać albo nie – Unia Europejska – ma być propagowany przez publiczne media w wolnym kraju!
Oznacza to, że osoby mające krytyczne zdanie na temat Unii, nie będą miały prawa wypowiadania swoich poglądów w publicznych mediach na ten temat. A przy okazji dyskusji o traktacie lizbońskim dziennikarz TVP będzie miał ustawowy obowiązek zachwalania tego dokumentu, bo traktat wzmacnia integrację europejską. Słodkie...
Może więc zapiszmy od razu, że zadaniem nadawców publicznych jest nie tylko popieranie Unii Europejskiej, ale też propagowanie podatku liniowego i jednomandatowych okręgów wyborczych oraz wspieranie umiarkowanych ugrupowań politycznych, ze szczególnym wskazaniem Platformy Obywatelskiej? Przecież to są mądre rozwiązania, a partia premiera cieszy się dziś poparciem ponad połowy Polaków. No i może słówko o kandydacie na prezydenta? Wiem, ocieram się o demagogię – ale tylko trochę. Bo to niemal to samo, co zapis o konieczności wspierania integracji europejskiej.
[srodtytul]Upór Platformy [/srodtytul]
Znam dobrze polski Sejm i wiem, że w czasach wielkich emocji politycznych, w wyniku szybkich głosowań czasem powstają potworki prawne, które kupy się nie trzymają. Ale zwykle ktoś jednak się orientuje i w ostatniej chwili porządkuje przepisy. Tymczasem w przypadku ustawy medialnej protestują wszyscy, a liderzy Platformy twardo obstają przy swoim.
W ubiegłym tygodniu Dominika Wielowieyska w Radiu TOK FM wykazywała absurdy tej ustawy Zbigniewowi Chlebowskiemu, szefowi Klubu PO w Sejmie. Ale pan przewodniczący odpowiedział jedynie, że dziwi się krytykującym projekt środowiskom twórczym. Przyznam, że nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Środowiska twórcze nie rozumieją wielkich myśli posła Chlebowskiego. Cóż za miernoty! I jaki brak wiary!
A teraz już poważnie. Niestety, wiele wskazuje na to, że przynajmniej część polityków Platformy Obywatelskiej nie ma czystych intencji. Gdy spoglądam tylko na te dwie sprawy: na ustawę medialną (czyli na to, w jaki sposób Platforma chce przejąć pełną kontrolę nad publicznym radiem i telewizją) i przygody historyków (tych piszących książki źle widziane w Platformie Obywatelskiej), zaczynam się obawiać o wolność słowa w III Rzeczypospolitej.
Chyba już nadszedł czas, aby premier Tusk mnie – i innych obawiających się, do czego to prowadzi – uspokoił. I nie wystarczy powiedzieć, że wolność słowa nie jest zagrożona. Potrzebne są konkretne działania.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA